Urząd już nie wystarcza
fot. megha ajith / UNSPLASH.COM

Jeżeli nie rozumiemy, dlaczego mamy przestrzegać takiej czy innej normy, to przyjdzie moment, że nie będziemy jej przestrzegać. Bo w imię czego mamy to robić? Ślepego posłuszeństwa?

Katarzyna Kolska, Roman Bielecki OP: Czy mógłby ksiądz sięgnąć pamięcią do czasów licealnych?

ks. prof. Andrzej Draguła: A do czego zmierza to pytanie?

Chcielibyśmy się dowiedzieć, kto dla nastoletniego Andrzeja Draguły był w okresie młodzieńczego buntu autorytetem.

Być może rozczaruję czytelników, ale nie przeżyłem żadnego buntu, bo przeciwko czemu i komu miałbym się buntować? Miałem to szczęście, że moje życie było nieskomplikowane i proste.

Mieszkałem na głębokiej prowincji, w Lubsku, w obecnym województwie lubuskim, maturę zdawałem w 1984 roku. Duże miasto było de facto dla nas poza zasięgiem, świadomość medialna była zupełnie inna niż dzisiaj. W takich warunkach trudno nawet mówić o jakimś buncie politycznym, który być może przechodzili moi rówieśnicy żyjący w dużym mieście i mający inną świadomość problemów natury politycznej.

Można się też buntować przeciw rodzicom.

Nie miałem powodu. Pochodzę z tradycyjnej, katolickiej rodziny, gdzie normy życia codziennego opierały się na wzajemnym zaufaniu i szacunku. Żyłem w dość poukładanej rzeczywistości, jeśli chodzi o dom i szkołę. Słuchałem Republiki czy Lombardu, Kory i Maanamu, ale to nie był „prawdziwy” bunt. Nie przeżyłem też kryzysu i buntu związanego z wiarą. Nigdy jej nie utraciłem. Przejście w dorosłość było dla mnie etapem bardzo płynnym. Także przejście od wiary dziecka do wiary człowieka dorosłego.

Ale ktoś księdza wprowadził w tę dorosłość. Ktoś był wzorem, autorytetem. Kto? Rodzice, szkoła, Kościół?

Żyłem jeszcze w ostatnich latach świata poukładanego, to znaczy świata przednowoczesnego, w którym rodzice i ksiądz proboszcz byli naturalnymi autorytetami. Pamiętam też mojego księdza katechetę z czasów maturalnych, któremu bardzo dużo zawdzięczam. Nie mogę powiedzieć, że dzięki niemu zrodziło się moje powołanie, ale on pokazał mi inną twarz księdza. Proboszcz to był Ślązak, trochę apodyktyczny i dość trudny, a wikary to był powiew nowych czasów. Miałem również nauczycieli, których bardzo szanowałem.

A Jan Paweł II?

Mam wrażenie, że stawiając to pytanie, odwołujecie się do swoich doświadczeń – dużych miast, prężnych duszpasterstw dla młodzieży i studentów. W małym miasteczku była msza święta dla młodzieży w niedzielę o godzinie 10, a w tygodniu katecheza po południu w salce parafialnej, do której praktycznie wszyscy przychodzili zaraz po szkole. Wybór papieża i jego pierwszy przyjazd do Polski były bardziej wydarzeniami politycznymi niż duchowymi. I nie mogę powiedzieć, że na tamtym etapie mojego życia Jan Paweł II był dla mnie szczególnym autorytetem.

Żyjemy w takich czasach, że najczęściej ani rodzice, ani nauczyciele nie są autorytetami, a już na pewno nie jest nim ksiądz proboszcz. No to kto ma odgrywać tę rolę?

Jestem przeciwny tezom ogólnym i mówieniu, że rodzice, szkoła i Kościół nie są już dla nikogo autorytetami.

Oczywiście wszyscy doskonale wiemy, że autorytety są we współczesnym świecie kwestionowane. W dużej mierze jest to zasługa albo wina mediów. Media dają dostęp do innych ludzi: już nie jest tak, że zna się tylko jednego księdza, jednego nauczyciela i wyłącznie własnych rodziców. Wyobrażenia o ludziach i o świecie można konfrontować i nagle się okazuje, że są lepsi nauczyciele, inni księża, inni rodzice. Z drugiej strony badania pokazują, że poważanie społeczne, jakim się darzy przedstawicieli niektórych zawodów, je

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się