Twoja kolejna porażka
fot. jason leung / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Dlaczego? Biblijne podstawy katolicyzmu

0 votes
Wyczyść

Prawdziwe „w grzechu trwanie” to utrata ufności w Pana Jezusa i Jego miłosierdzie. Tylko ona jest porażką, tylko jej należy się obawiać, tylko ona jest grzechem nad grzechami.

Każdy upadek boli. Gdy jednak upadki powtarzają się bez końca, ból staje się nieznośny. Podobnie z grzechami. Wszystkie bolą i zawstydzają. Ale te ciągle powracające nie tylko bolą i zawstydzają, ale też upokarzają, doprowadzają do bezsilności, pogrążają w zniechęceniu i rozpaczy. Ileż to razy, znów rozłożeni na łopatkach, mówiliśmy do siebie samych ze smutkiem: „Niestety, to twoja kolejna porażka!”?

Nieżyjący już proboszcz mojej rodzinnej parafii w Radomiu, prowadząc drogę krzyżową, przy dziewiątej stacji zawsze powtarzał: „Powiadają, że Jezusowy trzeci upadek to upadek za grzechy nałogowe. Bo ludzką rzeczą jest grzeszyć, ale diabelską jest w grzechu trwać”. Nie czas i miejsce, by roztrząsać zasadność tego stwierdzenia. Wspominam te słowa, bo nie raz przychodziły mi na myśl w kontekście powtarzających się grzechów. Któż chciałby brać udział w „diabelskiej rzeczy”? Ale co to znaczy „w grzechu trwać”? Czy popełnianie wciąż tego samego grzechu to już jest „w grzechu trwanie”?

Nieskuteczny Odkupiciel

Nikomu nie trzeba tłumaczyć, jak gorzki jest smak uporczywie powtarzającego się grzechu. Ta piekąca gorycz ma dwa składniki. Pierwszy z nich to sama świadomość upadku i bycia pogrążonym w grzechu i przez grzech. Oczywiście, dużo zależy od jego materii, lecz nie ma tu żadnej wprost proporcjonalnej zależności. Obiektywny ciężar konkretnego grzechu mogą ustalać moraliści, ale ból spowodowany tym grzechem to już kwestia bardzo subiektywna, zależna od osobistej wrażliwości, od ukształtowania sumienia, od konkretnej historii życia. Coś, co dla jednego może być przykrym i bolesnym doświadczeniem, dla kogoś innego będzie ogromnym duchowym cierpieniem. Tak czy inaczej, świadomość grzechu to poczucie bycia oszukanym, wyprowadzonym w pole, okłamanym, upokorzonym. Jeszcze większym upokorzeniem jest jednak – to drugi składnik owej goryczy – poczucie absolutnej bezradności i całkowitej przegranej. Nic tak nie boli i nie upokarza jak bezradność. Jeśli ta bezradność trwa i towarzyszy nam niczym cień przez całe lata, ból i upokorzenie stają się nieznośne. Tym bardziej że przecież bardzo byśmy chcieli z tym skończyć, że tyle już szczerych wysiłków i nieudanych prób za nami. Tym bardziej że każda kolejna porażka z jednej strony wręcz wdeptuje nas w ziemię, a z drugiej doprowadza do niemego, ale rozdzierającego krzyku: „Przecież ja tego nie chcę! Ja tego nienawidzę! Dlaczego to robię? Dlaczego znów?”. Straszny to krzyk, bo straszna jest bezradność, którą wyraża. Tym straszniejsza, że poparta faktami, czyli długoletnią, beznadziejną i całkowicie bezowocną walką. Stąd już tylko krok do rozpaczy i autodestrukcji. Obie czają się za rogiem.

No, ale przecież rozpacz i autodestrukcja to nie jest rozwiązanie godne chrześcijanina, prawda? Przecież jest Pan Jezus! Ze swoją mocą i chęcią uleczenia ran zadawanych mi przez grzech. On, który zwyciężył grzech i raz na zawsze wyzwolił mnie z niego.

Czy aby na pewno? Czy aby naprawdę? To dlaczego, do cholery (wybrałem najdelikatniejszą wersję „aktów strzelistych”, które się wtedy w człowieku budzą), nie potrafi wyzwolić mnie z tego konkretnego grzechu? Dlaczego nie potrafi, albo nie chce, pomóc mi w przezwyciężeniu grzechu, który wciąż mnie policzkuje i upokarza? Po co mi takie zwycięstwo, którego skutków nie widać w moim życiu? Po co mi takie „wirtualne” odkupienie? I po co mi taki nieskuteczny Odkupiciel? A skoro jest taki nieskuteczny, to czy w ogóle warto się do Niego zwracać? „Tyle razy już Cię prosiłem – zaczynamy wypominać – i nie ma żadnego skutku”. Chyba to boli najbardziej. To największa gorycz dla chrześcijanina, który nie radząc sobie ze swoją słabością, zwrócił się o pomoc do Pana. Bo przecież tyle było modlitw, tyle najrozmaitszych wyrzeczeń i umartwień. A ile rzewnych i bezsilnych łez…

I jeszcze tyle spowiedzi! Wszystkie szczere, wszystkie prawdziwe, wszystkie z mocnym postanowieniem poprawy i z ogromną nadzieją w sercu. Bo przecież „nadzieja zawieść nie może”, prawda? „Może i prawda” – mruczymy pod nosem. I od razu dodajemy ze smutkiem: „Szkoda, że akurat mnie zawiodła”. Szkoda. Nie to, że od razu i natychmiast. Nie. To był powolny proces. Ale kiedy kolejne spowiedzi nie przynosiły żadnego rezultatu, kiedy grzech nie tylko nie ustawał, ale wręcz się nasilał, a bolesna bezsilność była już nie do zniesienia, nadzieja po prostu umarła. Jako ostatnia, ale umarła. Bo po co się spowiadać, skoro nie przynosi to żadnych efektów? Czy, zdając sobie sprawę – a właściwie mając pewność – że do tego konkretnego grzechu znów powrócę, nie jest uczciwiej zaprzestać spowiedzi aż do momentu, kiedy moje postanowienie poprawy będzie miało jakiekolwiek realne gwarancje? Czy kolejne nic-nie-dające spowiedzi nie są swoistym świętokradztwem, na które sobie pozwalam? Czyż to nie jest grzech najcięższy – grzeszyć z ufnością w miłosierdzie Boże?

Znam bardzo dobrze wszystkie te pytania i dobrze wiem, że – mówiąc językiem ignacjańskim – nieprzyjaciel natury ludzkiej zadaje je nam z wielką natarczywością: oskarżając nas, niepokojąc nasze sumienia, strasząc niemożnością znalezienia odpowiedzi. Bo choć te pytania wydają się bardzo pobożne i dobre, to po owocach możemy poznać, że nie pochodzą od ducha dobrego. Zza pobożnie brzmiących słów wyziera ku nam gęba niezwykle inteligentnej i przebiegłej istoty, która szydząc z naszej bezradności wobec grzechu, rzuca każdemu z nas, prosto w twarz, bezlitosne słowa: „To twoja kolejna porażka!”.

Śmiertelnie niebezpieczne

Zanegowanie porażki wydaje się czymś absolutnie niemożliwym. Przecież tak właśnie jest. Znów upadłem. To prawda. Ale w chrześcijaństwie upadek to nie porażka. Bo chrześcijaństwo to nie zawody jeździeckie, które wygrywa ten, kto zaliczył bezbłędny przejazd. Chrześcijaństwo to pełna ufności, bliska, osobista relacja z Chrystusem, a skoro tak, to jedynie utrata ufności w Niego może być uznana za porażkę. O utratę tej ufności chodzi właśnie nieprzyjacielowi natury ludzkiej, a nie o nasze grzechy. One mają się stać jedynie środkiem do wyrwania z naszych serc ufności do Pana Jezusa. Bo – przypomnijmy – ludzką rzeczą jest grzeszyć. I choć diabelską rzeczą jest trwać w grzechu, to owo „w grzechu trwanie” nie polega na ponownym upadaniu. Prawdziwe „w grzechu trwanie”to utrata ufności w Pana Jezusa i Jego miłosierdzie. Tylko ona jest porażką, tylko jej się należy obawiać, tylko ona jest grzechem nad grzechami. Tylko ona może nas odłączyć od miłości Chrystusa (por. Rz 8,31–39). Nic innego! Ani co wysokie, ani co głębokie, ani co ciężkie, ani co lekkie, ani co paskudne, ani co nieczyste, ani co nałogowe, ani co sporadyczne. Nic nie zdoła nas odłączyć od Jego miłości, jeśli Mu ufamy.

Nasze grzechy nie są niebezpieczne same w sobie. Są natomiast śmiertelnie niebezpieczne ze względu na to, że mogą nas doprowadzić do prawdziwej tragedii, czyli utraty wiary i ufności. Powtarzające się grzechy są szczególnym zagrożeniem dla tej ufności. Warunkiem koniecznym do uniknięcia tego zagrożenia nie jest bycie idealnym i bezgrzesznym. To właśnie zły duch stara się nam wmówić konieczność perfekcyjności. A gdy po raz enty przekonujemy się, że owego warunku spełnić nie potrafimy, wtedy pogrąża nas jeszcze bardziej, wdeptuje w ziemię, potępia i przekonuje, że nie ma już dla nas żadnego ratunku. Aby uniknąć największego zagrożenia dla życia chrześcijańskiego, trzeba – pomimo powtarzających się grzechów i upadków – wciąż wpatrywać się w Pana Jezusa i natarczywie, z ufnością błagać o pomoc. Tak jak ślepiec Bartymeusz (Mk 10,46–52). Ileż to razy musiał się potykać i upadać z powodu swojej ślepoty? Wiedział, że sam sobie nie poradzi, więc – słysząc o przechodzącym tamtędy Jezusie – prosił i wołał: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!”. Wielu go uciszało, przekonywało i tłumaczyło, że już nic nie da się zrobić, a on krzyczał tym donośniej. Gdy Pan Jezus przywrócił mu wzrok i wszystko wydawało się już doskonałe, ewangelista nie podsumował tego wydarzenia, twierdząc, że od tamtej chwili Bartymeusz był doskonały i nigdy niczego złego nie uczynił. Nie. Marek zakończył swoje opowiadanie jednym krótkim zdaniem: „I szedł za Nim drogą” (Mk 10,52).

Gdy idzie się drogą, nawet jeśli ktoś inny wytycza szlak, to nieraz się człowiek zagapi, zamyśli, zejdzie na bok, potknie się i upadnie. Nie ma wędrówki bez przygód. Również tych przykrych. Ale kto powiedział, że życie chrześcijańskie tylko wtedy jest udane i pełne, gdy nie ma w nim żadnych błędów i potknięć? Właśnie, potknięć. Jeden z moich najbliższych przyjaciół tak właśnie nazywa swoje powtarzające się grzechy i jest to bardzo trafne określenie. Potknięcie to nie tragedia. Nawet jeśli doprowadza mnie do upadku, nawet jeśli się przy tym poobijam, pozdzieram kolana i rozwalę głowę. Najważniejsze, żeby nie zgubić drogi, żeby wciąż patrzeć na Tego, który prowadzi, żeby nie spuszczać Go z oczu. A kiedy i to się przydarzy, to trzeba krzyczeć w Jego stronę ze wszystkich sił. Tak jak Bartymeusz. Jego życie przed spotkaniem z Panem Jezusem i po nim różniło się nie tym, że wcześniej potykał się częściej, a potem rzadziej, tylko tym, że teraz widział. I mimo powtarzających się potknięć (bo ludzką rzeczą jest się potykać), mógł patrzeć na Pana Jezusa i iść za Nim drogą.

Na tym polega Jezusowe zbawienie. On nie usuwa przeszkód zagradzających nam drogę, ale idzie nią jako pierwszy, a nam przywraca wzrok, byśmy mogli wpatrywać się w Niego. Nie eliminuje zagrożeń, ale sam staje się remedium na śmiercionośną truciznę braku zaufania, którą wsącza w nasze serca nieprzyjaciel natury ludzkiej. Chrystus, wywyższony na krzyżu, jest jak miedziany wąż dany na ratunek Izraelitom śmiertelnie kąsanym przez węże w czasie ich wędrówki przez pustynię (por. Lb 21,4–9). Węże nie przestały kąsać, nie zniknęły, ale kto spojrzał na węża miedzianego, pozostawał przy życiu. Tak jak Izraelitów na pustyni, Pan Bóg ratuje również nas, idących ku naszej Ziemi Obiecanej i kąsanych w czasie wędrówki przez śmiertelnie groźne grzechy.

Nie bój się nieudanego chrześcijaństwa

A kto powiedział – pytałem wcześniej – że życie chrześcijańskie tylko wtedy jest udane i pełne, gdy nie ma w nim żadnych błędów i potknięć? Widząc, jak Bóg zbawia, spytajmy: A kto powiedział, że życie chrześcijańskie w ogóle musi być udane? Ksiądz Jan Twardowski pięknie wyraził jedną z głębszych życiowych prawd o tym, że to, co wydaje się słabe i przegrane, nadal ma smak życia prawdziwego. Pisał: „Nie bój się nieudanego życia, miłości nie dla ciebie, czekania na nikogo…”. Jak to „Nie bój się”? Ano tak, nie bój się, bo to, co zewnętrznie nieudane, jest nam dane, a raczej jest nam nie-u-dane po coś. To moja droga. Tylko na niej mogę znaleźć miłość i smak życia.

Dlaczego zatem, parafrazując słowa ks. Twardowskiego, nie mielibyśmy powiedzieć: „Nie bój się nieudanego chrześcijaństwa”? Nieudanego to znaczy niedoskonałego, nie takiego, jakie sobie wymyśliłeś i zaplanowałeś, czyli prostego, bez zakrętów, zagubienia, błędów i upadków. A kto ci powiedział, że nieudane chrześcijaństwo, czyli również takie z powracającymi, wciąż tymi samymi grzechami, nie prowadzi do Pana Jezusa? Kto ci wmówił, że nie ma w nim miejsca na miłość? Kto ci powiedział, że najpierw musisz całkowicie wyeliminować powtarzające się grzechy, a dopiero potem będzie cię stać na to, by na serio pójść za Panem Jezusem? Przecież życie chrześcijańskie to nie defilada ani pochód pierwszomajowy, gdzie sprężystym krokiem maszerują przodownicy pracy. Nie defiluj przed Panem Jezusem! Nie maszeruj i nie chwal się przed Nim. Po prostu idź za Nim. Potykając się, upadając, czasami na czworakach, a czasami podpierając się nosem, ale idź za Nim.

Życie chrześcijańskie to dźwiganie krzyża za Chrystusem. On pierwszy przeszedł drogę krzyżową i też na niej upadał. Dobrze wiem, że opisu Jezusowych upadków nie ma w Piśmie Świętym. Ale mądrość tradycji zawsze dodawała je do biblijnego opisu jako coś bardzo ważnego i chrześcijańskiego. Panu Jezusowi nie wszystko się udawało, nie był nad-człowiekiem. Był jednym z nas. Tak samo kruchym i tak samo słabym. Nie przeszedł przez drogę krzyżową jak burza, w olimpijskim stylu, zachowując czyste konto. On nie tylko upadał, ale uczył się upadać. Musiał się nauczyć upadać. A my byśmy chcieli przeżywać nasze życie tak spokojnie, pobożnie, bezbłędnie i bez zawirowań, a nasze cierpienia, kryzysy i grzechy niezwykle wzniośle, patetycznie i słodko. Gdy zaś odkrywamy, że tak się nie da, to chcielibyśmy o naszych grzechach natychmiast zapomnieć, wymazać je ze świadomości. Tak, jakbyśmy nie wiedzieli, że istotą chrześcijaństwa nie jest czyste konto, ale doświadczenie przebaczenia. Jakbyśmy nie wiedzieli, że chrześcijaństwo to radość bycia odnalezionym i podniesionym.

Bądź doskonały

To jest chrześcijaństwo! Nie perfekcyjność, nie bezbłędność, nie doskonałość. Gdy Pan Jezus wspomina o doskonałości, mówi o niej w kontekście naśladowania miłosiernej miłości Ojca: Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski, który sprawia, że słońce wschodzi nad dobrymi i złymi, a deszcz pada na sprawiedliwych i niesprawiedliwych (por. Mt 5,43–48). Bądź zatem i ty doskonały, czyli miłosierny, jak sam Pan Bóg. Również wobec siebie i twoich powtarzających się grzechów. To nie jest nawoływanie do pobłażliwości wobec zła. Nazywaj zło złem. Płacz i cierp z powodu tego zła, ale nie przekreślaj siebie, nie popadaj w rozpacz. Nie potępiaj się. Bądź doskonały! Ufaj w Jego miłosierdzie! Wbrew wszystkiemu. Mimo że zewnętrznie nic się nie zmienia, mimo że kolejny raz upadłeś. Może właśnie po to są ci potrzebne te liczne „nic-nie-dające” spowiedzi? Może dlatego tysiące razy odbijasz się od kratek konfesjonału z tymi samymi grzechami, byś wreszcie się wydoskonalił? Jednak nie w byciu perfekcyjnym i bezgrzesznym, ale w ufności wobec Jego miłosierdzia. Spowiadaj się, aby nie dać się złu wdeptać w ziemię, ale nie traktuj konfesjonału jak automatu do wydawania zaświadczeń o niezaleganiu z podatkami. Spowiedź to doświadczenie czułej, przebaczającej miłości, której dotknięcie jest przedsionkiem zbawienia, a zbawienie to radość z bycia w Jego rękach. Twoje grzechy i spowodowana nimi bezsilność mogą cię do zbawienia podprowadzić. Bo w chrześcijaństwie nie chodzi o bezgrzeszność, ale o to, byś – jak niemowlę w ramionach matki – złożył w Panu całą swą ufność (por. Ps 131). Często nie można tego osiągnąć inaczej, jak tylko przez doświadczenie własnej słabości.

Gdy twój powtarzający się grzech znów ci się przydarzy, a zły duch znów będzie próbował wdeptać cię w ziemię, bądź doskonały. Ufaj mimo wszystko. Zaraz po grzechu, choć będzie ci się to wydawać bezczelne i bezwstydne, powiedz Panu Jezusowi, że Go kochasz i że nigdy nie uwierzysz w to, że On przestał kochać ciebie. A szydzącemu z twojej słabości nieprzyjacielowi natury ludzkiej odpowiedz: Kolejny raz ci się nie powiodło. Znów ci się nie udało zabić we mnie ufności do Pana Jezusa. To twoja kolejna porażka!

Potem wstań, otrzyj poobijane kolana i idź dalej za Chrystusem. Kochaj. Bądź doskonały.

Twoja kolejna porażka
Wojciech Ziółek SJ

urodzony w Radomiu, w 1963 roku, w czerwcu, znaczy, w połowie czerwca, właściwie to w drugiej połowie czerwca, dokładnie 21 czerwca – jezuita, uratowany grzesznik....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze