Triumf Kościoła przemyskiego

Triumf Kościoła przemyskiego

Śmiać mi się chciało, kiedy powiadomiono, że na przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski wybrano abpa Józefa Michalika. Broń Boże! – nie z szanownego grona biskupów czy też z nowego starego przewodniczącego. Śmiać mi się chciało z niektórych dziennikarzy, którzy przed wyborami próbowali podbijać bębenka i z emocjami godnymi Tomasza Zimocha komentującego zwycięskie skoki Małysza spekulowali, kto weźmie w swoje ręce – jak to patetycznie ujmowali – ster Kościoła w Polsce. Niektórzy wieścili, że oto Kościół stoi przed wielkim wyborem, który zdecyduje, czy przez najbliższe lata będzie kroczył drogą prowadząca do Łagiewnik czy do Torunia. Oto na ubitej ziemi mieli stanąć najwybitniejsi przedstawiciele Kościoła „łagiewnickiego” i Kościoła „toruńskiego” (kto wymyślił to dziwne rozróżnienie?).

A tu wszystko po staremu, czyli zwycięstwo Kościoła przemyskiego… I z prawa, i z lewa dało się słyszeć głosy rozczarowania. „To był wybór braku wyrazistości, widać, że biskupi uciekli od debaty nad stanem Kościoła w Polsce, bo nie mają pomysłu co dalej” –stwierdził stanowczo Tomasz Terlikowski z „Wprost”. A Krzysztof Lubczyński z „Trybuny” ubolewał, że biskupi „nie okazali nawet małej cząstki tej rewolucyjnej odwagi co kardynałowie, którzy 31 lat temu wybrali papieża z Polski”. „Gazeta Wyborcza” i tym razem nie potrafiła znaleźć sensowniejszego kryterium oceny sytuacji w Kościele niż Radio Maryja i zastanawiała się, jak daleko arcybiskupowi Michalikowi do środowisk radiomaryjnych. Wyszło, że niedaleko, a zatem „sprawa Rydzyka” nie zostanie – niestety – rozwiązana w trybie natychmiastowym i bezpośrednim, o co zatroskana o losy Kościoła „Wyborcza” zabiega od lat.

Lansuje się tezę, że Kościół nie nadąża za duchem współczesnej Europy i świata. Moim zdaniem, to bardzo dobrze, że za nim nie nadąża, bo coś mi się wydaje, że ma on niewiele wspólnego z Ewangelią. Niektóre protestanckie wspólnoty próbują nadążać, czego wyrazem jest m.in. akceptacja wszelkiej „postępowej” demoralizacji. I co? Przyjmowaniu coraz to nowych laickich dogmatów poprawności politycznej towarzyszy postępujący rozpad chrześcijańskiej tożsamości.

Ciekawe, że z jednej strony słychać głosy postulujące większą demokratyzację struktur kościelnych, a z drugiej strony – gdy przychodzi co do czego – wołanie o wodza, tego jednego jedynego lidera, który przyjdzie i – jak Mojżesz – powie, co robić. Pewien dziennikarz ubolewał w Radiu Tok FM, że abp Michalik nie ingerował w działalność innych biskupów i dlatego go wybrali, bo wszyscy biskupi i proboszczowie chcą rządzić na własnych poletkach samodzielnie i samorządnie. A tu trzeba by wszystkich chwycić mocną ręką…

Od śmierci Jana Pawła II trwa w Polsce nieustanne poszukiwanie twarzy Kościoła. Mam jednak wrażenie, że niektórzy pod pozorem szukania jej próbują dorobić Kościołowi gębę. Tym bardziej raz jeszcze warto przypomnieć, co Jan Paweł II napisał w znakomitym liście apostolskim Novo millennio ineunte, papieskim testamencie dla Kościoła na XXI wiek: „Nie, nie zbawi nas żadna formuła, ale konkretna Osoba oraz pewność, jaką Ona nas napełnia: Ja jestem z Wami!”. A wcześniej Ojciec Święty zachęca do kontemplowania oblicza Chrystusa. A zatem Kościół ma swoją twarz – twarz Jezusa z Nazaretu. Ktoś powie, że to takie pobożne i banalne gadanie. Otóż nie! Problem polega na tym, że zapominamy, co jest w Kościele najważniejsze, a koncentrujemy się na urzędach, programach i formułach. Nie neguję potrzeby kościelnych statystyk i sensowności rozprawiania o Kościele na płaszczyźnie socjologii i polityki, ale wszystko to nie miałoby dla mnie wielkiego znaczenia, gdyby nie wiara w Zmartwychwstałego.

Istnieją różne modele Kościoła, które nie muszą być ze sobą sprzeczne, ale mogą doskonale się uzupełniać. Mnie bardzo bliski jest model Kościoła jako mistycznej wspólnoty. Lepiszczem dlań jest łaska Chrystusowa i dary Ducha Świętego. Wokół Jezusa gromadzą się różne środowiska i bardzo różni ludzie (tak jak pod krzyżem na Golgocie) i oni tworzą Kościół. Kościół jest apostolski, bez biskupa go nie ma, ale to nie znaczy, że mamy patrzeć na Kościół jak na piramidę, na szczycie której obradują purpuraci. My mamy budować „duchowość komunii”, w której kościelna różnorodność staje się jednością wyłącznie w odniesieniu do Chrystusa, a nie do jakiegoś ziemskiego lidera. Cieszyłem się, kiedy młodzież skandowała „John Paul II we love you!”, wyrażając swoje dobre uczucia wobec namiestnika Chrystusowego na ziemi. Ale jeszcze bardziej bym się cieszył, gdyby wołała „We love Jesus!”. Jasne! Kościołowi, jak każdej wspólnocie, potrzeba autorytetów. Tyle że nie jednego, ale wielu, różnych. Kościół jest pluralistyczny. I trudno sobie wyobrazić kogoś, kto w każdej sprawie jest autorytetem. Potrzeba autorytetów instytucjonalnych, naukowych i charyzmatycznych. A przede wszystkim potrzeba „zwyczajnych” autorytetów w naszych rodzinach. Takich, które potrafią przekazać wiarę następnym pokoleniom.

Triumf Kościoła przemyskiego
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....