Cztery noce z walką

Cztery noce z walką

Oferta specjalna -25%

Liturgia krok po kroku

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Cztery noce z Anną, reż. Jerzy Skolimowski, scen. Jerzy Skolimowski i Ewa Piaskowska, wyst. Kinga Preis, Artur Steranko i inni, Polska/Francja 2008

Budynek kina przypomina starego wieloryba wyrzuconego przez morze na brzeg plaży. Kasjerka odcina nam szare bilety z rolki, wchodzimy do ogromnej sali. Ciężkie kotary przy drzwiach od lat pochłaniają światło i emocje widzów. Na ścianach stiuki, fotele obite wytartym pluszem, nad nami – monumentalny balkon. Oprócz nas na sali jakieś siedem osób. W multipleksach tego nie grają. Film, którym Jerzy Skolimowski wraca po siedemnastu latach milczenia i który na wszystkich pokazach festiwalowych spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem, ledwie otarł się o duże kina. Biały ekran wypełnia się treścią – wchodzimy w Cztery noce z Anną.

Powiedziałem o czterech nocach, ale w zasadzie jest ich więcej. Od momentu opuszczenia kina film ten wciąż do mnie powraca, nie daje mi spokoju. Powracam do niego także teraz. Długo szukałem klucza do jego zrozumienia, do wpisania go jakoś we własne życie. A tego ostatniego film domaga się z całą stanowczością. Nie można przejść obok tej historii. Ona ma wstrząsnąć, odsłonić, zostawić odcisk. Pewnie stąd pytanie, które bezradnie stawiam po seansie: po co ktoś robi taki film?

Cztery noce to film o walce. O bezsilności, zawiedzionych pragnieniach, o zamknięciu we własnym świecie. Otwarte pozostaje pytanie, czy jest to także obraz o nadziei.

Sceneria filmu przypomina ciasne wnętrze klatki. Niewielkie miasteczko: szpital, kościół, rozrzucone wokół nich, na wpół rozsypane rudery. I jeszcze przestrzenie o jednoznacznej wymowie – komisariat policji, sąd, więzienie. Być może gdzieś jest inny, lepszy świat, ale wszystko, co możemy zobaczyć, to jedynie droga, która do niego prowadzi – dziurawa i błotnista.

Od pierwszej chwili ogarnia i przytłacza ponurość tego świata. Brudne pola, rozpadające się budy z dykty i blachy, niszczejące hangary zamienione w pustostany lub meliny – wszystko tworzy wręcz surrealistyczne wrażenie i oblepia niczym tłusta, oleista maź. Każda z postaci obraca się w swoim własnym, szczelnie oddzielonym świecie, tylko chwilami, niejako przypadkiem, te światy przecinają się ze sobą.    

Oto główny bohater, Leon Okrasa, na pierwszy rzut oka typ psychopatyczny, skrycie kochający się w Annie, a na co dzień pracujący w przyszpitalnej spalarni odpadów poamputacyjnych. Jego świat to ciasna, ciemna chałupa, przykuta do łóżka babka, brudna woda w zardzewiałych kranach i tanie, kwaśne papierosy.

Oto jego wybranka, Anna, pielęgniarka w miejscowym szpitalu, której świat to rzeczywistość ciasnych pokoi w hotelu robotniczym, sterczących ze ścian rur i zegarów z kukułką. Klucz ten daje się zastosować nawet wobec policjantów czy sądu, egzystujących w scenerii postkomunistycznej siermiężnej brzydoty. Powiedzmy od razu – z tych przestrzeni nikt nie będzie w stanie się wyrwać. Jeśli nie udaje się to Leonowi, to okazuje się to niemożliwe także dla Anny, startującej z innej, zdawać by się mogło, pozycji.

W takiej rzeczywistości główny bohater toczy swoją walkę, a właściwie: różne walki. Pierwsza, najbardziej oczywista jest walka o Annę, o przystęp do niej. Stąd intryga, aby podać tej, którą kocha, środki nasenne, a następnie móc ją odwiedzać przez kolejne noce. Zaczynając od niepewnego podglądania Anny przez brudne, ciasne okienko swojego domu, stopniowo jest w stanie przybliżyć się do niej, na krótkie, kradzione chwile skasować dzielący ich dystans. Udaje mu się zadomowić w jej niewielkim pokoju, oswoić z jej śpiącą obecnością, przez moment poczuć się przy niej „usiebie”. Od początku widz czuje jednak w tym złudzeniu normalności jakąś perfidną grę losu – i rzeczywiście, właśnie to złudzenie zgubi Leona, ponieważ uwierzywszy w nie, zapomni o ostrożności. W bezmyślny sposób da się nakryć – zaskoczony i bezradny.

Równolegle Leon toczy inną walkę – o wyzwolenie ze swojego ciasnego świata, poszerzenie horyzontu. Skolimowski wyraźnie gra tu symbolami. Dlatego drzewo, które ogranicza głównemu bohaterowi widok na pokój Anny, pada pod ostrzem siekiery, dlatego ciasny i zamglony lufcik, przez który obserwował swą wybrankę, ustępuje miejsca nowemu, przestronnemu oknu, dlatego wreszcie sam akt podglądania zastąpiony zostaje przez jej bezpośrednią, choć nieświadomą obecność. Jednak i tutaj los od początku toczy nierówną grę z bohaterem – grę, w której ten ostatni z góry skazany jest na porażkę.

Pierścionek z brylantem i okno z pcv – te dwa przedmioty odgrywają w filmie rolę szczególną. Przedmioty dość odległe od siebie łączy to, że oba stanowią atrybuty innego świata, oba też mają za zadanie pomóc w zbliżeniu do Anny. Obydwa te artefakty rażąco nie pasują do zastanej rzeczywistości, okazują się też żałośnie nieużyteczne, odsłaniając tylko absurdalność marzeń o jakiejkolwiek zmianie.

Najbardziej znamienna pozostaje tu ostatnia scena filmu, w której bohater staje przed ogromnym murem, odgradzającym go od Anny, od marzeń o innym życiu. Mur jest stary, wygląda więc na to, że był tam od zawsze. Do tej pory pozostawał jednak skryty za tym, co z pozoru stanowiło barierę, ograniczało widok – a co okazało się po fakcie litościwym złudzeniem, pozwalającym przynajmniej zachować nadzieję na niejasną możliwość lepszego życia. Kiedy te przeszkody zostały usunięte, ukazała się prawdziwa granica, tym razem niepozostawiająca nadziei, już nie do przekroczenia. Niemożność przybrała ciało kamiennej ściany.

Nietrudno odnieść wrażenie, że proponowana przez Skolimowskiego odpowiedź na pytanie o nadzieję jest dość ponura. W wizji tej miałaby ona w najlepszym razie odgrywać rolę środka uśmierzającego ból. Pod warunkiem jednak, że człowiek będzie po nią sięgał z rozsądnym umiarem – potraktowana bowiem serio, prowadzi do zniszczenia. Jak w Dziewczynie Leśmiana, gdzie (u)wiedzeni głosem tytułowej dziewczyny bracia poświęcają wszystko, by skruszyć odgradzający ich od niej mur. Im samym nie będzie nawet dane odkryć tego, co poeta ukazuje oczom czytelnika – że za murem nie ma nic, prócz próżni.

 „Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?” – pyta Leśmian. Dziewczyna, jak wiadomo, to ulubiona lektura nastoletniej młodzieży, smakującej egzystencjalny Weltschmerz. Być może literatura tego rodzaju pełni w tym wypadku funkcję terapeutyczną, pozwalając paradoksalnie podtrzymać i rozpalić wiarę w możliwość innego świata. Szczególnie niepokojące w Czterech nocach jest to, że dzieła tego nie stworzył początkujący twórca, a mężczyzna doświadczony, po którym widz oczekiwałby raczej próby życiowego bilansu. Czy przedstawiona w nim wizja świata ma być taką próbą? Jest to rzeczywistość, w której, parafrazując Tischnera, ostatnie słowo należy zawsze do zła. Jeśli dopuszcza ono istnienie w człowieku odrobiny dobra, to po to tylko, aby tym wyraźniej móc objawić swą moc. W takiej wizji wszystko, nawet odruchy miłości, zostaje wprzęgnięte w służbę złu – któremu na imię beznadzieja.

Można jednak pytać, czy końcowa scena filmu wyznacza także rzeczywisty koniec opowiadanej historii. Czy zderzenie z murem, którego doświadcza główny bohater, stanowi ostateczną klęskę, definitywne rozstrzygnięcie toczonej walki? On sam tak to widzi. Czy wobec jego braku nadziei sami mamy prawo ją zachować? Czy możemy w takiej chwili w sposób uprawniony kierować nasze myśli w stronę tego, który „mógłby móc” rozbić każdy nasz mur, podnieść nas z upadku, który miałby „leczyć wszelkie słabości”?

Na to pytanie widz odpowiedzieć musi sobie sam. Jedno jest jednak pewne: gdyby taka odpowiedź była możliwa, dotknięcie ostatecznej granicy, które staje się udziałem bohatera, byłoby – paradoksalnie – jego zwycięstwem. Tylko ten bowiem, kto doszedł do tego punktu, gotów jest czekać na wyzwolenie. Nie szukają go ci, którzy pozwolili, aby horyzont ich świata zarosły pnącza, błoto, dykta – mała, sfrustrowana codzienność, poszukująca środków uśmierzających. Ci, którzy się pogodzili.

Warto w tym momencie zwrócić uwagę na wygraną, którą główny bohater odnosi przynajmniej na jednym polu – być może tym najważniejszym. Zwycięża on w walce o obraz Anny w sobie. Ich przedziwny związek rozpoczyna się od gwałtu na Annie, gwałtu, którego Leon jest świadkiem. Zostaje on (na podstawie zeznań Anny, jak możemy się domyślać) uznany za jego sprawcę, trafia do więzienia. Jaki może być jego stosunek do kobiety, która, niesłusznie go oskarżając, zniszczyła mu życie? Leonowi udaje się w takiej sytuacji znaleźć w sobie miłość. Patrząc na tę przeciętną, tłustawą, zmęczoną kobietę, potrafi się nią zachwycić. Co więcej, potrafi tej miłości i jej obiektowi, nadać nieskazitelną czystość. Jeśli to jedyny sukces, jaki miałby odnieść w całej tej walce, to czy wystarcza on, żeby uznać, że warto było ją podjąć?

Cztery noce z walką
Maciej Pichlak

urodzony w 1980 r. – pracuje na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie zajmuje się filozofią prawa, związany z grupą „Pracownia myśli”. Współautor m.in. O współczesności dla zaawansowanych, Pracownia myśli. Więzy cz...