Egoista, najlepszy altruista

Egoista, najlepszy altruista

Gospodarka rynkowa, której brak tak dawał nam do wiwatu od 1945 roku, bazuje na egoizmie, na obrzydliwej żądzy zysku. Ale… kapitalizm to też skłonność do ponoszenia ryzyka.

Ten kryzys nas wreszcie też dopada. Za co? Za niewinność. Bo przecież gdy po reformie Balcerowicza popadliśmy w 1990 roku w ciężkie tarapaty, byliśmy ich zbiorowym winowajcą. Błyskawiczny wzrost bezrobocia od zera lub nawet mniej niż zera, gdyż od głębokiego niedoboru, spadek produktu krajowego brutto w 1991 roku do poziomu 70 proc. z roku 1989 – tym płaciliśmy za wygodę, którą nam fundowała komuna i której wcale nie chcieliśmy się pozbyć. Stąd „komuno wróć!” i powrót do władzy nowostarej lewicy oraz zastąpienie Wałęsy Kwaśniewskim, a przy tym spektakularna porażka Wałęsy w wyborach prezydenckich.

I jeszcze jedno. Załamanie wczesnych lat 90. XX wieku wywołane zostało przez szokową terapię Balcerowicza, a na tę terapię udzieliliśmy Profesorowi zbiorowego błogosławieństwa.

Jeździłem wówczas co niedzielę na naradę do jego siedziby w Ministerstwie Finansów przy Świętokrzyskiej. Wszyscyśmy to wiedzieli: po dokładnie 50 latach braku własnego rządu Polacy tak się cieszą, że mają znowu rząd własny i niepodległy, że – na razie – wybaczą mu wszystko. Polska miała swoje pięć minut. Zatem, póki Polacy aż tak się cieszyli, trzeba było przeprowadzić najbardziej bolesną reformę, bo gdy radość opadnie, Polacy już na nią nie pozwolą. Balcerowicz wdrożył ją w pierwszych dniach stycznia którego roku. Zapowiedział, że kłopoty będą trwać do lipca, a potem z nich mieliśmy wyjść.

W maju, w straszliwą gradową burzę, wziąłem z przystanku kobietę z dzieckiem. Pielęgniarka. Tu dziecko, a wokół straszna burza i straszna inflacja. „Nie mogę się doczekać lipca, bo – jak obiecał Balcerowicz – zacznie się w lipcu poprawa”. Balcerowicz obiecał, ale nie dotrzymał. Produkt spadał do połowy 1992 roku, a bezrobocie rosło do połowy 1993. Potem zaczęła się jednak poprawa, a po paru latach Polska była „tygrysem wschodniej Europy”. W żadnym innym kraju nie doszło do tak szybkiej poprawy.

Lipiec 1993. Jadę rowerem przez Czechy. Jakby się czas zatrzymał. Polska kipi od przedsiębiorczości. W Czechach po staremu. Sklepy, restauracje, banki – komuna.

Rok 1999. Jadę rowerem przez trzy kraje, które Rosjanie nazywają „Pribałtika”, a Polacy „republiki bałtyckie”. Jestem już w Estonii, a zmierzam do Petersburga (dawniej – Leningradu). Mam dziś osiągnąć ogromne, jedno z największych europejskich jezior, które Estończycy nazywają Peipsi, Polacy Pejpus, a Rosjanie Czudskoje Oziero (z akcentem na pierwsze O). 15 km przed jeziorem miasteczko. Czas obiadu. Rezygnuję z wizyty w restauracji, gdyż nad tym ogromnym zbiornikiem znajdę w upale miejsce z widokiem na wodę. Plaże, czysta woda. W tej Estonii, która tak jest blisko Unii, powinny być nad wodą setki restauracji, hoteli, barów i całego tego paskudztwa, które zatruje życie każdemu wczasowiczowi. Nie ma nic. Kilkadziesiąt kilometrów wzdłuż brzegu i od czasu do czasu chłop z wiadrem surowych ziemniaków albo surowa ryba w wiadrze. Następnego dnia, po południu, niedaleko miejsca, w którym wypływa przepiękna Narwa, trafiam na restaurację. Ładna. Pewnie za ancien regime’u korzystali z niej najlepsi przedstawiciele klasy robotniczej. Obiadu nie ma, ale za trzy godziny będzie kolacja. „Niech pan jednak usiądzie godzinę wcześniej, bo później nie dostanie pan miejsca”. To Estonia, rok 1999. Polska była w tym czasie już zalana potopem przedsiębiorczości. Hotele i knajpy nad najmniejszym nawet jeziorkiem.

Sprowadzając rozważania do kategorii moralnych, czyli winy i kary: Polacy dużo zapłacili za komunę, jeszcze więcej za jej obalenie i zgodę na Balcerowiczową Terapię, ale bardzo prędko dostali za to nagrodę od Losu i od Niewidzialnej Ręki Rynku.

Minęło kilkanaście lat. W Polsce koniunktura, stopa bezrobocia już tylko 7 proc., złotówka osiąga kurs niewiarygodnie wysoki, woda coraz czystsza, a trawa coraz bardziej zielona.

Jakże kraj nam się uwzniośla, jak przyrasta PeKaBe, jak daleko stąd do Moskwy, jakże blisko do UE. W Marie Claire czytają żony, jak zapijać frutti mare i zbyt dużo już zielonych, a czerwonych nie ma wcale.

I raptem Ninjas, No income, no Job, no assets, czyli bez dochodu, bez pracy, bez zasobów finansowych. W Polską pomyślność uderzają amerykańscy ninjas. Nabrali niewiarygodnych kredytów gwarantowanych przez Rezerwę Federalną, a teraz nie mają jak spłacić. Bankructwa amerykańskich banków rozchodzą się po świecie jak – przed laty – dżuma. Uderzają w niewinnych i niewinnych zabijają.

Objawy zamożności były widoczne wszędzie. Ameryka pod koniec lat dwudziestych XX w. zapewniała pracę 45 mln swoich obywateli, którym wypłacała ok. 77 mld dolarów w płacach, rentach, zyskach i odsetkach – była to fala dochodów, której nie dało się porównać z niczym, co świat dotychczas widział. Gdy Herbert Hoover mówił z poważną prostotą: „Za pomocą Boga wkrótce będziemy świadkami nadejścia dnia, w którym ubóstwo zniknie z naszego kraju”, mógł wykazywać krótkowzroczność – a któż jej nie wykazywał – lecz na poparcie swoich słów miał to, że przeciętna amerykańska rodzina lepiej żyła, lepiej jadła, lepiej się ubierała i korzystała z większych wygód niż jakakolwiek przeciętna rodzina w dotychczasowej historii świata. (…)

Nie trzeba chyba przypominać, co było dalej. W straszliwym, ostatnim tygodniu października 1929 r. rynek się załamał. Maklerom z Giełdy Nowojorskiej musiało się wydawać, że to nagle wodospad Niagara wdarł się przez okna – nastąpił niemożliwy do opanowania zalew zleceń sprzedaży. Wyczerpani do ostateczności maklerzy łkali i rozrywali sobie kołnierzyki koszul; patrzyli w osłupieniu, jak ogromne fortuny topniały jak lód; wrzeszczeli do ochrypnięcia, starając się zwrócić na siebie uwagę jakiegoś nabywcy. Ponure dowcipy z owego okresu mówią same za siebie: podobno przy zakupie każdej akcji Goldmana Sachsa dostawało się za darmo rower; przy zameldowaniu w hotelu portier pytał gościa: „Żeby przenocować, czy żeby wyskoczyć przez okno?” (…)

Gdy się na to patrzy wstecz, było to nieuniknione. Rynek papierów wartościowych wznosił się na ażurowej konstrukcji długów, która mogła wytrzymać obciążenie tylko do pewnych granic. Co gorsze, fundament podtrzymujący wspaniały gmach zamożności składał się ze spróchniałych belek i gnijącego drewna 1.

Nic zatem nowego. Ninjas lat 20. XX wieku wywołały Wielki Kryzys, tak jak Ninjas pierwszego dziesięciolecia wieku następnego wywołały Kryzys, daj Boże, nieWielki.

Pytamy o motywy. W 1723 roku w szkockim miasteczku Kirkcaldy, liczącym wówczas 1500 mieszkańców, urodził się osobnik płci męskiej, któremu rodzice noszący pospolite nazwisko Smith (kowal) nadali – też niewyszukane – imię Adam. Ów Adam stał się kilkadziesiąt lat później autorem pierwszego w historii ludzkości popularnonaukowego bestselleru o odstraszającym tytule Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów. Wbrew tytułowi opowiedział nie o naturze i przyczynach bogactwa narodów, lecz o naturze i przyczynach bogactwa Kingdom of England. Ono bowiem było w tym czasie pierwszą potęgą gospodarczą świata. Najwyższy był też w tymże królestwie poziom życia. Było ono także centrum myśli technicznej i filozoficznej. Przemysłowe wykorzystanie węgla, wytop stali, gaz świetlny i jego zastosowanie grzewcze i oświetleniowe, maszyna parowa, parowóz i krosno mechaniczne – wszystkie te cuda zdarzyły się na owej wyspie.

Zadawano sobie pytanie o przyczyny. Mówiono, że klimat, że wyspiarskie położenie (London sells and buys everything – Londyn sprzeda i kupi wszystko), że historia (nieprzyjaciel ostatni raz postawił na wyspie stopę w 1066 roku). Adam Smith na pytanie o przyczyny odpowiedział inaczej: wolność gospodarcza i wolność do działań motywowanych egoizmem.

Po pierwsze, jeśli obywatele mogą bez przeszkód gospodarować, to znaczy, że mogą się bogacić. Jeśli obywatele się bogacą, to rośnie bogactwo narodu.

Po drugie, przed Smithem działania egoistyczne – pogoń za zyskiem – nie były mile widziane. „Bądź ubogi i dziel się swoim ubóstwem”. Smith zrewolucjonizował pogląd w tej kwestii, tak zatem: „Nie od przychylności rzeźnika, piwowara czy piekarza oczekujemy naszego obiadu, lecz od ich dbałości o własny interes. Zwracamy się nie do ich humanitarności, lecz do egoizmu i nie mówimy o naszych własnych potrzebach, lecz o ich korzyściach” 2.

Kopernik zrobił rewolucję w poglądach na to, co kręci się wokół czego. Adam Smith z kolei wykazał, że jeśli ludzie gonią za własnym, niegodziwym, egoistycznym interesem, to z owej pogoni rodzi się wzrost gospodarczy, postęp techniczny i – oczywiście – bogactwo narodu. Egoista jest zatem najlepszym altruistą, bo, po pierwsze, jest bez porównania lepiej motywowany niż ktoś, kto tradycyjnie kocha bliźniego, a po wtóre, jeśli się bogaci, to w ślad za tym bogactwem bogaci się naród, w tym również najbiedniejsi. Dodajmy, że my, Polacy, i nie tylko Polacy za ancien regime’u nacierpieliśmy się od nieegoistycznie motywowanych sprzedawców i producentów.

Konkludując: gospodarka rynkowa, której brak tak dawał nam do wiwatu od 1945 roku, którą czciliśmy po cichu (pamiętacie puszki po zachodnim piwie stojące w salonach polskiej inteligencji?), bazuje na egoizmie, na obrzydliwej żądzy zysku. Ale… kapitalizm to też skłonność do ponoszenia ryzyka. Prócz tego, że umrzemy, nic nie jest w gospodarce rynkowej pewne. Keynes: „w dłuższej perspektywie wszyscy będziemy martwi”. Kredyty udzielane bez opamiętania i wtedy, i teraz stały się przyczyną zarazy. Bertold Brecht powiedział: „Czym jest napad na bank wobec faktu jego założenia”. Czym jest fakt jego założenia wobec faktu udzielenia złego kredytu! 

1 Robert L. Heilbroner, Wielcy ekonomiści – czasy, życie, idee, PWE, Warszawa 1993, s. 220–222. 
2 Robert L. Heilbroner, dz. cyt., s. 48.

Egoista, najlepszy altruista
Władysław Balicki

(ur. 18 grudnia 1941 r. w Łęczycy – zm. 18 grudnia 2019 r.) – polski ekonomista, wieloletni wykładowca i rektor Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu, której był współzałożycielem. Zapalony rowerzysta....