Uzdrawiająca moc konfliktu

Uzdrawiająca moc konfliktu

Jeśli nie będziemy dbali o kondycję fizyczną, to musimy mieć świadomość, że w przyszłości dopadną nas problemy z sercem albo z otyłością. Z życiem duchowym jest podobnie: jeśli nie będziemy go nieustannie pogłębiać i zabiegać o naszą więź z Panem Bogiem, to nasze wartości gdzieś się rozmyją.

Konfesjonały i gabinety terapeutów pełne są historii o utraconych nadziejach, planach, porażkach, katastrofach. O grzechu. O odchodzeniu od tego, co wydawało się trwałe, niezmienne, ważne, na zawsze. Każda przegrana boli. Doskwiera jeszcze bardziej, gdy towarzyszy jej świadomość, że zostało się oszukanym, że ktoś zawiódł, że okazał się kimś innym, niż był, a raczej, niż nam się wydawało, że był. Czasami rozczarowanie dotyka nas samych – nie dowierzamy, że mogliśmy tak postąpić, tak powiedzieć. Wyposażeni w odpowiedni zestaw wartości moralnych wkraczaliśmy w dorosłość przekonani, że wszystko przetrwamy i z podniesioną głową, nie czyniąc spustoszenia wokół siebie, przejdziemy przez życie. Nagle okazało się, że nasze wartości nie miały korzeni, a jedynie korzonki, że nie były tak cenne i ważne, jak sądziliśmy. Że w imię wygody, łatwizny, splendoru i akceptacji potrafiliśmy z nich zrezygnować, zamienić na inne. Dlaczego?

Pęknięcie to nie tajfun

Małgorzata i Maciej są małżeństwem od 17 lat. Pobierali się pełni miłości. Oboje wiedzieli, że wiara jest ważną częścią ich życia i że właśnie na wartościach z niej płynących powinni budować swój związek. – Po 10 latach małżeństwa nagle poczułam, że obok mnie jest zupełnie obcy człowiek. Szukałam w moim mężu tego mężczyzny, w którym się zakochałam i z którym zdecydowałam się przejść przez życie. Nie mogłam go jednak odnaleźć. Kiedyś lubiliśmy wspólnie słuchać muzyki, chodzić razem do kina, spacerować po plaży. Nie mieliśmy wątpliwości, co jest dobre, a co złe, co jest ważne, a co ważniejsze. Hierarchia wartości była wspólna. Pewnego dnia odkryłam, że lubimy już zupełnie inną muzykę, inne filmy i inne spacery. I nawet to, co ważne i ważniejsze, nie jest już wspólne. Gdzieś się pogubiliśmy. Pomyślałam: Boże, musimy coś z tym zrobić – dla nas samych, dla naszych dzieci – opowiada Małgorzata.

Ich historia jest jedną z tysięcy podobnych historii, które dzieją się gdzieś obok nas, wśród naszych znajomych, przyjaciół, bliskich. Co jakiś czas dziwimy się i uwierzyć nie możemy: jak to się stało, że właśnie im się nie udało? Dlaczego to, co wydawało się fundamentalne i nienaruszalne, nagle zaczęło się walić? Dlaczego to, co łączyło, zaczęło dzielić? Dlaczego to, co jeszcze nie tak dawno zachwycało, nagle zaczęło denerwować? Może to też i nasza historia…?

Ksiądz Mirosław Maliński, duszpasterz akademicki z Wrocławia, nie ma wątpliwości. – Nic nie jest nam dane raz na zawsze. Jeśli stale nie będziemy pielęgnować miłości, jeśli nie będziemy dbali o nasze ideały, wartości, pragnienia, jeśli nie będziemy pogłębiać więzi z Panem Bogiem, wszystko się zawali – tłumaczy. – Pęknięcie w związku nie pojawia się nagle. Ono narasta stopniowo, po cichu, podstępnie. To nie tajfun, który przychodzi i jednym podmuchem wszystko niszczy. Pękanie więzi to proces – jeśli w porę go nie powstrzymamy, któregoś dnia może się okazać, że stoimy na ruinach naszego związku – mówi.

Jakoś to będzie

Chyba wszyscy małżonkowie, którzy rozpoczynają wspólną drogę, są pełni wiary w to, że im się uda. Ufnie przed Panem Bogiem przysięgają sobie, że wytrwają w zdrowiu i w chorobie, w dobrej i złej doli, aż do śmierci. Ale z pewnością żadna para nie ma do końca świadomości, jaki to będzie ogromny trud, jaka ciężka praca. Ilu rzeczy trzeba się będzie wyrzec, z ilu zrezygnować, ile razy ustąpić, przebaczyć. – Dlatego tak ważne jest, by młodzi ludzie poważnie potraktowali przygotowania do małżeństwa – mówi dominikanin o. Maciej Soszyński, który od wielu lat prowadzi kursy przedmałżeńskie. Odpowiedzi na pytanie, dlaczego niektórym ludziom wspólne cele, wartości i ideały po dwóch, pięciu czy 25 latach zaczynają się rozchodzić w różne strony, szuka na starcie. – Może te wartości wcale nie były wspólne? Może im się tak tylko wydawało? Każda ze stron stworzyła sobie w wyobraźni obraz tej drugiej połowy – obraz fałszywy. Ale tak bardzo chcieli być razem, że przymykali oko na pewne sprawy, bo gdy jesteśmy zakochani, wiele potrafimy zrobić dla tej drugiej osoby, jesteśmy nawet gotowi przyjąć czyjeś wartości za własne? – zastanawia się.

Zdaniem o. Soszyńskiego, każda para musi sobie zadać pytanie: jak ma wyglądać nasze wspólne życie? Musi ustalić pewną hierarchię ważności. I musi o tym rozmawiać. Nie można unikać trudnych rozmów. – Bo jeśli problemy zaczniemy przemilczać, wówczas się o nie roztrzaskamy – tłumaczy o. Maciej.

Gdy ktoś decyduje się na związek z osobą niewierzącą, nie może po kilku latach mieć pretensji, że współmałżonek nie chodzi do Kościoła. Można na niego czekać, można się modlić, można mieć nadzieję, że kiedyś jego wiara się obudzi. Jednak nie można go przekreślać i obrażać się, że nie podziela tego, co dla nas jest bardzo ważne.

Ojciec Maciej ma poczucie, że młodzi ludzie niejednokrotnie lekceważą pewne sygnały. Widzą, że trudno im zaakceptować taką czy inną rzecz u partnera, ale beztrosko powtarzają: „jakoś damy sobie radę, jakoś to będzie” i zamiast rozmawiać o problemie, idą do łóżka. – Jeśli coś nas niepokoi, jeśli coś jest dla nas trudne, to musimy bardzo poważnie się nad tym pochylić. Nie można związku budować jedynie na uczuciu, bo uczucie się wypali. I nie można rozwiązywać problemów w łóżku. Seks nie załatwi wszystkiego – mówi o. Maciej.

Wymienić zamiast naprawić

Pedagog z Uniwersytetu Wrocławskiego dr Andrzej Ładeżyński, który zajmuje się terapią rodzin, stawia taką diagnozę: wspólne życie wymaga wysiłku, na wielu poziomach. A dzisiejszy świat przyzwyczaja nas do tego, że wszystko ma być łatwe i przyjemne. – Dlatego jeśli coś zaczyna być dla nas za trudne, rezygnujemy z tego – tłumaczy.

Nie mógł uwierzyć, gdy w mediach pojawiły się plotki o rzekomym romansie byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza z dużo młodszą od niego kobietą. – Znałem jego poglądy na temat rodziny i małżeństwa, byłem pewien, że wartości, do których się przyznawał i które publicznie deklarował, były dla niego ważne. Nagle się okazało, że tak nie jest. Dlaczego? – pyta Ładeżyński. – Bo jesteśmy przyzwyczajeni, że stary telewizor możemy w każdej chwili wymienić na nowy, a dobrą komórkę na jeszcze lepszą. Tu zadziałał podobny mechanizm: Po co mam naprawiać związek, jeśli mogę stworzyć nowy?

Niestety, zdaniem terapeutów, wielu młodych ludzi z takim właśnie przeświadczeniem wkracza w dorosłe życie: po co się wiązać z kimś na stałe? Po co brać ślub kościelny, a nawet cywilny? Przecież nie wiadomo, czy nam się uda, więc lepiej niczego nie komplikować już na samym początku. Bezpieczniej jest zostawić sobie otwartą furtkę: jeśli ten związek okaże się pomyłką, szybko, bez problemu wejdę w kolejny. Niektórym kłóci się to z wyznawanym systemem wartości, z ich wiarą i religijnością wyniesioną z domu, ale tak potrafią sobie wszystko wytłumaczyć, że wyrzuty sumienia przestają przeszkadzać, a wartości, które jeszcze wczoraj były ważne, już takie ważne nie są.

Co ciekawe, nawet rodzice dorastających dzieci – wierzący i praktykujący, sami namawiają swoich synów czy córki do pójścia na skróty.

Anna: – Nie mogłam uwierzyć, kiedy usłyszałam, że mój mąż przekonuje naszego syna, by wyprowadził się z domu i zamieszkał ze swoją dziewczyną. Sami zamieszkaliśmy pod jednym dachem dopiero po ślubie, ceniąc wartość, jaką była czystość przedmałżeńska. Teraz, po 25 latach mój mąż namawia nasze dziecko, by zrezygnowało z czegoś, co dla nas było ważne, co stanowiło jakąś wartość.

Ks. Maliński nie jest tym zdziwiony. – We współczesnym świecie pewne wartości przestały mieć znaczenie. Ważny jest klimat społeczny, akceptacja środowiska. Czystość przedmałżeńska stała się niemodna. Dlatego niejednokrotnie przychodzą do mnie matki i mówią: „Ja nie chcę, by moja córka przychodziła na spotkania do duszpasterstwa. Ja chcę żeby ona była normalna, taka jak jej rówieśnicy” – opowiada. – Niektórym rodzicom łatwiej jest zaakceptować to, że córka została zgwałcona na dyskotece, niż to, że odkryła powołanie do życia zakonnego – mówi.

Docenić konflikt, czyli sztuka dialogu

Terapeuci, duszpasterze, psychologowie nieraz słyszą od małżonków, że „nie tak miało być”. Bo miało być inaczej. Ktoś zatracił się w pracy i zarabianiu pieniędzy, ktoś wyjechał za granicę po lepsze życie, ktoś przestał chodzić do kościoła, ktoś zaczął robić karierę, ktoś powiedział, że naturalne metody planowania rodziny są za trudne, więc trzeba sięgnąć po antykoncepcję, ktoś poświęcił się wyłącznie dzieciom i zapomniał o swoim współmałżonku, ktoś stwierdził, że dopiero teraz spotkał swoją prawdziwą miłość i chce być szczęśliwy, ktoś, ktoś, ktoś…

Małgorzata i Maciej też dostrzegli, że wszystko jest nie tak, jak miało być. Choć wiele ich już dzieliło, to łączyła świadomość, że rodzina jest najważniejsza. Dlatego wyjechali razem na rekolekcje. – Szybko zrewidowaliśmy pewne rzeczy, zrozumieliśmy, że przez 10 lat naszego małżeństwa nie rozwiązywaliśmy na bieżąco konfliktów, nie rozmawialiśmy o tym, co nam przeszkadza, co jest dla nas trudne, co chcielibyśmy zmienić – mówi Małgorzata. Z wielkim wysiłkiem zaczęli odbudowywać swój związek. Dziś, po 17 latach małżeństwa są szczęśliwi, wychowują piątkę dzieci. Choć kryzysy nadal się zdarzają.

Ks. Maliński nie pozostawia złudzeń. – Kryzysy zawsze będą się pojawiały, nawet w najlepszym małżeństwie. Tyle że ci, którzy pielęgnują swój związek, będą umieli je rozwiązać – tłumaczy duszpasterz.

Małgorzata i Maciej docenili konflikt. – Bo każdy konflikt oznacza, że mamy coś między sobą do zrobienia, do załatwienia, do omówienia – tłumaczy Małgosia. Dużo wysiłku włożyli w to, by nauczyć się rozmawiać. – Kiedyś każda trudna rozmowa przeradzała się w kłótnię. Robiliśmy sobie wyrzuty, raniliśmy się. Kto mocniejszy w gębie, kto bardziej inteligentny – ten wygrywał. Dzięki rekolekcjom, w których systematycznie uczestniczymy, nauczyliśmy się prowadzić dialog. Odsłaniamy przed sobą najbardziej intymne strony naszego życia. I odkryliśmy, że nawet akt małżeński, który jest piękny i niezwykle ważny, nie daje takiej jedności, jak dialog – ocenia Małgorzata.

Brak dialogu to, zdaniem ks. Malińskiego, pierwsza przyczyna pęknięcia, które pojawia się w związku. – W codziennych rozmowach mówimy najczęściej o sprawach pilnych: kto odbierze dziecko z przedszkola, kto zrobi zakupy, kto zapłaci rachunki, kto umyje samochód. O sprawach ważnych nie rozmawiamy. Bo sprawy ważne są trudne, kłopotliwe, dlatego wolimy ich unikać – mówi. – Poza tym na rozmowę trzeba mieć czas. A czasu ostatnio wszystkim brakuje. O spokojnej rozmowie właściwie nie ma mowy.

Czasu brakuje nam nie tylko na rozmowę, ale także na refleksję: co właściwe dla nas jest jeszcze ważne, dokąd my zmierzamy, co jest naszym celem? – A jak nie ma refleksji, to zaczynamy wszystko spłycać, odchodzić krok po kroku od tego, co istotne, od naszych wartości, od wiary – mówi ks. Maliński. – To nie jest tak, że coś jest nam dane raz na zawsze. O wszystko trzeba walczyć, zabiegać. Także, a może zwłaszcza, o nasze ideały, wartości. Nawet najmocniejszy kręgosłup moralny osłabnie, jeśli nie będzie ćwiczony – dodaje duszpasterz.

W małżeństwie Małgosi i Macieja pojawiła się nowa jakość. – Z dania na dzień coraz bardziej wzrasta nasza przyjaźń, znamy się od tylu lat, ale ciągle na nowo się odkrywamy – ocenia Maciej. – Zaczęliśmy nie tylko do siebie mówić, ale przede wszystkim słuchać siebie nawzajem.

Gosia: – Pielęgnujemy wspólny czas. Zostawiamy czasami dzieci w domu i wychodzimy na „randki we dwoje”. Bo mamy świadomość, że więź małżeńska jest pierwotna, że musimy ją nieustannie wzmacniać.

Kościół im odpuścił

Ks. Maliński jest przekonany, że tylko stała formacja i pogłębianie wiary mogą nas uchronić przed katastrofą. Dlatego zachęca małżonków, by swojej religijności nie ograniczali jedynie do niedzielnej mszy św. – Jeśli nie będziemy jedli – to umrzemy. Z życiem duchowym jest podobnie. Musimy się karmić – przekonuje. Choć przyznaje, że duszpasterska propozycja dla małżeństw jest bardzo nikła. – Zajmujemy się dziećmi, zajmujemy się młodzieżą i studentami. Małżonkom i singlom niewiele mamy do zaproponowania. Dlatego radzi: zamiast narzekać, że propozycji jest za mało, trzeba korzystać z tego, co jest.

Andrzej Ładeżyński mówi też o budowaniu środowiska. – Jeśli będziemy mieli do czynienia z małżeństwami, które pięknie żyją, to i my zapragniemy tak żyć – tłumaczy. Dobry przykład bowiem zawsze pociąga, jest dowodem na to, że mimo trudności i kryzysów można trwać razem, nie rezygnując z tego, co ważne. – Przy takich ludziach można naładować akumulatory, ale też dokonać pewnej konfrontacji: nie jesteśmy jedyni, którym coś w życiu zaczęło rozchodzić się na boki – tłumaczy. Nie kryje, że czasem trzeba skorzystać z czyjejś pomocy. – Gdy niespodziewanie wpadniemy do bardzo głębokiej wody, a nie umiemy pływać, wzywamy ratowników, którzy mają profesjonalny sprzęt i wiedzą, jak nas uratować. Z trudnościami rodzinnymi jest podobnie: nie zawsze możemy liczyć tylko na siebie. Czasami musimy skorzystać z pomocy fachowców. Nigdy nie powinniśmy rezygnować z tego, by walczyć o związek.

Jednak są takie sytuacje, gdy nawet duszpasterze mówią: musicie się rozstać. Zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodzi alkohol, przemoc fizyczna czy psychiczna. – Jeśli zdarza mi się tak komuś radzić, zawsze ma to służyć dobru obojga małżonków i dzieci, by zdołali uporać się z problemem i po jakimś czasie mogli do siebie wrócić – mówi ks. Maliński.

Lew Tołstoj napisał: „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa po swojemu”. Ale nawet ta najbardziej nieszczęśliwa powinna spróbować o siebie zawalczyć.

Uzdrawiająca moc konfliktu
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Napisała dziesiątki reportaży i tekstów publicystyc...