Szelmowski uśmiech
fot. elia pellegrini / UNSPLASH.COM

Szelmowski uśmiech

Mam problem z tą książką i jest to zdanie najprawdziwsze z całej recenzji. Mogę je odmieniać przez wszystkie czytelnicze przypadki, a ono dalej zachowa swą aktualność. Jestem pozytywnie zaskoczony, książka – a zwłaszcza jej bohater – dała mi wiele do myślenia, a przy okazji dawno się tak nie uśmiałem – prawda. Ale też: ta książka to żadna nowa wiedza, tylko zwykłe banialuki podane jako pseudomądrość, to nie żaden bohater, to antybohater, jestem ciut zgorszony i ciut oburzony, a jeśli ja, facet o tak rozległych zainteresowaniach i taaakim poczuciu humoru, to piszę, to znaczy, że coś jest na rzeczy. Słowem, trafił swój na swego? Ano właśnie.

Gdy spoglądam na książkę Bóg nie jest automatem do kawy, to wydaje mi się, że jest w nią wpisany nieusuwalny żart: ksiądz z Polski obejmuje parafię w Czechach. Ta sama liczba, którą w Polsce określa się wierzących, w Czechach dotyczy ateistów. Z kraju, który wydał Jana Pawła II i którego królową jest Maryja, idzie do kraju Jana Husa, piwa i knedlików. No i jeszcze ten język, niby tak podobny, a w rzeczywistości zupełnie różny, co daje sporo uciechy zarówno Polakom (żartującym z Czechów), jak i Czechom (żartującym z Polaków). Krzywe zwierciadło. I właśnie w takich groteskowych odbiciach będziemy się przyglądać dzisiejszemu chrześcijaństwu, Kościołowi i temu, co robimy z Panem Bogiem.

Trzymaj się kielicha i celibatu

Są lata 90. XX wieku, gdy ksiądz Zbigniew Czendlik zostaje poproszony o pomoc duszpasterską w czeskiej parafii. – Pochodzisz ze Śląska, dogadasz się, to tylko na chwilę – przekonuje biskup. Inni kapłani jadą do Francji czy Niemiec, a tu wzywają sąsiedzkie Czechy. Podróż Czendlika, przybycie na parafię i objęcie probostwa (bo z chwili zrobi się kilkanaście lat) to niemal gotowy scenariusz na film. Dodatkowym smaczkiem jest to, że ksiądz z Polski i czeski proboszcz w jednym stał się najbardziej lubianym i popularnym kapłanem w ateistycznych Czechach. Legendarna siła i świętość polskiego katolicyzmu? Raczej coś innego.

Mówią o nim „postmodernistyczny popowy proboszcz”, „bulwarowy proboszcz” – to złośliwcy, którzy cierpią na nadmiar Czendlika w mediach. Rzeczywiście jest go sporo. Własny program telewizyjny, własna audycja radiowa, chętnie zapraszany do studia telewizyjnego, częsty gość popularnych gazet, bywalec licznych przyjęć organizowanych przez ludzi show-biznesu… Niewątpliwie jest postacią medialną. Do tego nie nosi koloratki, mówi krótkie kazania, a pierwszą poranną mszę przeniósł z godziny ósmej na dziewiątą trzydzieści, chodzi do knajpy, lubi wypić, ma słabość do modnych ciuchów. Czyżby to był sposób na atei

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się