Ślepiec
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Jana

0 opinie
Wyczyść

Najbliższym, którzy z miłością wskazują mi
drogę do Domu Ojca

Ślepiec usiadł pod murami świątyni, niedaleko rozłożystej sykomory. Nadeszło południe, pora dnia, którą ukochał najbardziej. Tylko wtedy mógł upajać się niemal doskonałą ciszą. Palące słońce przepędzało hałaśliwych przekupniów. Kilku z nich próbowało jeszcze handlować synogarlicami. Biedacy z dalekich stron wyciągali ze skórzanych mieszków żądaną sumę i ściskając mocno w ogorzałych, spracowanych dłoniach gołębie, znikali w świątyni pachnącej dymem kadzideł i słodką krwią zabijanych zwierząt.

Żebracy z upodobaniem chronili się w cieniu drzew sykomory. Przeliczali ukradkiem pieniądze z chciwością w oczach, nigdy niepozwalającą nasycić się zdobytym dobrem, obezwładniającą brakiem jakiejkolwiek ofiary i współczucia ich sparaliżowane kończyny.

Ślepiec zachwycał się milknącym na kilka godzin miastem. Osłaniał wtedy powiekami suche oczy i kierował twarz w stronę słońca. W takich chwilach pragnął przypomnieć sobie wyrzucone dawno z pamięci modlitwy wychwalające Boga, wielbiące Go, chciał dziękować Mu za ciszę i spokój, za słońce i pustynny wiatr, za gaj i za świętą sadzawkę, w której obmywał swoje ciało, lecz ile razy zapragnął błogosławić Jahwe, tyle razy czuł obezwładniający usta paraliż. Milczał. Wyobrażał sobie wówczas, że Ten, który obdarzył ojca Abrahama potomstwem tak licznym jak gwiazdy na niebie, który ocalił Józefa, który objawił się Mojżeszowi w krzaku okrytym liśćmi ognia, który wprowadził do obiecanej krainy niewierny, nieposłuszny, szemrzący przeciw Niemu lud, jest również ślepy i niemy. Nie dostrzegał przecież wszechwidzącymi oczami niedoli ślepca i jego towarzyszy, nie odpowiadał na błagalne prośby, nie słyszał ich, ponieważ poraziła Go nie tylko choroba oczu i języka, ale także uszu. Ślepiec myślał wtedy, że ułomność człowieka jest usprawiedliwiona, bo Bóg Stwórca, Ten, który powołał do istnienia kalekie ciało, sam jest nieszczęśliwym kaleką. „Nie możesz być inny, skoro jestem Twoim obrazem” — bluźnił w ciszy serca z coraz większym upodobaniem bezkarnego — bo już ukaranego niemocą — dziecka.

Był ślepcem od urodzenia.

„Lepiej byłoby, gdybyś umarł w moim łonie”, szlochała wielokrotnie matka, wiedząc, że jej pierworodnego czeka los żebraka. W duchu obwiniała siebie i oskarżała, ponieważ czuła, iż syn cierpi za jej grzechy. Wiele lat temu, kiedy młodość kwitła na jej gładkim obliczu, a łono domagało się macierzyńskiego spełnienia, zakrywając z obrzydzeniem twarz, kopniakami i szturchańcami torowała sobie drogę do świątyni między natarczywymi żebrakami. Nie spodziewała się, iż nosi w sobie jednego z odtrąconych, że jej pogarda i brak litości zamieszkają w ślepych oczach syna. Spotkała ją zasłużona kara za bezduszność i skąpstwo, za brak współczucia. Kiedy przemywała przymknięte, chore oczy dziecka naparem z arabskich ziół, kiedy dotykała płaczących zastygającą ropą miejsc, w których zbiegają się powieki, kiedy rozczesywała zlepione rzęsy, mówiła w duchu: „Nie pozostawiasz w spokoju, pamiętliwy Boże Izraela, tych, którzy Cię obrazili”. Gdy śpiewała: „Nad wszystkim masz litość i wszystko w Twej mocy, i zamykasz oczy na grzechy ludzi, by się nawrócili”, czuła, że Bóg zamknął oczy nie tylko na grzech, ale na zawsze, a Jego litość, jeśli istnieje, jest martwa.

Ojciec ślepca nie rozmawiał od lat z jedynym synem. Lękał się ujawnienia skrywanej od dawna tajemnicy. Milczał. Postanowił nie otwierać swoich ust tak długo, jak długo nie będzie pewien, że Jahwe, który zemścił się na synu za przewinienie ojca, przebaczy mu. Doskonale pamiętał pewien duszny wieczór, kiedy jego brzemienna żona jak zwykle udała się na spoczynek. On, który tego dnia nie próbował myśleć o Bogu, bo zwracał się w stronę świątyni byle jak, pośpiesznie, niedbale odwracając od niej swoje oczy i szepcząc bezmyślnie „Sz’ma Israel”; on, który wypełniał nakazy Prawa i wystrzegał się wszelkiej nieczystości; on, któremu obce było pożądanie kobiety, uległ. Niezaspokojony, pełen żądzy i pragnienia szedł ciemnymi ulicami Jerozolimy, by znaleźć zgubne spełnienie w ciele nierządnicy. Potem żałował, korzył się przed Bogiem, przepraszał, pościł i modlił się, składał ofiary przebłagalne, a kiedy jego serce doznało wreszcie uspokojenia, żona powiła mu ślepe dziecię. „Nie zapominasz, Boże Izraela, grzechów swoich synów…” — wyszeptał i zamilkł.

Ślepiec nie wiedział o tajemnicach rodziców. Wiódł życie żebraka. Przeszłość była jak ślina, przełykał ją bez zastanowienia albo wypluwał. Liczyła się teraźniejszość. Ani wczoraj, ani jutro, ale dzisiaj z ułomnością tak naturalną, jak zapach wonnych olejków niedostępnych kobiet, pochylających się nad niewidomym, by zamknąć w jego dłoni skromną jałmużnę.

Słyszał, że niedawno w pobliżu Bramy Źródlanej jakiś człowiek uzdrowił takiego jak on. Ślepego od urodzenia. Przeklinał tę chwilę, która nie stała się chwilą jego odrodzenia, przejrzenia. Przeklinał swoje stopy, ponieważ zaniosły go w ten dzień nad brzeg dalekiego, chłodnego Jordanu, a nie nad sadzawkę Siloe, w której wodach tamten — tak mówili — zeskrobywał ze swoich oczu skorupę z błota i ze śliny uzdrowiciela. Przeklinał swoje słabe serce i ułomną wiarę, która nie pozwalała mu wierzyć w podobne wydarzenia. Człowiek uzdrowiciel. Fantazja i wyobraźnia. Kłamstwo. Świat cudów — niedostępny jak góra Horeb, ale istniejący w szklistych źrenicach wszystkich niewidomych żebraków.

Przetarł suche oczy. Chciał zapomnieć o tamtym cudzie, chciał nie wierzyć całym sercem. Lekko zwilżył oczy śliną. Ciemność. Wciąż ogarniała go miłosnym uściskiem Ciemność, jedyna kobieta, którą kiedykolwiek posiadał na własność. Ona całowała jego stopy, podbrzusze, tors, usta, rzadko oczy. Chociaż usadowiła się na zawsze w zakamarkach pożółkłego białka i ciemnej tęczówki, rzadko całowała oczy. Ciemność–kobieta wiedziała, że jej długi pocałunek mógł zdjąć przekleństwo kalectwa.

Wmasował delikatnie ślinę w powieki. Dodał garść ziemi. Lepka maź skleiła rzęsy. To, co z człowieka, i to, co z ziemi, miało przynieść zdrowie? Zamrugał. Żadnej zmiany. Tylko pustynny wiatr stał się bardziej gorący, suchy. Poczuł, że drzewo sykomory, pod którym się schronił, drży. Odczuwał to drżenie w swoim ciele. Najpierw w stopach delikatne łaskotanie, pajęcze kroki. Potem w kręgosłupie okrągłe wibracje, jak uderzenie dłonią w martwe fale Siloe, ledwie odczuwana aureola pięciu kół znikających w mule wody. Dłonie, a raczej sprawne palce, doskonałe oczy ślepca, sztywniały, drewniały, na moment stawały się niewidome. Żebrak poruszał nimi nerwowo, bo wiedział, że za chwilę ogarnie go ból głowy, dotknie miarowym uderzaniem w czoło przecięte bruzdą i w ciemię, by zaraz objąć całe ciało żebraka żelazną obręczą. Uciekać. Poczuł, że wiatr jest coraz silniejszy, że nadchodzi burza, matka skalistej Pustyni Judzkiej, macocha doliny Baka. Uciekać. Wstał. Potknął się o wyrastające z ziemi korzenie sykomory. Pięły się bezczelnie w stronę pnia, obejmowały go, trwały w uścisku, oplatały wyschniętymi mackami różnej grubości, zapętlały się, dusiły. Ślepiec potknął się. Chciał uciec od mieszkającego w nim drżenia, biec przed siebie, schować się w wyklętej osadzie trędowatych, bo Bóg i drżenie omijają ją z daleka.

Przetarł krwawiącą dłoń. Poczuł smak krwi. Mówili, że jest czerwona. Językiem roztarł jej krople na podniebieniu. Słodycz własnego ciała o zapachu pszennych podpłomyków, suszonych fig, bezbarwnych melonów. Spijał chciwie krew, nasycał się sobą.

Jego ręka wysunęła się ze szmat chroniących ciało. Poszukiwał solidnego kija, towarzysza wędrówek. Ślepiec dokładnie znał drogę prowadzącą do domu, ale potrzebował opieki kawałka drewna. Torował nim przejście, czasem oganiał się od wściekłych psów czy wrzeszczących dzieciaków: „Grzeszny ojciec, grzeszna matka, ślepy syn, na oczach łatka!”. Nienawidził ich. Nienawiść była jego kolejną kobietą. Doskonale radziła sobie z Ciemnością. Dzieliły jego ciało, wprawdzie niesprawiedliwie, ponieważ Nienawiść otrzymała jedynie serce, lecz bez najmniejszych zatargów. Ból głowy miotał się w czaszce ślepca.

Ruszył w drogę. Wolno, ale pewnie. Szedł przed siebie. Słońce stało jeszcze wysoko, lecz nie udał się pod jedną z bram miasta, by zarabiać na życie. Skręcił w tę wąską uliczkę, która prowadziła do domu, gdzie rodzice — być może — oczekiwali syna. Ślepiec zawahał się. Sięgnął dłonią do skórzanego mieszka. Sprawnie przeliczył monety. Przeczuwał, że ma ich wystarczająco dużo, by zdradzić kobiety swojego życia: Ciemność i Nienawiść. Nie myślał o Bogu. Był daleko od Niego, daleko od przykazań, rytualnych modlitw. Oparł się o ścianę. Dotknął jej dłonią. Potrafił poznać każdą ulicę w świętym mieście, masując opuszkami palców mury, błądząc delikatnie po zgłębieniach, rysach, wyrwach znajdujących się w ścianach ubogich domów. Stare miały korale z pęknięć i dziur. Czuł kolejne, nierówno nakładane warstwy farby, rozsypujące się po murze jak włosy starej kobiety. Przebiegał palcami między niedokładnymi spojeniami głazów, zlizywał krople wody wypływające z kamiennych serc murów, czasem przystawał przy otwartych drzwiach domostw i chłonął głosy z wewnątrz. Palce i usta bezbłędnie prowadziły go do celu. Ból głowy i drżenie mijały powoli.

Kierował się wolno w ten sam ślepy zaułek, w którym wiele lat temu jego ojciec chłonął zapach obcej kobiety. Sądził, że nierządnice nie mają zapachu, że właściwa jest im bezzapachowość, chociaż wiedział, iż grzech czuć na odległość mieszaniną słonego potu i starej soczewicy, a zło, zimne zło dotyka nozdrzy zapachem ciemnej nocy, bólu ciała i smrodem ropiejących wrzodów.

Szedł powoli. Miarowo stukał kijem w wyboisty grunt uliczki, prawa ręka szlakiem murów prowadziła go do przeklętego miejsca.

Usłyszał szum. Nadciągał — Bóg wie skąd — tłum. Nienawidził tłumu. Przykucnął pod ścianą, a głowę okrył dłońmi, skulił się i oczekiwał, że przejdzie mimo, nie zauważy jak zawsze, może splunie i kopnie, i popłynie nieustającą, bezgraniczną falą dalej. Bóg wie dokąd. Tłum. Ogień i woda. Szum. Nadciągał. Coraz wyraźniejsze głosy. Dźwięki układające się w słowa i w proste zdania. Cud. Cudotwórca.

Poczuł błogosławiony ból głowy, drżenie stóp, rąk, świdrujący kręgosłup. Ból, który nie pozwalał słyszeć szeptów ludzi, krzyków dzieci, zawodzeń opętanych. Ból go zbawiał, wyzwalał nie tylko z własnej, przyrodzonej ślepoty, bo był silniejszy od niej, mocniejszy i bardziej wszechwładny, ale chronił przed ślepotą tych, którzy widzą. Ból tkał niewidzialny płaszcz i czule okrywał nim swego cierpiącego syna.

Nie wiedział, kiedy tłum wciągnął go w siebie lepkimi, choć czułymi mackami. Ślepiec stracił orientację. Kij został gdzieś przy ścianie, prawa ręka pozbawiona stałości jerozolimskich murów błądziła bezradnie w powietrzu; lewa ściskała mieszek pełen drobnych monet. Żebrak falował wspólnie z innymi, unoszony bezwładnym prądem oczekiwania i niespełnienia. Wokół mieszał się zapach brudnych szmat i prostego jedzenia. Wiatr roznosił woń czosnku i cebuli jak zarazę, przed którą nie ma ucieczki. Ślepiec poczuł się bezradny. Dziecko bez oczu. Dziecko bez ojca.

Nagle stanął w obliczu nieznanego. Do tej pory umiał usłyszeć i nazwać wszystko (nos, uszy i dłonie były niezawodne): cień, dym, deszcz, słońce, strawę, nawet grzech i zło, i kobietę. Tymczasem ogarniała go Tajemnica, przenikała, dotykając serca i nerek. Ciemność i Nienawiść mieszkające w jego sercu i źrenicach rozluźniły uścisk. Tłum rozpłynął się, umilkł. Ślepiec nie wiedział, czy jest sam. Po raz pierwszy wydawało mu się, że stracił słuch. Skrzydlaty ból umknął.

Odczuł woń, której nigdy wcześniej nie spotkał. Zapach korzeni i mirtu, i kadzidła, niespokojny zapach wiatru pustyni Dżebel Quruntul i zapach drzewa. Drzewa.

Usłyszał głos, którego nigdy wcześniej nie słyszał.

— Co chcesz, abym ci uczynił?
— Abym przejrzał.

Ślepiec
Ewa Madeyska

urodzona w 1971 r. – absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Wrocławskim, doktor nauk humanistycznych, literaturoznawczyni, pisarka, dramatopisarka, scenarzystka, redaktorka, wykładowczyni twórczego pisania.Absolwentka...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszykKontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze