Pomysł na wakacje
Oferta specjalna -25%

Grunt to rodzinka. Siedem zasad szczęścia rodzinnego

0 opinie
Wyczyść

Wychowankowie sprawili mi radość. Bez moich zbytnich zabiegów wznowili pierwszą moją książkę — Mój dom — złożoną z artykułów drukowanych przed laty w „Tygodniku Powszechnym”. Jan Grzegorczyk napisał piękny wstęp pt. Bezwstyd i miłość, Jola Czapczyk zredagowała ją na nowo, ozdobiła zdjęciami, a Aleksander Bąk zrobił nową okładkę.

Mam w ręce swoje dzieło sprzed lat — książkę, którą po jej ukazaniu się śp. ojciec Angelik Jarosz OP uczcił butelką wina. Trzeba było znać ojca Angelika i żyć w tamtych czasach, aby docenić jego wielkoduszność. Jego ascetyzm i surowość załamały się. Poszedł zaraz do piwnicy i przyniósł butelkę wina mszalnego, bo innego nie było w klasztorze, aby sprawić braciom przyjemność i dać wyraz uroczystej chwili. Wtedy ukazanie się książki było prawdziwym wydarzeniem. Książki kupowało, a raczej zdobywało się spod lady, a wzięcie ich do ręki było świętem. Dzisiaj to normalka. Książek już się nie wydaje, książki się produkuje. Tak samo jak zwierzęta na rzeź lub ziarno na chleb.

Od czasu napisania Mojego domu do czasu wybudowania domu na Jamnej minęło wiele lat. Kim jestem po tych latach? O fizycznej przemianie młodzieńca w poważnego mężczyznę, bardziej podobnego do rozdeptanej żaby, wspomnę tylko, bo przyjmuję tę transformację z całą pokorą. Niebawem pojadę na Jamną odpocząć po trudach Lednicy. Tak naprawdę to zmieniam tylko rodzaj zajęcia, przechodząc od jednego do drugiego, któreś z nich od czasu do czasu, dla niepoznaki, nazywając odpoczynkiem.

Jadę na Jamną z Ewangelią św. Łukasza, którą wręczył nam swoim słowem sam Ojciec Święty nad Lednicą w dniu 10 czerwca br. Mam zamiar karmić nią przez cały sierpień domowników i kuracjuszy jamneńskich. Szukam pomysłu na przygotowanie dań ewangelicznych. Będę próbował zrealizować modlitewny zamysł naszego przyjaciela Romana Brandstaettera i ustanowić zupełnie prywatnie Święto Spożywania Pisma świętego. Marzy mi się, aby się najeść Pisma świętego do syta i uraczyć tym jadłem domowników domu św. Jacka.

Cały szereg pomysłów kłębi mi się w głowie. Chciałbym, aby wszyscy czytali Ewangelię, a wieczorami jakaś odważniejsza grupa przedstawiała skromną inscenizację, coś w rodzaju teatru rapsodycznego, gdzie najważniejsze zawsze jest słowo, a gest podporządkowany słowu służy jego uwyraźnieniu.

Pragnąłbym na przykład pewnego dnia spożyć ze wszystkimi wieczerzę na łące, przy jednym, ustawionym z naszych stołów jamneńskich, ogromnym stole, pośrodku którego byłby wizerunek Chrystusa ze sceny ostatniej wieczerzy Leonarda da Vinci, a ktoś przeczytałby opis wieczerzy zapisany przez ewangelistę. Myślę, że taki opis wszyscy uczestnicy tej wieczerzy zapamiętaliby do końca życia. Obrazy cisną się same: zbłąkana owca, wjazd na naszym jamneńskim osiołku, syn marnotrawny, Emaus z łamanym chlebem, panny z lampami, syn marnotrawny i miłosierny ojciec, umywanie nóg Gienkowi, którego przezywają Germanem, bo matka przywiozła go w swym łonie z Niemiec, po zakończeniu przymusowych robót w czasie wojny.

Jan Grzegorczyk podpowiada, ażeby Ewangelię św. Łukasza przeczytać pod lupą innej sugestii naszego wielkiego przyjaciela Romana Brandstaettera, który uporczywie twierdził, że Jezus nie był cieślą, ale najemnym robotnikiem rolnym. I ażeby podkreślić i wyczytać wszystkie Jego obrazy z przypowieści, które wzięte są z doświadczeń najemnego robotnika rolnego. To nie tylko przecież obrazy, ale myślenie o człowieku jako o glebie i ziarnie, którym trzeba zajmować się jak rośliną do czasu, kiedy sama wyda owoce. I żniwa. Chcemy celebrować żniwa. Pan Jezus wśród zbóż, niech każdy dotknie i ucałuje kłos, niech go pieści i z miłością przygarnie, a może zrozumie, jak szeroko rozlewa się łaska.

Tak czy owak, będzie to Święto Spożywania Pisma świętego. Myślę, że trzeba nam iść tym tropem. Dość bieganiny za światowymi myślami i komentarzami do komentarza. Trzeba pić ze źródła Wody Żywej, której pragnienie w nas rośnie.

Jedną z miar mojego żywota są wizyty Ojca Świętego w Polsce i na świecie. Chciałbym i ja donieść o wizycie, która miała miejsce w mojej prywatnej celi w Poznaniu. Otóż kilka dni temu, nad samym ranem przyszedł do mnie we śnie Ojciec Święty.

Śnił mi się Papież. Staliśmy przy windzie, w apartamentach. Tam, gdzie jest taki stolik okrągły naprzeciw windy, na którym kładzie się rzeczy podręczne. Nagadawszy się wcześniej, pożegnałem się już ze wszystkimi. Ojciec Święty stał jeszcze z biskupem Stanisławem, bo odprowadzili mnie do windy. Uśmiechał się, jak to tylko On potrafi. Ja, jak zawsze, odruchowo, poprosiłem, ażeby Ojciec Święty mi coś dał. Biskup Stanisław odchodził właśnie ze słowami: „Już dość, już dość dostałeś, więcej od innych, dość już…”, ale Ojciec Święty, uśmiechając się, sięgnął w poły sutanny i wyjął stamtąd różaniec, i podał mi go z uśmiechem. Ale cóż to był za uśmiech. Dostojnicy krzywiliby się, że tak wielki człowiek, tak zwyczajnie się uśmiecha. Różaniec był biały i w pięknym pudełeczku. „Masz to ode mnie…”. Cofając się, wchodziłem do windy. Ojciec Święty stał, uśmiechając się. I wtedy zadzwonił budzik. Na stoliku obok łóżka znalazłem używany różaniec z drzewa kokowego, który dostał przed laty od Ojca Świętego mój nieżyjący już wuj, prof. Marian Plezia.

Pomysł na wakacje
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszykKontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze