Za co kochamy McDonalda
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Jana

0 votes
Wyczyść

Proponuję Czytelnikom zejście z superhermetycznych wyżyn intelektualnych gett na ziemię, w okolice, gdzie żyją zwykli zjadacze chleba, i zastanowienie się, dlaczego owi zwykli ludzie w nosie mają groźbę makdonaldyzacji i tak chętnie objadają się hamburgerami, że aż im się uszy trzęsą.

Przeczytałem z uwagą artykuł Pani Katarzyny Wiśniewskiej na temat pułapki makdonaldyzacji, w którym omawia ona książkę Georga Ritzera straszącego wszystkich makdonaldyzacją świata, zdefiniowaną jako „proces stopniowego upowszechniania się zasad działania restauracji szybkich dań we wszystkich dziedzinach życia społecznego w Stanach Zjednoczonych oraz na całym świecie”.

Koszmarna to definicja i przyznam się szczerze — nic z niej nie rozumiem, bo nie wiem, co to znaczy, że „zasady działania restauracji szybkiej obsługi rozszerzają się na wszystkie dziedziny życia” i dlaczego niby miałoby to być groźne. Podejrzewam zresztą, że Ritzer też do końca swojej definicji nie rozumie, tylko po prostu napisał kolejną książkę podejmującą zadanie rytualnego rzucania błotem w sieć barów McDonalda. Wystarczy przejść się po księgarniach lub poczytać prasę, aby znaleźć setki podobnych tekstów, oskarżających tę firmę o powodowanie niszczenia Amazonii, nędzy Trzeciego Świata, dziurę ozonową, globalne ocieplenie, koklusz, a wkrótce dojdą do tego kolonializm i wyprawy krzyżowe. Rodzi się pytanie: czy produkowane masowo, według jednego schematu, artykuły krytykujące McDonalda nie są przypadkiem symptomem tejże straszliwej makdonaldyzacji, tyle że intelektualnej, którą straszą nas ich autorzy?

Mam niejakie podejrzenia, że przyczyną ataków jest co innego: jest to jakaś forma odreagowywania kompleksów. Siedzącym w uniwersyteckich gettach intelektualistom wydaje się, że zwalczając jedzenie frytek i hamburgerów, dają dowody swojego ponadprzeciętnego wyrafinowania umysłowego, pozwalającego im patrzeć z góry na ciemne masy obżerające się w barach szybkiej obsługi. Ot, dla przykładu: Pani Katarzyna Wiśniewska pisze: „…klatka makdonaldyzacji ulepiona jest po prostu z gąbczastego ciasta hamburgera: pozornie miękka i niegroźna, ale ograniczająca horyzont widzenia. Jej niebezpieczeństwo polega na tym, że niektórzy wcale nie mają ochoty z niej wyjść”.

Dlatego proponuję Czytelnikom (zwłaszcza tym z uniwersytetów) zejście z superhermetycznych wyżyn intelektualnych gett na ziemię, w okolice, gdzie żyją zwykli zjadacze chleba, i zastanowienie się, dlaczego owi zwykli ludzie w nosie mają groźbę makdonaldyzacji i tak chętnie objadają się hamburgerami, że aż im się uszy trzęsą.

Otóż na temat: „Dlaczego kochamy McDonalda” (a także „Burger Kinga”, „Quicka”, „Wendy’s”, „Taco Bell”, „Burger Ranch” oraz inne podobne sieci barów), można pisać w nieskończoność i nadal tematu nie wyczerpać. Pozwolę sobie jednak wymienić kilka najważniejszych powodów.

McDonalda kochamy, albowiem

1. Oferuje jedzenie tanie. Standardowy zestaw złożony z hamburgera, coli i porcji frytek kosztuje często mniej niż byle jaka kanapka w „konwencjonalnym” barze.

2. Oferuje jedzenie smaczne i przygotowane w prawie sterylnych warunkach, dzięki czemu w McDonaldzie znacznie trudniej zatruć się salmonellą niż w jakiejś prestiżowej restauracji, gdzie jedzenie podają na porcelanowej zastawie (która nie wiadomo, czy jest dobrze umyta).

3. McDonaldowe hamburgery i sałatki zawierają wiele korzystnych dla zdrowia składników odżywczych. Ludzie, którzy wybrzydzają i określają je junk food, są ignorantami, którzy, jeżeli ich o to zapytać, nie potrafią powiedzieć, czym różnią się salade des crudites od salade du chef ani nawet nie wiedzą o ich istnieniu.

4. W Trzecim Świecie bary McDonalda odgrywają ogromną rolę cywilizacyjną, niemal taką jak niegdyś europejskie misje. W panującym w tych krajach brudzie i smrodzie są oazami porządku i sprawnej organizacji pracy, stanowiąc wzorzec, który dowodzi, że można, jeżeli się chce — żyć w czystości i podawać jedzenie bez rojów much.

5. W krajach wysoko rozwiniętych McDonald odgrywa ogromną rolę wychowawczą, albowiem stanowiąc pierwsze miejsce pracy, w którym większość młodych ludzi zaczyna zarabiać na swoje kieszonkowe, uczy ich obowiązkowości oraz szacunku dla pieniędzy. Kraje, w których licealiści i studenci nie zarabiają na (chociaż częściowe) swoje utrzymanie i żyją wyłącznie dzięki stypendiom oraz pomocy rodziców, skazane są na degenerację.

6. W krajach średnio rozwiniętych (jak np. Polska) McDonalda kochamy za to, że oferuje — jak na lokalne warunki — stosunkowo dobrze płatną pracę dla młodych ludzi. Nie są tak odległe czasy, kiedy to przed McDonaldem na Floriańskiej demonstrowała grupa anarchistów czy innych podobnych ugrupowań, potępiając rzekomy wyzysk, jakiemu poddani są pracownicy tej firmy. Sami zainteresowani jednak nie wyrazili chęci, aby ktoś się zajmował obroną ich praw w ich imieniu, albowiem zbyt sobie pracę cenili. Nikt z młodych ludzi stanowiących ekipę McDonalda nie zadał sobie trudu wyjścia do demonstrantów i nie przerwano też pracy.

7. W stołeczno–królewskim mieście Krakowie McDonalda kochamy za to, że oferując wysokie czynsze za wynajem lokalu, pomagają w wyrzuceniu z terenu Starego Miasta jakichś nikomu do niczego niepotrzebnych pseudogalerii pseudosztuki. Budzi to czasem protesty, ale są one na szczęście ignorowane. Krakowianie bowiem powoli zrozumieli, że aby Stare Miasto nie niszczało, musi ono żyć. A żyć będzie, jeżeli wypełnią je knajpy, knajpki, pizzerie, piwiarnie, restauracje, gdzie przesiadywać będą tak turyści, jak i tubylcy, pozostawiając pieniądze, które w postaci czynszów trafią później do właścicieli kamienic, pozwalając na przeprowadzenie remontów oraz odnawianie zniszczonych fasad. Pomoże to w doprowadzeniu Starego Miasta do takiego stanu, iż nie będziemy musieli się wstydzić rozpadających się w nim budynków. Czas zrozumieć, że o poziomie kulturalnym społeczeństwa świadczy jakość jego kuchni oraz czystość klozetów publicznych, a nie liczba ludzi z dyplomami ASP lub laureatów Nagrody Nobla z literatury przypadająca na tysiąc mieszkańców.

8. McDonalda kochamy i za to, że mimo iż jest firmą ponadnarodową, potrafi dostosowywać się do lokalnych zwyczajów, gustów i tradycji. Tak na przykład — w USA nie serwuje piwa, we Francji dodaje do menu szeroki wybór sałatek, w Wiedniu oferuje rano typowe wiedeńskie śniadanko, w Krakowie przy Floriańskiej urządził ładnie gotyckie wnętrza, w Meksyku podaje w hamburgerach więcej ostrych przypraw, w dzielnicy łacińskiej niedaleko Sorbony ściany ozdobił grzbietami książek, przez co lokal wygląda jak biblioteka, w pobliżu lotniska w New Jersey, gdzie miała miejsce słynna katastrofa Hindenburga, ściany ozdobił freskiem przedstawiającym sterowiec, w Izraelu podaje jedzenie koszerne… i tak dalej. Oglądając wystrój barów McDonalda, możemy (jeżeli chcemy) wiele się dowiedzieć na temat krajów, w których bar ten się znajduje. Również i smak hamburgerów nie jest bynajmniej jednakowy — wbrew pozorom menu oferowane w barze McDonalda w Paryżu i Nowym Jorku nie jest identyczne. W Paryżu nie znają „Quater Pounder”, zaś w Nowym Jorku „McBacon” czy „Royal Cheese”. Jedynie „Big Mac” jest naprawdę ponadnarodowy, choć i on wykazuje pewne wariacje smakowe. Zabrzmi to jak herezja, ale „Big Mac” w Paryżu jest lepszy niż w USA. Francuzi nawet amerykańskie jedzenie potrafią ugotować lepiej od Amerykanów.

9. McDonald również budzi naszą sympatię z powodu nienawiści, jaką wywołuje wśród nawiedzonych ekologów, wegetarian, rozmaitych lewaków oraz skinheadów. Ci pierwsi zwalczają go, ponieważ zwalczanie wszystkiego jest dla nich racją bytu, drudzy chcieliby swoje menu narzucić większości, trzeci krytykują go za kapitalistyczny wyzysk, a ostatni za to, że jest symbolem zgniłej Ameryki niszczącym zdrowy kręgosłup moralny narodu, który powinien jeść bratwurst z ziemniakami (jeżeli rzecz ma miejsce w Niemczech), bliny (w Rosji) czy jakieś tam inne lokalne potrawy.

Oczywiste jest, że ktoś, kto budzi wrogość skinów oraz innych lewicowców, zasługuje na pewną dozę sympatii z naszej strony. Nie ma większej frajdy, jak wyciągnąć torbę z zapakowanym hamburgerem i coca–colą, a następnie zacząć go jeść na oczach jakiegoś wojującego wegetarianina!

10. McDonalda kochamy też za to, że oferuje potrawy proste i niewymagające wielkiego intelektualnego wysiłku przy przeglądaniu karty menu. Ma to ogromne znaczenie, gdy zwiedzamy jakieś wielkie miasto w obcym kraju i z obolałymi nogami szukamy miejsca, gdzie można by wypocząć i coś zjeść. Lokalne restauracje być może oferują jakieś typowe specjały miejscowej kuchni, ale my nie mamy czasu na szukanie taniej knajpy, a następnie mozolne wybieranie z menu o nic nam niemówiących nazwach jakiejś jednej jadalnej potrawy. Dlatego dla udręczonego turysty widok złotej litery „M” na szyldzie stanowi wybawienie oraz oznakę, że tu będzie można w spokoju usiąść, udać się do czystego klozetu, umyć ręce, zamówić znaną sobie dobrze potrawę, bez użerania się z kelnerem o napiwek. Pół godziny później, posilony porcją wołowiny i orzeźwiony coca–colą, będzie mógł ruszyć w dalsze zwiedzanie.

11. McDonalda kochamy i za to, że symbolizuje klasę średnią — ludzi nie na tyle bogatych, aby jeść często w eleganckich restauracjach, ale i na tyle niebiednych, że stać ich na to, aby zabrać do knajpki dzieci w celu sprawienia im przyjemności. Są to ludzie, którzy muszą się liczyć z pieniędzmi i nie stać ich na wyrzucanie ich byle gdzie, ale też nie muszą oni głodować. Będąc na dorobku, cenią sobie życie ustabilizowane i są mało podatni na rozmaite idee radykalne. Jest pewna doza prawdy w twierdzeniu tygodnika „The Economist”, że jeszcze nigdy nie zdarzyło się, aby dwa kraje, w których istnieją knajpy McDonalda, rozpoczęły ze sobą wojnę, a to dlatego, że McDonald otwiera swoje lokale tam, gdzie istniejąca klasa średnia zapewni mu klientelę. A ta właśnie klasa jest najmniej skłonna do poddawania się demagogom i podżegaczom. (Niestety, po wojnie w Kosowie ta teza „Economista” jest już mniej prawdziwa, bowiem McDonald funkcjonował w Belgradzie — i został nawet przez Serbów zdemolowany).

12. McDonalda kochamy za to, że otwierając restaurację w Moskwie, dał symboliczny znak końca komunizmu i tryumfu (przynajmniej na razie) cywilizacji zachodniej.

13. McDonalda kochamy za to, że symbolem Ameryki jest.

Za co kochamy McDonalda
Tomasz Włodek

urodzony w 1965 r. – pracownik naukowy, przebywa w USA, publikował w miesięczniku „W drodze” oraz w polskiej prasie wydawanej poza granicami kraju. Autor cyklu felietonów pt....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze