Stracony czas

Stracony czas

Oferta specjalna -25%

Anielska kompania. Skromny żywot Fra Angelico

0 opinie
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Po masakrze, do jakiej doszło w kwietniu 1999 roku w Littleton w amerykańskim stanie Kolorado, zastanawiano się, dlaczego 17-letni Dylan Klebold i 18-letni Eric Harris dokonali bezsensownej zbrodni. Nie pochodzili z biednych rodzin, nie sprawiali — jak informowały media — kłopotów wychowawczych, nie byli notowani przez policję, niczym nie odróżniali się od szkolnych rówieśników. Dlaczego strzelali do swoich kolegów i koleżanek? Komu była potrzebna śmierć piętnastu niewinnych osób? — pytały gazety. Telewizyjne dzienniki doniosły, że prezydent Stanów Zjednoczonych jest wstrząśnięty tym, co się wydarzyło. Poruszona zdawała się nie tylko Ameryka. Długo nie trzeba było czekać, by kolejny wyczyn młodocianych szaleńców stał się tematem na pierwsze strony gazet. W burżuazyjnej dzielnicy Denver, również w stanie Kolorado, doszło bowiem do kolejnego aktu „darmowej, ślepej i niczym nieuzasadnionej przemocy”. „Ameryka znowu w szoku” — donosiły francuskie media. Na powrót zaczęto analizować wydarzenia w Waco i Oklahoma City. Dodatkowy asumpt do dyskusji dała książka Une Amérique qui fait peur (Ameryka, która budzi strach). „Wcale nie jestem tym zaskoczony i sądzę, że podobne rzeczy będą nadal się zdarzać” — stwierdził na łamach francuskiej prasy autor kontrowersyjnej książki i wieloletni współpracownik tygodnika „Newsweek” Edward Behr. Scenariusz wydarzeń w Denver — zdaniem amerykańskiego reportera — był pod wieloma względami zbieżny z tym, co można było ujrzeć w filmie American History X. Kiedy zaczęto drobiazgowo rozpatrywać „przypadek Erica i Dylana”, wielu zdumiał fakt, iż we wcześniejszym zachowaniu młodocianych zamachowców trudno było dopatrzeć się jakichś anomalii. Zwrócono jednak uwagę, iż starszy z nich uwielbiał techno i często z zachwytem mówił o popularnym, niezwykle brutalnym filmie Matrix. Czy kinowych i telewizyjnych dystrybutorów, producentów filmów wideo, a także właścicieli firm internetowych propagujących gwałt i przemoc należy winić za wszystkie nieszczęścia? Czy nie jest to typowa nagonka, szukanie czarnej owcy, odwracanie uwagi od rzeczywistych społecznych problemów? Zamiast wytykania innych palcami, trzeba zastanowić się, jacy naprawdę jesteśmy — postulowali niektórzy. Nie robimy nic złego, odpowiadamy na społeczne zapotrzebowanie — twierdzili twórcy i propagatorzy kontrowersyjnych programów.

Jeszcze zanim doszło do amerykańskich tragedii, nad Sekwaną stała się głośna sprawa seryjnego, niestroniącego od bulwersujących tematów, programu kanału „M6” o nazwie X–Files. Wojna w Zatoce Perskiej, zamach na samolot TWA, choroba Creutzfelda–Jacoba, agresja, przemoc, porwania i napady, magia i różnego rodzaju anomalie stały się pożywką dla milionów, najczęściej młodych odbiorców. „Prawda jest gdzie indziej”, „wszystkie rządy nas okłamują” — powtarzali bohaterowie X–Files. Lewica, prawica, telewizja i prasa — nie mówią prawdy. Armia, policja, kościół czy szpital — wszędzie czyha niebezpieczeństwo. Społeczeństwo jest przeciwko wam, trzeba być czujnym i zawsze gotowym na odparcie ataku. Nikomu nie należy wierzyć, bo każdy prowadzi swoją grę, nawet jeśli głosi wzniosłe idee, są to tylko piękne hasła — przestrzegali mistrzowie sensacji i intrygi, specjaliści od wykrywania spisków i magicznych sztuczek. Seria zdobyła ogromną popularność. Jej pomysłodawca i realizator, Chris Carter, miał powody do zadowolenia. W rankingach oglądalności jego programy plasowały się bardzo wysoko. „To niemożliwe, żebyśmy byli sami we wszechświecie” — mówiła 23–letnia Annie. „Ukrywa się przed nami wiele spraw, bo rząd obawia się, że ujawnienie prawdy mogłoby doprowadzić do paniki. Cenzura w naszym kraju jest straszna” — zwierzały się 26–letnia Nadčge i 21–letnia Safia. „Nie wierzę, żeby cały świat nas okłamywał, ale jest wiele zagmatwanych, wymagających wyjaśnienia spraw” — twierdził 30–letni, określający się jako „wierzący sceptyk”, Laurent. Były amerykański dziennikarz, „ojciec czarnej serii”, tropiciel ciemnych sił, nieugięty poszukiwacz prawdy i ten, który rzekomo miał odwagę odsłaniać prawdziwe intencje i pobudki, sam okazał się zręcznym graczem i doskonałym biznesmenem. Na produkcji „silnych wrażeń” zarobił niemało. Psychiatra Jean– –Marie Abgral przestrzegał, że X–Files może zaburzać proces racjonalnego myślenia i prowadzić do postaw aspołecznych. Specjalista od parapsychologii, Jacques Mandorla, uspokajał, że nie należy wierzyć w rewelacje X–Files, bowiem niewiele mają one wspólnego z jego dziedziną. Znany publicysta, Jacques Attali, twierdził, iż nie warto przeceniać znaczenia amerykańskiej serii, jednak ideologia, którą ona propaguje, jest wyjątkowo niebezpieczna. Łatwo bowiem uznać, że za wszystkie nieszczęścia świata są odpowiedzialne ciemne siły, „Żydzi, Arabowie czy fro–masoni”. Łatwo za własne niepowodzenia zrzucić odpowiedzialność na innych i samemu przyjąć roszczeniową, a nawet wrogą wobec społeczeństwa postawę. Trudniej zadać sobie pytanie, dlaczego pojawiły się określone trudności. Socjolog, Pierre Lagrange, przypomniał, że Tim McVeigh — jeden z autorów zamachu w Oklahoma City — przekonywał sędziów, iż widział niezidentyfikowane obiekty i że wszczepiono mu coś pod skórę. Fikcja okazała się groźna. Chora wyobraźnia doprowadziła do nieobliczalnej katastrofy. W gruzach budynku należącego do urzędu federalnego zginęło 150 osób.

David Grossman, oficer armii amerykańskiej, psycholog, emerytowany profesor Uniwersytetu Arkansas, zajął się sprawą „telewizyjnej przemocy”, bowiem wstrząsnęła nim zbrodnia, jakiej dokonali w jego rodzinnym mieście dwaj chłopcy, 11– i 13–letni. Dlaczego zabili nauczycielkę i czterech uczniów, a wielu ranili? — zastanawiał się Grossman. Uznany za „międzynarodowego eksperta od sztuki zabijania” przekonywał na łamach genewskiego „Le Temps stratégique”, iż mylne jest mniemanie, że „wojsko czyni zdolnym do zabijania”. Jedynie 15% żołnierzy — jego zdaniem — posiada tego typu „skłonności”. Problemem jest nieraz brutalizacja stosunków panujących w armii, tworzenie image’u śmiertelnego wroga lub podsycanie atmosfery nienawiści, ale w gruncie rzeczy rzadko dochodzi do sytuacji, kiedy trzeba walczyć „twarzą w twarz”. Obecnie coraz częściej żołnierz nie wie, jak wygląda jego przeciwnik. Wojny, masakry i zbrodnie pokazywane przez telewizję to inny świat, zarazem świat fikcji i realności. Media karmią się przemocą. Zdolnym do służby wojskowej jest się po ukończeniu 18 lat. Telewizyjne oswajanie z przemocą i śmiercią zaczyna się od 18 miesiąca życia. Dziecko, które nie jest w stanie oddzielić realiów od fikcji, nie raz, lecz setki razy w ciągu dnia jest bombardowane brutalnymi obrazami. Okrucieństwo, lejąca się ciągle krew, gwałty i morderstwa stały się chlebem powszednim.

Liliane Lurçat w interesującej książce Le temps prisonnier. Des enfances volées par la télévision (Odebrany czas. Dzieciństwo skradzione przez telewizję), analizując problem wpływów „małego ekranu” na młodocianych odbiorców, doszła do niepokojących wniosków. Nie ulega wątpliwości, że odpowiedzialność za to, iż ognisko domowe zastępuje telewizja, spada na dorosłych. Rodzice często rezygnują ze swych funkcji, nie mają czasu dla dzieci, są zajęci robieniem kariery lub swoimi problemami. Pozostawiają oni szkole, ulicy lub telewizji trudny proces wychowania i dojrzewania, kształtowanie wrażliwości, sfery emocjonalnej i wolitywnej. Fizyczna nieobecność rodziców sprawia, że ich pociechy czują się osamotnione. Same muszą sobie radzić z wszelkiego rodzaju problemami. Odpowiedzi na swoje pytania muszą szukać poza kręgiem najbliższych sobie osób. Nie tylko uświadomienie seksualne, ale i społeczne pozostaje w gestii zastępczych instytucji. Ojciec i matka błędnie mniemają, że jeśli ich dziecko zajmie się telewizją, więcej czasu zyskają dla siebie. Pozornie zyskany czas okazuje się nie do odrobienia. Dzieci, choć mają rodziców, żyją jak sieroty. Złudzenia — jak w wirtualnym świecie — stają się rzeczywistością. Rozdźwięk między tym, co przynosi codzienność, a tym, co — jak przyznają sami zainteresowani — powinno stanowić normę, jest coraz większy.

Nie od dziś wiadomo, że media karmią się sensacją. Silne wrażenia i tanie emocje stały się cennym towarem. Ci, którzy powtarzają, że należy walczyć z wszelkiego rodzaju tabu, denuncjować kłamstwo, pokazywać ludzką krzywdę, likwidować niesprawiedliwości, nawet nie wysilają się, by dociec ich źródeł. Ich wersje wydarzeń, acz zawierają wiele prawdziwych elementów, nie stronią od hipotez i przypuszczeń, podawane są jednak w taki sposób, żeby widz i słuchacz był przekonany, iż wreszcie odkrył prawdę. Telewidz czy — coraz częściej — odbiorca Internetu też nie ma czasu na myślenie. Wystarczy jedna, jasna odpowiedź. Wystarczy sugestywny przekaz lub autorytet mediów. Analizując przypadek Erica i Dylana, zamachy z Denver czy Oklahoma City, niestety, poddano się panującej modzie. Więcej uwagi poświęcono sensacyjnym zdarzeniom niż faktom, które mogłyby rzucić światło na rzeczywiste przyczyny i motywy zbrodniczych działań. Informacje o braku kłopotów wychowawczych czy wcześniejszym nienagannym zachowaniu autorów zamachu okazały się mocno naciągane. Eric i Dylan nie sprawiali rodzicom kłopotów, bo ci się nimi nie interesowali. Neonazistowskie sympatie zamachowców wielu kolegom i znajomym nie wydawały się niczym szczególnym. Takie programy jak X–Files raczej nie są robione po to, by przybliżyć telewidza do prawdy. Motywem jest najczęściej szybki i duży zysk. Telewizyjna czarna seria, brutalne filmy wideo czy mnożące się jak grzyby po deszczu „wirtualne atrakcje” dla żądnych mocnych wrażeń internautów to środki mające doprowadzić do jednego celu: jak największych dochodów.

We współczesnych mediach nie dlatego nie brakuje przemocy, że one są same w sobie złe, lecz dlatego, że gwałt, zbrodnię, wszelkiego rodzaju anomalie i sensacje o wiele łatwiej sprzedać niż innego typu produkcję. Pewne zasady stały się tematem tabu, podaż i popyt zdają się decydować o tym, co dobre, a co złe. Wszystko, co nie daje materialnych korzyści, co nie prowadzi do awansu w społecznej hierarchii, co nie czyni ani bogatym, ani sławnym, należy odrzucić. Nawet ci, którzy powinni być sobie najbliżsi, nie mają dla siebie czasu. W mediach wartość czasu określają tabele oglądalności. Czas przestał nam służyć, staliśmy się jego więźniami. Dobro — tak w życiu, jak i w telewizji — nie jest łatwe do pokazania. Skoro zatem nie jest na pokaz, wybiera się to, co wyraziste, głośne, a nawet krzykliwe. Dociekania, wahania, pytania, wątpliwości to dla wielu stracony czas. Dopiero po tragediach, do jakich doszło w Kolorado czy amerykańskim stanie Arkansas, zaczynamy pytać: Co i jak naprawdę się liczy? Czy to, co z serca i bezinteresownie daliśmy, to strata czy zysk?

Stracony czas
Marek Wittbrot SAC

urodzony 16 września 1960 r. w Polanowie – pallotyn, dziennikarz, redaktor, fotografik, autor tekstów poświęconych literaturze i sztuce współczesnej, duszpasterz środowisk twórczych, działacz polonijny we Francji, był redaktorem miesięcznika katolickiego „Nasza Rodzina" (199...