Cuda
Trudno nam zrozumieć, że jednym z największych dóbr, które możemy mieć, jest możliwość życia, współdziałania i dzielenia wiary z innymi.
Zadanie postawione przede mną przez redakcję miesięcznika „W drodze” okazało się trudniejsze, niż się początkowo spodziewałem. Chodziło bowiem o rzecz na pierwszy rzut oka stosunkowo prostą – próbę odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób możliwe jest szkodzenie Kościołowi lub wręcz niszczenie Kościoła. Im dłużej jednak myślałem o tym temacie, tym okazywał się on coraz bardziej skomplikowany, wielowymiarowy i głęboko nieoczywisty. Chciałbym zatem gwoli uczciwości, zanim przejdę do jakiejkolwiek próby odpowiedzi, podzielić się z czytelnikami wątpliwościami, które mnie naszły.
Wątpliwość pierwsza: Czy w ogóle można zaszkodzić Kościołowi?
Pierwsza wątpliwość dotyczyła tego, czy w ogóle możliwe jest szkodzenie Kościołowi lub wręcz niszczenie Kościoła. Wyrosła ona ze świadomości, że Kościół to w istocie Chrystus, mistyczne ciało zespolone z Głową, którą jest Bóg Zbawiciel. Czy można zaszkodzić tak rozumianemu Kościołowi? W sensie ścisłym oczywiście nie. Jeśli Kościół rozumiemy jako wspólnotę wierzących tu na ziemi, pokutujących w czyśćcu i zbawionych w niebie, której Panem jest zmartwychwstały Chrystus, to oczywiście nie mamy się o co martwić – nic tak rozumianemu Kościołowi nie zagraża. Niemniej jednak nie powinniśmy zapominać, że takie właśnie teologiczne i eschatologiczne rozumienie Kościoła nie może negować perspektywy być może bardzo przyziemnej, ale również prawdziwej, że Kościół to określona, często nieliczna wspólnota ludzi, żyjąca w określonym miejscu i czasie, którą łączą zasady wiary. Kościół to duszpasterstwo akademickie, które współtworzę, parafia, do której należę, redakcja katolickiego pisma, w której pracuję, wreszcie moja rodzina. Czy tak rozumianemu Kościołowi można zaszkodzić, a nawet go zniszczyć? Można. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że dzieje się to nierzadko.
W tym momencie dochodzimy do pierwszej sprawy, którą chciałbym wydobyć i podkreślić jako sposób, w który szkodzimy Kościołowi lub wręcz go niszczymy. Otóż, bardzo często wyrządzamy wiele szkód właśnie dlatego, że wydaje nam się, iż nie jesteśmy ich w stanie wyrządzić. Myśląc o Kościele w kategoriach teologicznych i eschatologicznych, nie myślimy o Kościele w kategoriach ludzkich. A przecież tak jak Chrystus jest Bogiem i człowiekiem, tak i Kościół jest wspólnotą bosko-ludzką. Chrystusa Boga-człowieka można było skrzywdzić i zabić jak każdego człowieka. Kościół, choć jest potężny w tym, co w nim boskie, doświadcza również urazów i cierpień zadawanych przez nas, tak jak doświadczało ich ciało Chrystusa. Często się nam wydaje, że Kościołowi nie możemy zaszkodzić, nie możemy go zranić, nie możemy narazić na niebezpieczeństwo. Muszę powiedzieć, że niekiedy obserwuję taką nieświadomość nawet u studentów duszpasterstwa akademickiego. Przychodzą do DA w różnych momentach życia i z różnych powodów. Rzadko jednak mają poczucie, że włączając się w duszpasterstwo, zaczynają tworzyć Kościół, za który są realnie odpowiedzialni, któremu mogą zaszkodzić albo pomóc. A rzecz rozgrywa się wśród drobiazgów. Kilka plotek puszczonych mimochodem może realnie namieszać we wspólnocie, może spowodować podziały i ukryte konflikty, których długo nie da się zażegnać. Zwykłe ludzkie sympatie i antypatie mogą sprawić, że zapomnę o chrześcijańskiej miłości bliźniego i zniszczę Kościół, tworząc koło wzajemnej adoracji, klub zainteresowań literaturą biblijną czy grupę hobbystów liturgicznych. Przykłady mógłbym mnożyć. Chodzi o prostą rzecz. Myśląc o Kościele pisanym wielkimi literami, często tracimy wrażliwość na Kościół, na który mamy ogromny wpływ i za który jesteśmy odpowiedzialni. I to jest pierwszy sposób, w jaki Kościołowi możemy szkodzić.
Wątpliwość druga: Czy nie jest tak, że Kościół najlepiej się rozwija, gdy jest prześladowany?
Tak brzmi druga wątpliwość, która zaważyć może na rozstrzyg- nięciu problemu, czy Kościołowi w ogóle można zaszkodzić. Przecież Kościół na mocy Bożego paradoksu najlepiej się rozwijał, rodził największych świętych właśnie wówczas, gdy był prześladowany i uciskany. Czy zatem realnie można mu zaszkodzić? Myślę, że kluczowe jest tu rozróżnienie na zagrożenia zewnętrzne i wewnętrzne. Groźniejsze są zawsze te drugie.
Wielokrotnie spotykałem ludzi, którzy dręczeni poważną chorobą ciała i realnym ubóstwem materialnym prowadzili życie w sposób mężny i niewiarygodnie radosny. Patrząc na nich z zewnątrz, można by zapytać, jak to możliwe, że ktoś, na kogo spadł ogrom nieszczęść, nie poddał się, zachował wolę życia, walki, a często nawet radość. Spotykałem równie często, a być może nawet częściej ludzi, którzy – jeśli chodzi o zewnętrzne rzeczy, mieli wszystko: zdrowie, pieniądze, stabilną rodzinę i oddane grono przyjaciół. A jednak popadali w apatię i smutek, który nie pozwalał im rano wstać z łóżka. Uciekali przed życiem, jakby było dla nich nieprzerwanym pasmem cierpień i doświadczeń. Ale przecież nie było – przynajmniej zewnętrznie. To właśnie mam na myśli. Przeciwności zewnętrzne, choćby nawet były największe, potrafią nie tylko nie szkodzić, ale wręcz mobilizować do działania, życia, rozwoju. Przeciwności wewnętrzne potrafią zniszczyć życie i funkcjonowanie, nawet jeśli żyjemy w najbardziej sprzyjających warunkach zewnętrznych i najlepszym możliwym środowisku.
Podobnie jest z Kościołem. Prześladowania czy trudności pochodzące z zewnątrz, choć wyglądają często spektakularnie, nie są w stanie wyrządzić realnej – a to oznacza wiecznej – szkody Kościołowi. Niestety, wewnętrzne konflikty, grzech, brak jedności są znacznie groźniejsze niż największe nawet prześladowania przychodzące spoza Kościoła.
Wątpliwość trzecia: Czy można coś dodać do tego, co wyliczył papież?
Redakcja miesięcznika „W drodze” zaproponowała mi napisanie tego artykułu dużo wcześniej, niż papież Franciszek spotkał się z Kurią Rzymską. Ma to znaczenie kluczowe, gdyż w czasie tego właśnie spotkania papież wyliczył piętnaście chorób duchowych, realnie zagrażających Kościołowi. Po tym wyliczeniu mój artykuł wydał mi się zbędny. W zasadzie nic dodać, nic ująć. Nie mogę nie przytoczyć wymienionego zestawu chorób duchowych, bo wydaje mi się, że rzeczywiście jest on wyrazem charyzmatu prorockiego papieża Franciszka. Co takiego, zdaniem papieża, zagraża Kościołowi?
Poczucie bycia nieśmiertelnym i niezastąpionym
Nadmierna pracowitość
„Znieczulenie” umysłowe i duchowe
Nadmierne planowanie
Brak współpracy (indywidualizm)
Duchowy Alzheimer (zapomnienie osobistej historii zbawienia)
Rywalizacja i zarozumiałość
Schizofrenia egzystencjalna (hipokryzja, podwójne życie)
Obmowa i plotki
Ubóstwianie szefów
Obojętność wobec innych
Pogrzebowa mina
Zbijanie majątku
Zamknięte kręgi
Zysk doczesny, ekshibicjonizm
Nie będę omawiał każdego z tych punktów, a wszystkich zainteresowanych czytelników chętnie odeślę do pełnego tekstu przemówienia papieża, który jest dostępny w internecie we wszystkich chyba językach świata.
Nie uważam również, że do katalogu chorób grożących ludziom Kościoła, który utworzył Franciszek, należałoby coś dodawać. Chciałbym jedynie zauważyć, że wszystkie te choroby szkodzące Kościołowi dają się właściwie sprowadzić do trzech podstawowych grzechów.
Bezbożność
Pierwszym jest bezbożność. Nie mam tu jednak na myśli stanowiska przeczącego istnieniu Boga ani nawet przekonania, że z Bogiem nie należy się liczyć w podejmowanych działaniach. Takich przekonań nikt świadomie wewnątrz Kościoła oczywiście nie żywi ani nie głosi. Chodzi mi raczej o to, że często pod pozorem służby Bożej podejmujemy działania, które w istocie napędzane są przez motywacje dalekie od Pana Boga. Dotyczy to wszystkich osób i wszelkich sposobów działań w Kościele. Ksiądz może płonąć gorliwością nie dlatego, że chce służyć Bogu, ale dlatego, że pragnie, aby parafianie go kochali. Inny może spalać się w pracy duszpasterskiej nie dlatego, że chce oddać swoje życie za owce, ale dlatego, że lubi być na świeczniku, a działalność duszpasterska mu to umożliwia. Jeszcze inny objeżdża cały świat z płomiennymi kazaniami nie dlatego, że ponagla go żar Ducha, ale dlatego, że po prostu lubi być słuchany przez tłumy. Pokusa ta nie dotyczy jednak wyłącznie duszpasterzy. Jak powiedziałem, pojawia się w każdym zakątku Kościoła. Na Kościele można zarabiać albo zbijać popularność medialną jako dziennikarz. Liturgia Kościoła może się stać doskonałą sceną dla wszystkich, którzy zawsze marzyli o śpiewaniu, ale nigdy im nie wyszło. W takim razie pośpiewają sobie w kościele – nieważne, czy potrafią, ważne, że chcą. Problem polega na tym, że gołym okiem dosyć trudno odróżnić, kto czym jest ponaglany – Duchem Bożym czy własną słabością. Gorliwość kapłana narcyza i świętego pasterza oddającego życie za owce może wyglądać w swoich zewnętrznych przejawach dosyć podobnie. Pierwszy jednak ostatecznie zniszczy Kościół, który był mu potrzebny jedynie jako audytorium lub scena, drugi zaś będzie go budował.
Jeszcze jedna ważna uwaga. Jestem ostatnią osobą, która ulegałaby złudzeniu, że ludzie dzielą się wyraźną linią na tych z czystymi Bożymi intencjami i tych, którym w istocie chodzi o siebie. Niestety, wiem doskonale, że tak nie jest. Każdy z nas po grzechu pierworodnym jest strasznym egoistą. Wszystkim nam chodzi o nas samych. Ważne jest jednak to, czy jesteśmy tego świadomi i czy potrafimy temu przeciwdziałać. Zawsze powinniśmy stawiać sobie pytanie: „Dlaczego tak bardzo mi na czymś zależy?”. Pan Bóg będzie oczyszczał nasze intencje i motywacje tak, jak oczyścił intencje i motywacje apostołów, którzy za Nim podążali. Musimy jednak mieć w sobie przynajmniej cień pewnego typu błogosławionej autopodejrzliwości. A może w moim kręceniu się wokół spraw Bożych wcale nie chodzi o sprawy Boże, ale o mnie? Nie ma nic gorszego i bardziej groźnego dla Kościoła niż człowiek, który z gorliwością wynikającą z przekonania, że walczy dla Boga, w istocie zabiega o własne sprawy.
Jak leczyć się z choroby fałszywych intencji? Po pierwsze, trzeba się modlić gorliwie, aby sam Pan Bóg nas oczyszczał. Po drugie, należy dokładać wszelkich starań, aby większość dobra, które robimy, była głęboko ukryta przed ludzkimi oczami. Po trzecie, należy jak najczęściej wybierać dobro, za które musimy dużo zapłacić, a nie to, które nam się opłaca, dobro, które nas kosztuje, a nie dobro, na którym zarabiamy. W przeciwnym razie wciąż ryzykujemy, że pod szyldem spraw Bożych i z zapałem ich tylko godnym będziemy dbać o swoje, nie zawsze jasne interesy.
Indywidualizm
Kościół jest wspólnotą, a my coraz bardziej i bardziej stajemy się indywidualistami. Wiemy doskonale, że mamy swoje prawa, ale trudno nam przychodzi zrozumienie, że aby żyć i działać w relacji z innymi, nasze prawa musimy ograniczyć, a czasami po prostu się ich zrzec – aż do ofiary z siebie. Trudno nam zrozumieć, że jednym z największych dóbr, które możemy mieć, jest możliwość życia, współdziałania i dzielenia wiary z innymi. Samo to nie jest oczywiste. A co dopiero, kiedy musimy zrozumieć, że bycie z innymi zawsze – w takim czy innym wymiarze – wymaga rezygnacji z siebie?
Bardzo trudno jest komuś powiedzieć: „Ważniejsze jest, abyś to czy tamto zrobił wspólnie z innymi, nawet jeśli zajmie to więcej czasu i efekt będzie gorszy, niż gdybyś zrobił to sam”. Zazwyczaj wolimy „męczyć się sami”, niż męczyć się z innymi. Wolimy modlić się w czasie samotnej wycieczki w górach niż wspólnie na niedzielnej mszy, bo jest to poza wszystkim po prostu mniej wygodne. Ktoś się przepycha, ktoś fałszuje, ktoś inny brzydko pachnie. A przecież dla nas na modlitwie najważniejsza jest nasza wygoda. Bycie z innymi naraża nas i będzie narażało na mnóstwo niewygód i czasami całkiem poważny dyskomfort. Zawsze, kiedy wybieramy samotność, dlatego że bycie z innymi jest mniej wygodne, karmimy nasz indywidualizm, ten zaś jest zaprzeczeniem istoty Kościoła. Warto pamiętać o jednej prawdzie. To bardzo niedobre, aby człowiek był sam, ale za to bardzo wygodne. Kategorie wygody i dobra mylą nam się nieustannie, pomyłka tego typu naprawdę może być szkodliwa dla Kościoła.
Racjonalizacja
Dla Kościoła nie są groźne te grzechy Jego dzieci, które zostały popełnione, nazwane i traktowane jak grzech. Problem stanowią upadki, które podlegają procesowi racjonalizacji. To, że ktoś nie dochował wierności małżeńskiej, jest poważnym grzechem. Dla całego Kościoła grzech ów staje się szczególnie groźny wówczas, gdy grzesznik, aby usprawiedliwić swój czyn, zaczyna budować własną „teologię małżeństwa”, w której wierność wcale nie jest aż tak ważna. Jeśli do tego jest katolickim publicystą, łatwo może zacząć tworzyć i propagować swoje teologiczne „odkrycia” jako jedno ze stanowisk Kościoła. W ten właśnie sposób poszerzony zostaje obszar dyskursu. Raptem okazuje się, że coś, co jeszcze chwilę temu uchodziło za grzech, zaczyna być traktowane jak opcja do rozważenia. Niestety, wiele zamieszania doktrynalnego w wierze Kościoła naprawdę wypływa z racjonalizowania własnych grzechów i upadków. Oczywiście, w publicznej dyskusji delikatność i zasady kultury nie pozwalają przywołać osobistych grzechów autora wywrotowych koncepcji, które to grzechy mogły stać się całkiem solidną podstawą rewolucyjnych poglądów moralnych bądź doktrynalnych.
Bezbożność, indywidualizm i skłonność do racjonalizacji niewątpliwie są źródłem wielu chorób naprawdę groźnych dla Kościoła. Jednak mówiąc o zagrożeniach dla Kościoła, trzeba przede wszystkim pamiętać, że potencjalnym zagrożeniem, na które mogę mieć największy wpływ i któremu w związku z tym mogę najskuteczniej przeciwdziałać, jestem ja sam.
Oceń