Niedoczekanie
fot. mae mu / UNSPLASH.COM

Niedoczekanie

Wyobraźmy sobie, że Symeon się nie doczekał. Jezus się nie urodził. Jakie by to stawiało pytania? Jaki kolejny dylemat dopisany by został do naszych rozterek wobec Abrahamów i Hiobów?

O czekaniu wiem głównie tyle, że się nie mogę doczekać.

Niczego. Dobrego ani złego.

We wszystkim, co mnie czeka – w oczekiwaniu na to, co mnie czeka lub czeka na mnie – jestem jak dziecko, które dopytuje „kiedy dojedziemy?”.

Żeby tylko to już była ta chwila, jestem gotowy na wszystko. Nawet na zabicie czasu. Na zbrodnię na sobie samym. Na morderstwo, które skróci mi życie, pozbawi wszystkiego niewyobrażalnego, o które mogłoby być bogatsze. Na przykład o miłość, której się już nie spodziewam. Albo o zadośćuczynienie tym, których skrzywdziłem. O wyrażoną wdzięczność.

*

Może nie pisałbym o tym tak otwarcie, bezwstydnie, gdyby nie świadomość, że dotyczy to bardzo wielu – nieumiejętność czekania.

Weźmy podróż pociągiem.

Wśród ludzkich sylwetek, które mnie fascynują – nie ludzi konkretnych, których znam z imienia i nazwiska, lecz ludzkich typów – jedną z najważniejszych, najbardziej wyrazistych, zawsze była sylwetka mężczyzny i kobiety, którzy potrafią siedzieć na swoim miejscu i czekać na docelową stację. Na ogół (choć wydaje mi się, że zawsze) byli niemłodzi, bardzo szczupli, wręcz wysuszeni do kości, i schludni. W dodatku skromni i metodyczni. Mieli (i mają, bo ten typ człowieka 56 lat po moim urodzeniu wciąż jeździ pociągiem) kanapkę i termos z herbatą.

Ważny jest ten ich opis. Świadczy o cechach koniecznych, jak sądzę, do tego, by czekać z godnością. Czekać, odliczając przydrożne drzewa, domy i chmury, jak koraliki różańca.

A ja, zazdroszcząc im i podziwiając, nie potrafiłem czekać. Nie potrafię. Szedłem do Warsu. Jadłem i piłem. Czytałem gazetę. Unosiłem wzrok i widziałem, że po godzinie, dwóch, czterech oni wciąż siedzą tak samo. Schludni, ułożeni. Jak gdyby na czas podróży wstępowali do konserwującej kapsuły.

Oni – ta zbiorowa sylwetka dość nielicznych ludzi (tych z nas, którzy nie potrafią czekać, jest więcej) – nie tylko jeżdżą pociągiem. Również chodzą do kościoła, uczestniczą w nabożeństwie. Tak, to ci sami ludzie, których znam z podróży. Stoją, jak gdyby byli wyrzeźbieni w kamieniu. Od początku do końca mszy. A ja się wiercę, obciążam to prawą nogę, to lewą. Rzadko obie naraz. Mam wyłączony telefon, a nie mam zegarka, więc podglądam cyferblaty pod mankietami sąsiadów. Wpół do, a jeszcze nie koniec kazania? Boże, jeszcze pół godziny. Nie wytrzymam. Dobrze, że jest znak pokoju – trochę ruchu…

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się