Moja teoria hejtu
fot. jeremy bishop n0AlE3 / UNSPLASH.COM

Co jakiś czas, pracując nad sobą, piszę sobie jakąś zasadę, która mi pomaga. Jedna tutaj wisi: Pokaż ludziom nie tyle szacunku, na ile oni zasługują, ale tyle, ile jest odbiciem twojego charakteru.

Katarzyna Kolska: Dlaczego na siebie krzyczymy?

Jacek Santorski: Gdy zaczynałem studia psychologiczne, dowiedziałem się już na pierwszym roku, że agresję rodzi frustracja. Można więc powiedzieć, że krzyczymy, gdy jesteśmy sfrustrowani.

Krzyk nie jest przejawem naszej agresji?

Na pewno nie najbardziej destrukcyjną jej formą. Zimna pogarda, bezduszność w sprawach najważniejszych dla odbiorcy czy partnera mogą mieć dużo większą moc dewastacyjną. Krzyk jest związany z zaangażowaniem. Jeżeli ktoś na mnie krzyczy, to znaczy, że mnie kocha. To znaczy, że się zaangażował i przychodzi do mnie, żeby mi to wykrzyczeć. To jest dla mnie bardzo dobra wiadomość. Dlatego zakładam, że traktuje tu pani krzyk metaforycznie. W temacie krzyku odsyłam do papieża Franciszka, który podczas ostatniej wizyty w Polsce powiedział: Mogą lecieć u was garnki na głowę i patelnie się rozbijać, tylko na koniec dnia powiedzcie sobie: Dziękuję, przepraszam, wybaczam.

Mówi pan o bliskich relacjach. A przecież krzyczymy nie tylko na bliskich. Wybierając się na spotkanie z panem, wsiadłam do pociągu. Gdy próbowałam znaleźć moje miejsce, okazało się, że nie ma wagonu, do którego sprzedano mi bilet. Nie podczepiono go do składu. Byłam wściekła. Pierwszą osobą, na której miałam ochotę wyładować moją złość, był Bogu ducha winny konduktor. Na szczęście nie było go w pobliżu. O czym świadczyłby mój krzyk?

O tym, że się pani pogubiła. Przecież pani go nie „kocha”.

No właśnie!

A krzyczymy na tych, których kochamy.

Nie tylko. Krzyczą na siebie obcy ludzie na ulicy: Jak jedziesz, baranie! Źle się z tym czuję, gdy ktoś na mnie podnosi głos.

Dlaczego? Nie ma pani takiego goreteksu, od którego ten krzyk się odbija i wraca do tego, który krzyczy?

Jest to dla mnie trudne.

Mnie to nie przeszkadza.

Widocznie jest pan bardzo odporny.

Nie jestem jakoś szczególnie odporny. Mam po prostu takie podejście do siebie i do życia. To ja decyduję o swojej agresji i nastawieniu, a nie one decydują o mnie. Jestem dojrzałym człowiekiem. Mam 65 lat i pracuję nad sobą od dłuższego czasu. Rezerwuję gniew, wyrażanie go, podnoszenie głosu do obszaru bardzo ważnych inwestycji w bardzo ważnych relacjach. Krzyk człowieka postrzegam jako wyraz jego cierpienia, jego bezradności, jego zagubienia. Moje „ja” przestaje istnieć w tym momencie, jest szansa, że nie będzie tego, co może być dotknięte.

Chce pan powiedzieć, że krzyk jest dobry?

Nie mówię, że krzyk jest dobry, tylko że mnie nie dotyczy i że współczuję temu, kto krzyczy. Do Gandhiego podobno przyszedł morderca, wymierzył w niego pistolet. Gandhi zapytał: Dlaczego chcesz mnie zabić? On odpowiedział: Bo mam takie zlecenie, zasłużyłeś na to. Gandhi powiedział wtedy: Opowiedz mi coś o swoim życiu. Jakie ono musi być straszne, skoro zapewne za kilka rupii decydujesz się zabić swojego brata.

Ja nie mówię, że jestem Gandhim czy mistrzem zen, ale chcę powiedzieć, że to ja decyduję, jakie przyjmę nastawienie. I tym się różnię od mistrzów zen, że rezerwuję jednak przestrzeń dla swojego gniewu, chociaż staram się go nie żywić, żeby zacytować tutaj mistyków chrześcijańskich. Bardzo pomógł mi chrześcijański terapeuta Krzysztof Jedliński, gdy wspólnie z nim i ojcem Józefem

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się