Mędrzec, ksiądz i wariatka

Mędrzec, ksiądz i wariatka

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Jana

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Jednym z XX–wiecznych filozofów, do których najczęściej odwołują się publicyści sympatyzujący z prawicą, jest José Ortega y Gasset – intelektualny prekursor liberalnego konserwatyzmu, arystokrata ducha, autor profetycznych dzieł Bunt masDehumanizacja sztuki. Drogi życiowe owego myśliciela nie zetknęły się niemal nigdy z drogami innego wybitnego Hiszpana żyjącego w tym samym czasie – św. Josemaríi Escrivy y Balaguera, założyciela Opus Dei. Piszę „niemal”, ponieważ doszło do pewnego wydarzenia, które – jak uważał prałat Escrivá – zaważyło na losach Ortegi y Gasseta, chociaż ten ostatni nie miał nawet o tym pojęcia.

W okresie poprzedzającym wojnę domową w Hiszpanii filozof wydawał opiniotwórczy dziennik „El Sol”, który – jak notował w swych zapiskach ks. Escrivá – „powodował wiele szkody w duszach i w Kościele”. Młody kapłan był wówczas duszpasterzem w Patronacie Chorych, a jedną z jego podopiecznych była niedorozwinięta umysłowo dziewczyna, zwana przez wszystkich wokół „głupia Enriquetta”. Chociaż była ona zdziecinniała i nie miała wykształcenia, to jednak – jak zauważył założyciel Opus Dei – bardzo kochała Boga.

I do tej właśnie upośledzonej umysłowo biedaczki udał się święty po to, by żebrać u niej (właśnie tak, sam nazywał to żebraniną) o modlitwę w jednej intencji. Błagał ją, by modliła się o upadek dziennika „El Sol”. Głupia Enriquetta wzięła sobie tę prośbę do serca i codziennie się o to modliła. Kondycja finansowa gazety redagowanej przez Ortegę y Gasseta z dnia na dzień była coraz gorsza, tak że ks. Escrivá mógł zanotować: „ten szmatławiec wkrótce zostanie bez grosza”.

Bankructwo „El Sol” nie zniechęciło filozofa i niedługo potem założył nowy dziennik: „Crisol”. I znów ksiądz udał się do tej, którą na ulicy wytykano palcami i wyśmiewano, nazywając kretynką, debilką, wariatką. I znów prosił ją, by swoimi modlitwami spowodowała upadek dzieła stworzonego przez jednego z największych myślicieli europejskich. Głupia Enriquetta znów się z ufnością modliła, a na dodatek jeszcze ofiarowała w tej intencji swoje cierpienie.

Po upadku drugiej gazety José Ortega y Gasset nadal nie dawał za wygraną i założył trzeci redagowany przez siebie dziennik: „Luz”. Ponownie więc ks. Escrivá zwrócił się do Enriquetty, ponownie Enriquetta zwróciła się w modlitwach do Boga, i ponownie doszło do bankructwa kolejnego dziennika. Założyciel Opus Dei nie miał wątpliwości, że siłą sprawczą tych spektakularnych upadków była modlitwa chorej umysłowo dziewczyny. Wspominając po latach te wydarzenia, w liście z 1950 roku, pisał: „ten dziennik zbankrutował za sprawą tej biednej głupiej kobiety, która wciąż modliła się w tej samej intencji. W ten sam sposób upadł i drugi, i trzeci dziennik, które zastąpiły pierwszy i także krzywdziły dusze”.   W swych zapiskach św. Josemaría notował: „Pycha mędrców została zawstydzona przez pokorę biednej prostaczki”. Odwoływał się przy tym do św. Pawła, który pisał, że Bóg wybrał to, co głupie w oczach tego świata, aby poniżyć to, co uchodzi za mądrość.

Powyższa historia pokazuje, że święty traktował modlitwę jako broń duchową, przy czym mogła to być broń specjalnego rodzaju – oręż zaczepny użyty do działań ofensywnych. Zamiast narzekać i biadolić na powszechne zepsucie, postanowił z tym zepsuciem walczyć. Zamiast miotać przekleństwa i ciskać gromy, sięgnął po broń najpotężniejszą, a mianowicie broń duchową. Nie robił tego jednak sam, lecz żebrał o to u tych, których modlitwy uważał za najskuteczniejsze: chorych, opuszczonych, niewinnie cierpiących. Tych, którzy w swej samotności i bólu byli bliżej Chrystusa i których Chrystus chętniej wysłuchiwał.

Jeśli święci stanowią dla nas wzór do naśladowania, to czy dałoby się sposób postępowania ks. Escrivy zastosować dziś, tu i teraz, w polskich warunkach? Już słyszę zastrzeżenia, które owo pytanie wywołać może wśród wielu katolików. Po pierwsze: modlitwa to intymny kontakt z Bogiem, a traktowanie jej jako amunicji potrzebnej do ostrzału artyleryjskiego wroga to nadużycie wobec tego, który jest naszym Stwórcą i Zbawicielem. Po drugie: niezawinione cierpienie jest skandalem, którego nie sposób wytłumaczyć, i wykorzystywanie go do różnych celów to instrumentalizowanie choroby i zamach na ludzką godność. Po trzecie: trudno jest jednoznacznie określić, które dzieła są dobre, a które złe (wszyscy przecież jesteśmy grzesznikami), dotyczy to zaś szczególnie świata mediów, w którym dobre i złe treści są ze sobą wymieszane. Poza tym, czy to moralne modlić się o upadek gazety, a więc o utratę pracy i środków utrzymania wielu ludzi i ich rodzin?

Cóż na to odpowiedzieć? Modlitwa jest rzeczywiście obcowaniem z Bogiem i obcowanie to może przybierać różne formy. Może być dziękczynieniem, może być wysławianiem, może być dzieleniem się troskami, może być po prostu byciem razem, zwykłym odczuwaniem obecności Boga, bez słów, takim cieszeniem się Jego obecnością. Ale modlitwa może być też prośbą i do takiej właśnie błagalnej wręcz modlitwy zachęcał swych słuchaczy Chrystus, gdy w jednej z przypowieści stawiał im za wzór namolną, natrętną, naprzykrzającą się wdowę. Walka duchowa jest rzeczywistością w życiu każdego chrześcijanina. Może więc prosić Boga o pomoc w tej walce. Co więcej, nawet musi o tę pomoc prosić, gdyż sam, polegając tylko na własnych siłach, będzie skazany na porażkę.

Niezawinione cierpienie jest rzeczywiście skandalem, ale od chwili, gdy przyjął je na siebie także Jezus Chrystus, nabrało ono nowego sensu. Jan Paweł II poświęcił temu zagadnieniu osobny list apostolski Salvifici doloris, w którym wzywał osoby pogrążone w bólu, by ofiarowały swe cierpienia w różnych intencjach. Papież pisał, że w ten sposób ludzie, którzy często czują się opuszczeni i nikomu niepotrzebni, współuczestniczą w zbawczej misji Chrystusa, a ich rola w historii zbawienia jest nie tylko doniosła, ale nawet niemożliwa do zastąpienia. Nie jest to wizja ludzkiego uprzedmiotowienia, lecz zaapelowania do jego podmiotowości. Wiedział o tym św. Josemaría, dlatego tak często zwracał się z prośbami o cierpienie wstawiennicze do osób chorych.

Święty nie miał też wątpliwości, gdy mianem szkodliwego szmatławca określił dziennik redagowany przecież przez subtelnego intelektualistę, a nie przez jakiegoś rubasznego pornografa. Ostrości jego sądów nie łagodził fakt, że w gazetach Ortegi y Gasseta treści dobre mieszały się ze złymi. Właściwie stanowiło to nawet okoliczność obciążającą, ponieważ te pierwsze samą swoją obecnością legitymizowały te drugie. Ksiądz Escrivá nie miał więc skrupułów, prosząc o modlitwy w intencji upadku gazety. Z pewnością wiele osób straciło wówczas pracę, ale być może nie zatraciło duszy. W końcu praca nie jest najważniejsza, a jeśli ma stanowić przeszkodę do zbawienia, to lepiej ją stracić.

Czytam jeszcze raz historię José Ortegi y Gasseta, Josemaríi Escrivy y Balaguera i głupiej Enriquetty, której nazwiska nawet nie znamy, i zastanawiam się, jakby to wszystko mogło wyglądać dzisiaj…

Mędrzec, ksiądz i wariatka
Grzegorz Górny

urodzony 30 marca 1969 r. – polski dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”, publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów. W latach 2003-2009 publikował felietony na łamach miesięcznika „W drodz...