„Chcesz pokoju, przygotuj go”

„Chcesz pokoju, przygotuj go”

Oferta specjalna -25%

Dzieje Apostolskie

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Jestem chrześcijańskim pacyfistą. Naiwnym lewakiem, który tak kocha uciśniony Trzeci Świat, że gotów jest porzucić twarde zasady etyczne na rzecz doświadczeń estetycznych. Mało: jestem również antysemitą. To niemożliwe? A jednak! Kto pomógł mi odkryć moją prawdziwą, bo pacyfistyczną, lewacką i antysemicką naturę? Katolicki publicysta – Tomasz P. Terlikowski. Jak do tego doszło? Ano tak, że raczej – po rozważeniu racji obu stron dzisiejszego konfliktu – negatywnie oceniam sprowokowane przez Hezbollah działania wojenne Izraela wobec Libanu.

Pierwszy raz Terlikowski pomógł mi odkryć moją „prawdziwą twarz”, zamieszczając swój wywód na łamach „Dziennika” („Sprawiedliwa wojna Izraela”, 28 lipca 2006 roku). Jednak publicysta religijny „Newsweeka” musiał dojść do wniosku, że jest to zbyt mała siła rażenia; że pacyfiści, lewacy i antysemici są odporni na argumenty; że czasami oczywiste i niekwestionowane prawdy spływają po nich jak woda po kaczce, dlatego powziął decyzję, aby bardzo zbliżony w większości tez artykuł opublikować tym razem na łamach „Rzeczpospolitej” („»Moralne oburzenie« zamiast moralnej oceny wojny”, 3 sierpnia 2006 roku). No, teraz to już żaden pacyfista, lewak i antysemita nie będzie mógł powiedzieć, że nie poznał „całej prawdy” o konflikcie izraelsko–libańskim. Nie będzie mógł się wykręcać, czynić uników, że nie czytał o zasadach katolickiej teorii „wojny sprawiedliwej”, która – w interpretacji Terlikowskiego – ma legitymizować działania Izraela.

Pociesza mnie fakt, że grono pacyfistów, lewaków i antysemitów znaczą takie nazwiska, jak zwierzchnik anglikanów, abp Rowan Williams czy ks. Alan McDonald, moderator Zgromadzenia Generalnego Kościoła Szkocji. Dlaczego? Pisze Terlikowski w „Dzienniku”: „Tak abp Rowan Williams, jak i McDonald czy spora część liderów zachodnich wyznań chrześcijańskich w młodości była aktywnymi uczestnikami ruchów lewicowych i pokojowych. Ich teologia i myślenie do cna są przesiąknięte przepraszaniem za »zachodni imperializm kulturowy«”. Karty w końcu zostały odkryte: to nie Ewangelia, chrześcijańska tradycja i wynikające z niej zasady podpowiadają dziś przywódcom kościelnym zachowywanie wstrzemięźliwości wobec każdej wojny, także tej obecnej, ale podskórna lewicowość, wyssana z mlekiem matki, albo też wypaczone poczucie winy za przewiny przodków. By jednak nikt nie mówił, że Terlikowski jest niesprawiedliwy albo że jest antyekumenistą, na jego celowniku znaleźli się także katoliccy hierarchowie, którzy – zdaniem publicysty – wykazują niezrozumiałą wręcz zachowawczość wobec Bliskiego Wschodu. Ba, obecna dyplomacja watykańska, którą dowodzi Benedykt XVI, jest nawet w tej kwestii „ostrożniejsza niż za papieża Polaka”.

Czyżby więc aż tylu liderów świata chrześcijańskiego było ślepych na fakty? Sęk w tym, że konflikt na Bliskim Wschodzie nie jest czarno–biały. Dobrze pokazał to na łamach „Rzeczpospolitej” Jimmy Carter, były prezydent Stanów Zjednoczonych, a dziś obrońca praw człowieka: „Bliski Wschód jest jak hubka i krzesiwo. Główni aktorzy tej sceny wypatrują okazji, by zniszczyć przeciwnika ostrzałem, kulami, bombardowaniem i pociskami rakietowymi. Jednym ze szczególnie wrażliwych punktów Izraela, a zarazem przyczyną nawrotów przemocy, jest kwestia więźniów. Palestyńscy i libańscy bojownicy wiedzą, że porwanie Izraelczyka – żołnierza czy cywila – albo spowoduje wybuch konfliktu, albo da im do ręki cenny atut w targach o wymianę przebywających w więzieniach współobywateli. Doświadczenie potwierdza słuszność takich rachub – wystarczy przypomnieć wymianę 1500 Arabów (głównie Palestyńczyków) za trzech Izraelczyków w 1985 roku, 123 Libańczyków za szczątki dwóch izraelskich żołnierzy w 1996 roku czy zwolnienie 433 Palestyńczyków i więźniów innej narodowości w zamian za izraelskiego biznesmena i ciała trzech izraelskich żołnierzy w 2004 roku” („Leczenie gangreny plastrem”, 7 sierpnia 2006 roku).

Prawo Izraela, jak pisze Terlikowski, z czym i ja się zgadzam, do obrony przed atakami na swych obywateli nie podlega dyskusji. Jednak wszczęcie działań wojennych na tak szeroką skalę musi zostać poprzedzone wysiłkami rozwiązania konfliktu drogą dyplomatyczną, o co apelują chrześcijańscy liderzy. Dlaczego? Ano dlatego, że w wyniku działań wojennych cierpi ludność cywilna. To dlatego Izrael znalazł się pod ostrzałem krytyki społeczności międzynarodowej, a nie dlatego, że broni swoich obywateli. Krytykuje się nie powzięty cel, którym jest stabilizacja w regionie i bezpieczeństwo Izraelczyków, ale środki, które do owej stabilizacji i bezpieczeństwa mają prowadzić. Czy może więc dziwić, że po jednym z ataków na libańską wioskę Kana, w której zginęło około 30 cywilów (w tym dzieci i kobiety), Benedykt XVI natychmiast apelował: „Pragnę powtórzyć, że nic nie może usprawiedliwiać przelewania niewinnej krwi, niezależnie od tego, po czyjej stronie to się dzieje!”.

Jasne, zauważy ktoś, że rakiety Hezobollahu wymierzone są wyłącznie w cywili izraelskich. Tyle tylko, że – jeśli już mamy trzymać się tych przerażających danych – to w wojnie Izraela z Hezbollahem giną jak do tej pory niemal wyłącznie libańscy cywile. Kiedy piszę ten tekst, bilans ofiar jest następujący: 932 po stronie libańskiej, 94 po stronie izraelskiej. To miasta libańskie równane są dziś z ziemią, a nie miasta izraelskie. Chodzi o to, że nawet fakt ukrywania się Hezbollahu za cywilami w żaden sposób nie może usprawiedliwiać ich zabijania. Poza tym już tak jest, że stawiamy wyższe standardy państwu demokratycznemu, mającemu precyzyjną broń i rozległy wywiad. Oczekujemy także od narodu, dla którego XX–wieczna historia była tak okrutna i niesprawiedliwa, większego szacunku dla życia.

To jednak, jak przekonuje Terlikowski, argumentacja lewicowych moralizatorów. On wie, że owe wstrząsające obrazki, które pokazują dramat kobiet, mężczyzn, a przede wszystkim dzieci, nie mogą przesłonić jasności widzenia sytuacji. Trzeba zachować stoicki spokój, a nie popadać w histeryczne oburzenie, dlatego katolicki publicysta pisze: „Krytycy Izraela zbyt często pozostają na powierzchni zjawisk, koncentrując się na estetyce, zamiast na etyce (…). Potępianie wojny tylko dlatego, że w jej trakcie mnoży się cierpienie – nie ma nic wspólnego z moralnością chrześcijańską. Jest moralizatorstwem, a nie rzeczywistą refleksją moralną” („Rzeczpospolita”).

Jest więc tak: prawdziwy myśliciel, etyk, nie ulega emocjom, jego moralnych i niezłomnych przekonań nie złamie jakaś „łza dziecka”. Krzyk podnoszą tylko esteci i moralizatorzy, których miękkie, lewackie serca poruszają się niemal zawsze, kiedy ich oczom dostarczy się fotki zabitych cywili czy też ogłosi liczby niewinnych ofiar. Tyle tylko, że zasady etyczne, które miałby legitymizować zabijanie niewinnych, nie powinny w XXI wieku mieć prawa obywatelstwa.

A jednak jest coś przewrotnego, że – by usprawiedliwić obecny konflikt – część myślicieli katolickich sięga po teorię wojny „wojny sprawiedliwej”. Według św. Tomasza z Akwinu zbrojna akcja obronna może być uznana za słuszną, po pierwsze, jeśli podejmuje ją prawowita władza, poparta przez naród. Po drugie, jeśli motywy podjęcia walki nie wykraczają poza pragnienie ochrony zagrożonych dóbr. Po trzecie wreszcie, jeśli sposób walki oraz środki do niej użyte są adekwatne do sytuacji i będą zmierzać do konkretnego celu – do pokoju.

Kluczowy wydaje się warunek trzeci – czy podjęte przez Izrael działania doprowadzą do stabilizacji? Mam co do tego wątpliwości. Ma je także Carter, który pisze, że „karanie cywilnej ludności – w nielogicznej nadziei, że ofiary zaczną winić Hamas i Hezbollah za sprowokowanie niszczycielskiego odwetu – jest nie tylko niehumanitarne, lecz wywołuje skutki odwrotne do zamierzonych. Rzeczywistym efektem takich działań jest mobilizacja arabskiego i światowego poparcia dla obydwu palestyńskich ugrupowań i coraz silniejsze potępienie Izraela i Stanów Zjednoczonych”. Analogiczną sytuację przerabialiśmy, kiedy Ameryka atakowała Irak. Część katolickich myślicieli, przede wszystkich amerykańskich, argumentowała, że inwazja na Irak spełnia kryteria teorii wojny sprawiedliwej. Inwazja miała przynieść wyzwolenie, stabilizację i demokrację. Co prawda, nie ma już Husajna, ale za to jest chaos, początki wojny domowej, a Ameryka przebąkuje o wyjściu z postsaddamowskiego kraju.

Paweł VI w 1977 roku starą maksymę: „Jeśli chcesz pokoju, gotuj się do wojny”, która dominuje w obecnych konfliktach, określił mianem „rozpaczliwego i katastrofalnego aksjomatu”. Papież zaproponował więc, aby zastąpić ją inną: „Chcesz pokoju, przygotuj go”. Jan Paweł II tuż po rozpoczęciu przez Amerykę ataku na Irak mówił: „tylko pokój prowadzi do budowy sprawiedliwego i solidarnego społeczeństwa. Nigdy problemów ludzi nie uda się rozwiązać za pomocą przemocy i broni”. Dziś Benedykt apeluje do zwaśnionych stron, że tylko „ostateczne, polityczne rozwiązanie kryzysu” będzie zdolne „zapewnić spokojniejszą i bezpieczniejszą przyszłość przyszłym pokoleniom”. Jeśli więc Stolica Apostolska cieszy się na arenie międzynarodowej takim autorytetem, to nie dlatego, że opowiada się po jednej ze stron konfliktu, ale dlatego, że w imię chrześcijańskich zasad opowiada się za pokojem i nigdy nie traci z oczu niewinnych ofiar i cierpiących.

„Chcesz pokoju, przygotuj go”
Jarosław Makowski

urodzony 22 kwietnia 1973 r. w Kutnie – polski historyk filozofii, teolog, dziennikarz i publicysta, dyrektor Instytutu Obywatelskiego. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”...