O lekarzu, który się nie uleczył
Oferta specjalna -25%

Hewel. Wszystko jest ulotne oprócz Boga

3 votes
Wyczyść

Witkacy nie zwalczył swoich nałogów. Pozostawił jednak ich metafizyczną wykładnię, ukazał jałowość i fałsz używek, przejrzał subtelny proces psychologicznego uzależnienia i, co najważniejsze, z wielkim staraniem wskazał sposoby wychodzenia z niego.

Nie chcę szczegółowo i całościowo przedstawiać stosunku Witkacego do kwestii uzależnienia, lecz jedynie wydobyć i ukazać jego argumentację przeciwko najbardziej szkodliwym, codziennym używkom — tytoniowi i alkoholowi, które pojmował jako wielkie plagi społeczne. Zdaję sobie sprawę, że stosunek Witkacego do narkotyków nie był jednoznaczny.

Jego poglądy traktuję poważnie, gdyż ufam, że i on tak traktował tę sprawę: „Piszę poważnie i chcę wreszcie coś bezpośrednio pożytecznego zdziałać, a na idiotów i ludzi nieuczciwych sposobu nie ma”. Jako intelektualista i artysta przyjął swego czasu rolę wychowawcy narodu, chcąc uwolnić go od trapiących uzależnień. Tę nieobecną dziś u ludzi kultury funkcję Witkacy podjął z wielką powagą i świadomością, że naraża się na kpiny i docinki ze strony wszelakich krytyków, z lubością wynajdujących szczegóły z jego życia, które podważałyby wiarygodność i sens jego usiłowań („mam wrażenie, że doborem bzdur i kłamstw, które o mnie mówiono i mówi się jeszcze, nie każdy przeciętnie znany u nas człowiek poszczycić się może”). A że były one szczere, niech świadczy odnotowany przez Annę Micińską fakt, że swój stosunek do szkodliwych używek, który Witkacy wyraził w książce Narkotyki, tuż przed jej wydaniem przedstawił w wielu publikacjach w „Gazecie Lwowskiej” w listopadzie 1931 roku. Nie były to przy tym, jak to zwykle bywa, jedynie fragmenty przygotowywanej do druku książki, ale teksty przemyślane i napisane na nowo na potrzeby szerokiego grona czytelników.

Trud Witkacego włożony w opisanie i zwalczanie uzależnień, których negatywne społeczne skutki bardzo podkreślał, nie ma chyba odpowiednika w literaturze polskiej, a może i światowej. Fakt zaś, że sam palił („z nikotyną walczę już od dwudziestu ośmiu lat”), pił („można by mnie uznać w pewnych okresach za nałogowego pijaka”) i sięgał po narkotyki („dwa razy w życiu zażyłem kokainę”), nie powinien zachęcać nas do użycia hasła „Lekarzu, ulecz się sam”. Sztuką jest słuchać rad tych, którzy zbłądzili i przyznają się do winy. Należy raczej potraktować go jako zbiega uciekającego z nieprzyjacielskiego obozu, który zdradza nam słabe punkty swoich poprzednich panów. Był więc Witkacy człowiekiem trawionym przez nałogi, ale i starającym się z nich wyzwolić. I ta druga jego twarz mnie intryguje.

Nieznośna dziwność istnienia

Nie sposób omówić Witkiewiczowskiej analizy używek bez pobieżnego choćby wyjaśnienia pewnych pojęć jego filozofii, gdyż stanowiła ona dla niego ostateczny punkt odniesienia do tłumaczenia źródeł i przyczyn łatwości, z jaką ludzie stosują używki. Na podstawie jego przemyśleń można postawić pytanie dość obce podejściu medycznemu czy psychologicznemu: dlaczego w ogóle ludzie sięgają po narkotyki?

Odpowiedź na nie jest pochodną rozważań Witkacego związanych z uczuciem metafizycznym i Tajemnicą Istnienia — podstawowymi pojęciami systemu Witkacego. Uczucie metafizyczne (dziwność istnienia), którego nie można utożsamić z żadnymi przeżyciami życiowymi ani z pojęciami rozumowymi (gdyż jest czymś bezpośrednim, niepojmowalnym), jest bezpośrednio danym człowiekowi przeżyciem jedności osobowości, które daje mu jednocześnie odczuć jego ograniczoność czasową i przestrzenną. Odczuwając swoje „ja”, człowiek odróżnia się od „nie–ja” świata i stawia sobie pytania nierozwiązywalne z punktu widzenia nauki, które dotyczą własnej jedności i tożsamości. Przeżycie to, podobnie jak sacrum w interpretacji Rudolfa Otto, budzi zachwyt i lęk, fascynację i strach.

Zdolność do przeżycia metafizycznego wyróżnia człowieka od innych istot i stanowi jedyną drogę do ujęcia Tajemnicy Istnienia: „doświadczenie Tajemnicy Istnienia jest fundamentem wszystkich wyższych ambicji człowieka”. Aby tę Tajemnicę wielbić i poznawać, człowiek stworzył, a dokładniej najbardziej genialne jednostki, religię, filozofię i sztukę. To był zarazem początek kultury ludzkiej, który mylnie, zdaniem Witkacego, łączy się z wytworzeniem pierwszego narzędzia czy chwilą założenia społeczności. Religia i sztuka były głównymi „zasłonami dla zbyt mocno świecącej Wiecznej Tajemnicy”, jeżeli jednak one nie wystarczały, to człowiek od dawien dawna sięgał, jak zaświadczają antropologowie, po różne formy odurzania.

Demokratyzacja używek

Rozwój społeczny, który — daje tu o sobie znać Witkiewiczowski katastrofizm — prowadzi do uspołecznienia kosztem indywidualności, przybrał niestety taką formę, w której ginie religia, sztuka i filozofia, a przez to i uczucie metafizyczne traci warunki do swego przejawiania się w życiu społecznym.

W czasach współczesnych bowiem cele jednostki dążącej do obcowania z Tajemnicą Istnienia (nazwaną przez Jana Błońskiego jedynym Bogiem Witkacego) są doskonale rozbieżne z dążeniami społecznymi, które kładą nacisk na przetrwanie i rozrost materialnego dobrobytu. Z tego względu także przeżycie Tajemnicy Istnienia jest rzadkie, ułomne, przyblakłe. Dzisiejszy człowiek jest więc nienasycony i umiera taki.

Codzienność jałowej egzystencji jest według Witkacego nie do zniesienia, a racjonalizacja działań ludzkich nakierowana jedynie na pożytek powoduje, że ludzie na oślep dążą do zaznania metafizycznego uczucia. „Postępują tak do dziś, nawet o tym nie wiedząc, całe gromady ludzkie: artystyczne bohemy, narko– czy erotomańskie stowarzyszenia, sekty religijne (…)”.

Ludzie chcą odzyskać poczucie Tajemnicy Istnienia, chcą wydostać się z odczarowanego świata (Max Weber), który Czesław Miłosz za Williamem Blakiem nazwie ziemią Urlo, czyli sferą panowania chłodnego, naukowego Rozumu, który odrzuca wszelkie ludzkie pragnienia płynące z poniżanej przez niego sfery wyobraźni, uczuć i przeżyć religijnych. Reszta, która tego nie próbuje, stanowi według Witkacego stado uspołecznionych, zadowolonych z siebie zwierząt, które ogłupione są mechaniczną pracą, masową rozrywką (znienawidzone przez Witkacego dancing i radio), „rekordowym” sportem, no i „demokratycznymi” narkotykami.

Czasy, w których żyjemy, co po części przewidział Witkacy, są okresem zaniku obecności w życiu społecznym i jednostkowym religii, sztuki i filozofii, co powoduje, że uczucia metafizyczne nie mogą być wystarczająco obecne w ludzkim życiu. Dąży się więc do „umetafizycznienia” na różny sposób ludzkiego życia.

Jest w człowieku pewne nienasycenie istnieniem samym, pierwotne, które można nazwać metafizycznym i które gdy nie jest stłumione przez uczucia życiowe, pracę, sprawowanie władzy, twórczość, może być złagodzone jedynie przez narkotyki.

Dwa zaś najpotworniejsze „ogłupjansy” to tytoń i alkohol. Są one najstraszniejszymi „poza wojną, nędzą i chorobami, wrogami ludzkości”. Witkacy wyraźnie podkreśla, że tak zwane białe narkotyki (np. kokaina) nie mogą być traktowane pod względem szkodliwości tak samo jak „te szare, codzienne, demokratyczne jady, na które każdy bezkarnie pozwolić sobie może”. Bolała go więc bardzo hipokryzja społeczna — walczy się oto z narkotykami białymi, a „bezkarnie sprzedaje się dwie najpotworniejsze trucizny, doprowadzające do ruiny nie tylko garstkę ginących niedorobków, ale ogół społeczeństwa, jego najcenniejsze jądro”. Alkohol i nikotyna

przytępiają zdenerwowanego współczesnego człowieka powoli, niszcząc w nim również osobowość, ale nie rujnując w ten sposób, aby niezdolny był do spełniania mechanicznych funkcji w dzisiejszym społeczeństwie.

Jest to na tyle społecznie groźne, że zdaniem Witkacego, walka z tytoniem i alkoholem powinna w Europie z czasem doprowadzić do całkowitego zakazu ich używania

Aby tylko dzień przewalił się jako tako

Nikotyna w ocenie Witkacego to doskonały wstęp do alkoholu, gdyż stwarza pewien mechanizm psychicznego uzależnienia: „Mało jest notorycznych pijaków, którzy by wcale nie palili”. Ukazanie tego mechanizmu, tego subtelnego procesu wchodzenia w nałóg to zresztą główna metoda autora Narkotyków. Na wstępie autor odrzuca argumentację, że są ludzie palący i będący długo w dobrym zdrowiu, co ma osłabić pogląd o złowrogim działaniu używek na wszystkich ludzi. Dla niego bowiem „każdy palacz jest ruiną tego, którym mógłby być, gdyby nie palił”. Ostatecznie zresztą na dnie uzależnienia tkwi nieposzanowanie siebie samego. Skutki są jednak bardzo przykre i powszechne:

Tymczasowość duchowa i krótkowzroczność, potęgujący się brak wymagań od siebie i innych, płytkość we wszystkim, począwszy od filozofii do koncepcji społecznych, poszukiwanie najlichszego towarzystwa, nie wymagającego żadnego wysiłku umysłowego — oto właściwości cechujące prawdziwego palacza.

Pierwszy papieros przypada zwykle na okres pierwszej miłości, wzrostu przeżyć metafizycznych (Weltschmerz). Wtedy papieros przytłumia nieokreśloną rozpacz i przykrości życiowe, spotykające młodą, wrażliwą jednostkę. Po okresie bólu głowy czy torsji po pierwszych papierosach pojawia się „przyjemna melancholia”, intelektualne podniecenie i poczucie jasności myśli ułatwiające działanie czy pracę. Te jedyne, według Witkacego, pozytywne skutki nikotyny trwają krótko, do kilku miesięcy, a po nich pojawiają się skutki ujemne, które palacz łagodzi zwiększaniem dawek.

Początkowo pali się też tylko w specjalnych, podniosłych momentach, aby je uwznioślić. Człowiek nigdy nie chce wtedy palić dla samego palenia. To jest właśnie szukanie „sztucznego raju”, szukanie podniet do wywołania uczucia metafizycznego, które stanowi o istocie człowieka, a którego w inny sposób człowiek nie jest w stanie doznać. Zapalając papierosa przy okazji oglądania zachodu Słońca, „umetafizyczniamy” nasze doznania, starając się spośród innych życiowych, codziennych odczuć wyłowić to „coś”, co przejmie nas dreszczem i da namiastkę Tajemnicy Istnienia. W rzeczywistości jednak każdy nowy papieros, każde „poddanie się dialektyce zabójczego jadu zacieśnia pętlę na szyi”.

Z czasem coraz większa ilość używki przestaje dawać pozytywny doping i nic już więcej nie można z niego wydobyć, choćby się zapaliło „sto pięćdziesiąt papierosów na dzień”. Nałogowiec pali jednak jednego papierosa za drugim, aby zabić natychmiast najsłabszą budzącą się potrzebę. „Powiększanie dawki tytoniu prowadzi do zupełnego rozstroju psychofizycznego i czyni palących niezdolnymi nawet do najgłupszej pracy”. I tu, ostrzega autor Narkotyków, wpada się w mechanizm wymigiwania się od trudności, zamiast ich rozwiązywania. Prowadzi to do zaniku woli i przygotowuje drogę do sięgnięcia po alkohol. Człowiek został więc „zmiękczony” przez nikotynę, a jego życiowe dewizy w stylu: „aby tylko dzień przewalił się jako tako”; „wszystko jakoś się samo załatwi”; „żyjemy tylko raz”; „po co sobie czegoś odmawiać?”, stanowią zaproszenie, z którego skorzysta alkohol, aby mocniej niż tytoń wziąć człowieka w swoje władanie.

Zanim to nastąpi, można jednak podjąć bezwzględną walkę z „papirosikiem”. Oto metoda Witkacego na rzucenie nałogu. Należy wybrać odpowiedni moment na rzucenie palenia (wyjazd, wakacje) i porę (najlepiej rano). Trzeba się też przygotować na to, że drugi dzień w stanie niepalenia jest najgorszy:

uczucie pustki i nudy zdaje się nie do przezwyciężenia. Poczucie nonsensu jest tak wielkie, że zapalenie tego „papirosika” wydaje się szczytem sensu w ogóle, czymś, bez czego świat jest nieznośnym chaosem, istnienie więzieniem.

W tym początkowym okresie należy szczególnie zebrać siły i być czujnym. Nie można więc pozwolić sobie na chodzenie w miejsca, których atmosfera skłaniałaby nas do zapalenia. Dobrze byłoby te pierwsze dni przeżyć w skupieniu w otoczeniu najbliższych. Nie należy też zwalać na brak tytoniu problemów ze skupieniem się i pracą. W trudnych chwilach Witkacy radzi pójść na samotny spacer i posłuchać swego daimoniona — zjawia się on w postaci rozkosznego uczucia wolności i błyskotliwości umysłu. Jest to pierwsza zapowiedź wyzwolenia z nałogu. Ciało nasze może domagać się też w tym okresie więcej pożywienia i snu. Na szósty dzień człowiek czuje się pewniej, fundament pod wolność od nałogu został położony, ale nie można wtedy dać się niczemu skusić i trzeba tym bardziej „wyrobić sobie poczucie obowiązku dążenia do doskonałości”. Trud się opłaca, i wreszcie przychodzi oczekiwane wyzwolenie.

Zadowolenie ze zdobywania nowych obszarów ducha, niezamroczonych odurniającym, kretynizującym, jełopizującym dymem, staje się nieludzką rozkoszą.

Alkohol jest nudny

Witkacy, który sam do trzydziestego roku życia nie pił, bardzo mocno podkreśla złowieszczość tej powszechnej, niestety, używki. Podobnie jak przy innych uzależnieniach warto podkreślić stopniowe osaczanie ofiary, która zwiedziona pozorami wolności i siły, którą dają używki, nie czuje, że „kresem jest cuchnąca nora, w której czatuje strach i obłęd”.

Tak jak w przypadku papierosów, autor Narkotyków chce pokazać przede wszystkim pierwsze, zdawałoby się niewinne jeszcze zetknięcie z alkoholem, by uświadomić, jak przebiega początkowa faza nałogu.

Alkohol działa więc na nowicjuszy potężnie, dodaje skrzydeł myślom i uczuciom, podnieca wyobraźnię, wytwarza fluid porozumienia między różnymi ludźmi, potęguje pewne rozmowy i przeżycia: „Wszystko zdaje się łatwe i bliskie, po najtrudniejsze rzeczy, wydaje się, że trzeba tylko sięgać”. Z czasem jednak coraz mniej się dosięga, ale pozostaje przyjemność łatwego sięgania. Ostatecznie jak się człowiek „wysięga”, nie pozostaje mu nic, a sięganie pozostaje i ogranicza się do zamiarów. Alkoholicy bowiem żyją zamiarami, a nie obiektywną oceną faktów. Alkohol uniemożliwia swobodny akt woli, a przez to niszczy podstawę działania w ogóle. Wola zostaje zastąpiona przez protezę, złudzenie, że alkohol coś stwarza, daje.

Te przelotne chwile pozytywnych wrażeń nie dadzą się porównać do pierwszego stanu powstałego na skutek przedawkowania alkoholu, stanu zwanego przez Witkacego glątwą. „Na niej można w zarodku oglądać stan końcowy, który u niektórych występuje już w rok lub dwa od chwili zaczęcia nadużywania alkoholu (…)”. Poważne zatrucie alkoholem trwa kilka dni i powoduje charakterystyczną nudę alkoholików

wszystko zdaje się nie to, horyzont daleki jest zagwazdrany, poczucie, że cokolwiek się zacznie, musi się skończyć klęską, zgniły pesymizm, wrażenie krótkości życia, nic nie warto zaczynać.

Z czasem wracają jednak dawne złudzenia, przekonanie, że od jutra zacznie się nowe życie. Pijący dzielą się z czasem na alkoholików codziennych, którzy wypijają „parę wódeczek”, i alkoholików cyklicznych, upijających się zupełnie co jakiś czas. Ostatecznie grupy te schodzą się we wspólnym końcu. Pierwsi zwiększają codzienną ilość alkoholu, drudzy zmniejszają przerwy między upiciami. Skutek jest ten sam: „zidiocenie, zanik woli, niemoc, niemożność wszelkiego czynu”.

Witkacy stara się pokazać, że

jednorazowe upicie się, a nade wszystko następująca potem glątwa są często miniaturowym odbiciem całego zmarnowanego później beznadziejnie życia.

Chodzi, po pierwsze, o skutki fizjologiczne:

Zniechęcenie, złość o byle co, fatalne traktowanie najbliższych i najżyczliwszych, nawet najukochańszych ludzi, niemożność skupienia uwagi, niepokój kwaśny i gorzki, bezsenność w nocy i ciężki sen poranny, z którego trudno się przebudzić, zamiast radości przebudzenia lęk przed życiem, zanik odwagi tak cywilnej, jak i wojskowej i ciężar nieznośny w głowie przy jakim bądź intelektualnym wysiłku.

A po drugie, o wiele ważniejsze, skutki duchowe. Alkohol bowiem jest tak naprawdę nudny, choć daje z początku iluzję nieskończonych możliwości. W istocie dokonuje tylko nowych kombinacji obecnych w człowieku elementów intelektualnych, duchowych i psychicznych, niczego nie stwarzając. Kiedy jednak pijący to dostrzega, jest już za późno, a widząc, że został oszukany, pije jeszcze więcej. Potęgując dawki, chce wrócić do „pierwszych chwil ekstazy”, siłą zdobyć niejako bramę wiodącą do Tajemnicy Istnienia, do której szlaki wiodły niegdyś nielicznych przed sztukę, religię i filozofię. Na próżno jednak alkoholik szuka ciągłej ekstazy, każdy bowiem narkotyk ma swoje granice.

To jest ostateczny moment, kiedy można zawrócić. Gdy jednak człowiek decyduje się na „zalanie” tych stanów smutku płynącego z oszukania przez alkohol kolejnymi jego porcjami, następuje spotęgowanie złych skutków tej używki.

Rozpoczyna się okres złości — alkohol dojechał do dna, na dnie zaś jest pustka stworzona przez ciągłe życie z kapitału, zalewany systematycznie upadek ducha, zdawanie się na rozwiązanie tych problemów za pomocą „paru wódeczek”. Rośnie niechęć do ludzi i świata, zaczyna się mówienie przyjaciołom „gorzkich prawd”, traktowanie bliskich jak wrogów aż do przemocy fizycznej wobec nich.

Rzuceniu picia poświęca Witkacy mniej miejsca, ale schemat jest podobny jak przy rzucaniu palenia. Należy więc zerwać z nałogiem natychmiast, gwałtownie i ostatecznie, nie pozwalając sobie w żadnym wypadku na odrobinę nawet alkoholu. Łatwiej też, zdaniem Witkacego, jest alkoholikowi chronicznemu niż takiemu, który upija się sporadycznie.

Wysiłek podjęty przez autora Narkotyków może być dziś oceniony przez specjalistów od uzależnień, terapeutów czy psychologów. Werdykt będzie zapewne różny. Jednych zrazi specyficzny, młodopolski język Witkacego, drudzy odrzucą jego metafizyczne wyjaśnienia jako zbędne w dobie panowania scjentyzmu, część pochwali może jego bystre obserwacje psychologiczne. To, co na pewno zostało z Witkacego, to jego projekt jednoczącego ujęcia problemu używek, których zwalczanie traktuje jako kulturowy i społeczny obowiązek zarówno intelektualistów, ludzi sztuki, jak i nauki. Zostawił też nam Witkacy swoją teorię na temat najgłębszej przyczyny sięgania przez ludzi po narkotyki, uważając, że bez niej nie będzie można dobrać środków do walki z nimi. Dziś, gdy społeczeństwo odrzuca takie „spekulacje”, pozostaje otwarte pytanie, dlaczego i które używki są złe oraz w imię czego mają być ograniczane. Nietrudno przecież przyjąć istnienie społeczeństwa, w którym w imię powszechnego dobrobytu i szczęścia jednostek państwo koncesjonuje wszelakiego rodzaju narkotyki, dbając głównie o to, by nic nie naruszało powszechnego porządku i spokoju. Kto chciałby takiego „raju”, wystąp!

O lekarzu, który się nie uleczył
Bartosz Wieczorek

urodzony w 1972 r. – absolwent filozofii i politologii UKSW, doktorant w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikował w „Przeglądzie Filozoficznym”, „Studia Philosophiae Christianae”, „Znaku” „Przewodniku Ka...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze