Podróż do stolicy świata

Podróż do stolicy świata

Szanowny Lwie,

i oto rozpocząłem podróż do stolicy świata. Przygotowania do niej trwały niemiłosiernie długo, choć samo pakowanie drewnianego, obitego niegdyś piękną, a dziś rozłażącą się ze starości świńską skórą kuferka zajęło mi tylko jedno skromne popołudnie. Nie liczę jednak, Szanowny Lwie, tych wszystkich wieczorów, które — same w sobie pracowite — trwały jednak oddzielone nieprzekraczalną linią od czasu przygotowań zakończonych przecież tego jednego rozsłonecznionego popołudnia uroczystym zatrzaśnięciem kuferka. Oddzielone jak podróżny od swego paszportu, który powędrował za zakazaną wszystkim śmiertelnikom żółtą linię wraz z zaspanym i niechętnym celnikiem nie do końca pewnym, czy istota przyłapana niegdyś w błysku magnezji jest tożsama z tą pokorną osóbką ledwie ośmielającą się dotknąć noskami butów żółtej granicy światów. W wieczory te długo świeciłem naftową lampę, podle nadużywając dobroci ojców z misji francuskiej, by w jej żółtozielonym płomieniu przypominającym żarzącą się pomarańczę znów otworzyć kufer, sięgnąć ręką na samo dno, dotknąć szczoteczki do zębów, której użycie zawsze powodowało skurcze mojego żołądka i wymioty, przesunąć palcami po kawałku marsylskiego mydła zawiniętego w szeleszczący pergamin i wreszcie dotrzeć do puszki z peklowanym mięsem spoczywającej blisko paczuszki z wojskowymi sucharami. Wyciągałem następnie z kuferka moje cztery koszule, bawełniane jasne spodnie i wytartą nieco na łokciach marynarkę podarowaną mi przed podróżą przez ojca Bernarda. Nie zapominałem, rzecz jasna, o zielonym krawacie w białe grochy, który według rad mojego przewodnika miałem założyć do pierwszego wspólnego obiadu na statku. Bywało, że z radości paradowałem do późnej nocy to w tej, to w tamtej koszuli, zakładałem, to znów zrzucałem marynarkę, wiązałem zielony krawat w suty węzeł albo też w nieco zwiędłą kokardę.

Przyszedł wreszcie tak długo oczekiwany dzień wyjazdu i potwierdziły się słowa Msabu, że Mombasa wygląda zupełnie jak raj namalowany ręką dziecka. Ale gdy później pytano mnie, Szanowny Lwie, co najbardziej uwiodło moją wyobraźnię i jakie drzewa rajskie zapuściły korzenie w mojej pamięci — czy były to rozłożyste zielone drzewa mango lub wspaniałe, łyse baobaby, a może przebogate czerwone akacje o niesłychanie intensywnej barwie i delikatnych listkach — nie umiałem odpowiedzieć. Odpędzając się od różnych chciwych nowin natrętów, rzucałem niechętnie, że raj wygląda jak raj i wzruszałem ramionami. Przypominało im to, niestety, odpowiedź Magone, którego dawno temu grupa białych ludzi pytała, jak smakują mrówki z miodem, na co Magone niezmiennie odpowiadał, wzruszając ramionami: „Jak mrówki z miodem”. Widocznie uważali, że taka odpowiedź dobra jest dla wścibskich białych, ale nie dla nich — moich starych i wypróbowanych przyjaciół, jak nie omieszkali powtarzać z naciskiem, czekając w kucki na podarki z Europy.

Zardzewiały niemiecki tramp z Hamburga czekał już na nas w porcie. Jego dymiący komin, zgrzyt pracującego nad pokładem dźwigu, pokrzykiwania zlanych potem dokerów pogłębiały tylko we mnie i tak już wielką gorączkę podróży, więc gdy tylko przeszedłem po trapie obładowany kuferkiem i walizami ojca Bernarda, nie mogłem powstrzymać się od wykrzyczenia starych jak świat słów z gry w sumangolo: „Mały człowiek odszedł z tańca, mały człowiek, niedobry człowiek odszedł z tańca, drugi człowiek — oto ten — jeszcze nie tańczył. Oby wody przestały stawiać trudności!”. I jeszcze, z rozmachem stawiając bagaże na deskach pokładu: „Przeskocz kałużę! Przeskocz rzekę! Karomenya ląduje!”.

— Lepiej zrobisz, chłopcze — usłyszałem nagle nad sobą głos — jeśli udasz się do swojej kajuty w ślad za swoim opiekunem. Pokład nie jest dobrym miejscem do takich dzikich okrzyków. Ale, ale… zapomniałem cię przywitać na tej łajbie, którą mam zaszczyt dowodzić. Nazywam się Klepp. Kapitan Klepp.

Oprócz kapitana Kleppa, człowieka, o którym mówiono, że dawno już zwątpił w dwudziesty wiek i uczynił to, zanim się jeszcze ten wiek rozpoczął, człowieka, który pogardzał Europą, oskarżając ją o wszelkie możliwe wojny i niepokoje, a zarazem wytykając jej zniewieścienie, co podobno było komiczne, gdyż Europa jest kobietą — nikt inny z załogi i pasażerów nie uścisnął mi ręki. Nie sądzę jednak, że postępowali tak ze względu na jakiś starożytny zwyczaj czy też inne znane ludziom często przemierzającym morza prawo. W podróż bowiem wyprawiło się z nami jeszcze kilka osób, lecz jak Ci to już opowiadałem, Szanowny Lwie, ludzie ci rzadko się do siebie odzywali, patrzyli na siebie niewidzącym wzrokiem, jakby pod sercem toczyli zbyt ważne i zbyt piękne rozmowy z kimś bardzo ważnym — czyli z samym sobą. Mimo to, podczas spacerów na pokładzie, częstowali się chudymi cygarami i wyciągali w stronę drugiego skórzane kapciuchy z wonnym fajkowym tytoniem. Jednym słowem, byli razem, ale osobno, co już dostatecznie dawno zauważyłem jako sposób na spędzanie czasu u białych. Tak rozproszoną owczarnię próbował zjednoczyć kapitan Klepp, zapraszając wszystkich pasażerów na żeberka kasselskie z kiszoną kapustą i zimnym piwem. Jak twierdził, czynił to nie z powodów altruistycznych, lecz czysto pragmatycznych, spowitych, co prawda, w lekką mgiełkę zużytej ździebko etyki judeochrześcijańskiej nakazującej składanie świadectwa jedności w obliczu nadchodzącego końca. Nie przewidywał zasadniczo huraganu, lecz wszystko może się na morzu zdarzyć, a wtedy szanowni i drodzy kapitańskiemu sercu pasażerowie będą proszeni łaskawie do jednej szalupy. Podróżował z nami pan Franz Xaver Hoss, oficer pułku dragonów badeńskich, któremu przemowa kapitana Kleppa najwyraźniej nie przypadła do gustu. Służył już dość długo we wschodniej Afryce, by wreszcie pozwolić sobie na powrót do swojej ojczyzny. Był to człowiek surowy i z zasadami, który podążając do ciasnej okrętowej toalety, nigdy nie zapomniał czarnego, małego neseserka z wodą kolońską, mydłem o zapachu migdałów i ręcznikiem haftowanym w walczące ze sobą czarnego orła i niebieskiego koguta.

— Nie jest prawdą, panowie, że czeka nas wojna w Europie, o, nie! — mówił, dokładając sobie żeberek. — Możemy się bić w Afryce, proszę bardzo, to poligon nawet egzotyczny, to honorowe i dżentelmeńskie. Czyż nie tak? Coś jak pojedynek, próba sił, mocowanie się na rękę na neutralnym stole, którego blat jest, no, czasami zbyt gorący, ale, panowie, klimat Afryki jest atutem na wojnie — nie można prowadzić jej zbyt długo. Bez hekatomb, kradzieży dzieł sztuki — tu znacząco spojrzał na jedynego Francuza w tym gronie, ojca Bernarda. — Zresztą — kontynuował już bardziej polubownie i obdarzając tym razem zakonnika spojrzeniem pełnym szacunku — to zależy od każdego z nas. Chcę przez to powiedzieć, że syn mój Rudi, przepraszam — Rudolf, nigdy nie zostanie żołnierzem, bo choć mojej rodzinie rolników z Schwarzwaldu drogie są tradycje żołnierskie, to jednak najstarszego mojego syna ofiarowałem Bogu, zostanie księdzem, proszę panów.

Gdy tylko pan Hoss skończył, usłyszeliśmy nieprzyjemny śmiech pana Scrooge’a z firmy „Marley i Scrooge”.

— Mówisz pan, że to neutralny teren, hę? Tym samym twierdzisz pan, że nie ma tam diamentów, węgla i żelaza, hę?

— Nie twierdziłem tego — próbował się tłumaczyć oficer.

— Ale na to samo wychodzi. Otóż sądzi pan, że sztabowcom nigdy się nie nudzi i zadowolą się na wieki przesuwaniem na papierowych planszach ołowianych żołnierzyków i grą w skata za kilka fenigów? A co, może nie mówią o swoich krwawych jatkach czule „wojenka”? Może nie lubią stroić się w te wszystkie piórka i ostrogi dla swoich klemp, kur domowych i indyczek?

— Tylko nie indyczek! — protestował czerwony na twarzy oficer, zgadzając się zapewne w duchu na dwa pierwsze określenia swojej oblubienicy.

— Dajmy spokój niestosownym żartom — pan Scrooge wykazał duże zrozumienie dla nabrzmiewającej i grożącej wybuchem atmosfery — i poruszmy sprawę afrykańskiego węgla i ropy. Otóż wystarczy podać banalny i śmieszny być może dla panów przykład z mojej rodzinnej Anglii zainteresowanej tymi bogactwami. Pożywieniem angielskiego proletariatu są — jak wiadomo — flaki. A oto, co napisała jedna z poważnych i opiniotwórczych gazet: „Dokładne badania wykazały, że funt flaków traci w gotowaniu siedem ósmych swojej wagi, czyli o jedną piątą więcej od wszelkiej innej substancji zwierzęcej…”. Kto zna się choć trochę na kuchni, może sobie resztę dośpiewać i przeliczyć, ile węgla ci najbiedniejsi niby ludzie zużywają, by flak stał się choć trochę bardziej miękki… Przestańmy więc beztrosko wypowiadać się na temat rzekomego imperializmu Wyspiarzy!

Nie poprawiło to, jak można się było spodziewać, atmosfery wspólnego posiłku, choć żeberka kasselskie z kiszoną kapustą były naprawdę doskonałe. Dokładka nie dotarła do małego, nieco oddalonego od głównego stołu stolika, przy którym kapitan Klepp usadowił — z braku miejsc pod kryształowym lampionem — mnie i polskiego księdza o szerokiej rumianej twarzy odzianego w wyszarzałą sutannę. Siadając, ksiądz bąknął pod nosem swoje imię, które brzmiało jak „Stas” lub „Struś”, i zabrał się z apetytem do pałaszowania kiszonej kapusty. Atmosfera pod kryształowym lampionem była coraz bardziej zapalna, ale na szczęście ktoś zwrócił uwagę na nasz mały stolik.

— Dziwne to i, pardon, ucieszne — odezwał się stłumiony głos — jak ci dżentelmeni oryginalnie zabrali się do żeberek kasselskich! I co więcej, robią to z ogromną wprawą i jeszcze większym apetytem, posługując się wyłącznie łyżką stołową!

Aby uniknąć wszelkich badawczych a wścibskich spojrzeń, odłożyłem łyżkę i siedziałem w milczeniu nad talerzem. Polski ksiądz jakby nie słyszał złośliwości i dalej gmerał łyżką w kasselskich żeberkach, a jego rumieńce nie stały się ani odrobinę czerwieńsze czy bledsze.

— To oczywiście rosyjski sposób, ale co z tym ma wspólnego mój drogi Karomenya? — pogroził mi palcem rozbawiony ojciec Bernard.

— Chce ojciec powiedzieć — wtrącił się znów pan Scrooge — że Syberia zaczyna się na wschód od Wisły? Być może, być może, ale jak w takim razie, szanowny panie, pogodzić to z łyżką w kasselskich żeberkach?

— Nie bardzo rozumiem pana, panie Scrooge — ostrożnie wycofał się ojciec Bernard.

— To całkiem proste, ojczulku. I opieram się w tym względzie na waszych nadętych, choć po kartezjańsku ciasnych teoriach, że Słowianie z natury swojej są urodzonymi imitatorami… ha, ha, więc albo to francuska bujda, albo nie jesteśmy godnymi obiektami do zimitowania.

— …i strzec się należy ich kultury — podjął cichym głosem wywód pana Scrooge kupiec towarów kolonialnych pan Lasker–Schuler — gdyż historia na wiele sposobów pokazała, że Rosjanie nie rozumieją słowa „wolność” i mają skłonność do niewoli, no a Polacy z tych samych względów popadają w anarchię. Nie, nie można się czuć bezpiecznie na tych ziemiach. Boże mój — rozanielił się kupiec towarów kolonialnych — gdy wspomnę moje Niemcy, moje ukochane Niemcy, nie, nie mogę nie myśleć o moich praskich przodkach, którzy swoją nadzieję pokładali w tej niemej kukle z błota…

— Pardon ? — poruszył się z niepokojem na krześle pan Scrooge.

— …tym ponurym, tępym i pokracznym Golemie. Tak, żądnych krwi Słowian chrześcijan, zawsze gotowych do podrzucenia na podwórko żydowskie dziecięcego trupka zamkniętego w beczce i wszczęcia pogromu, Golem — ta niemrawa małpa i gigant — miał zatrzymać swoimi wielkimi jak wiatraki łapskami. O święta naiwności! O tchórzliwe samooszukiwanie się! O ideologio nie lepsza od powrotu do Palestyny! Co panowie powiedzą na tę małą niedyskrecję, którą poczynię, wyjawiając, że nawet tu, na statku, nie odstąpiłem od szlifowania mojego skromnego eseju pod tytułem Golem czy asymilacja? Zdaje mi się, że zbyteczne są wyjaśnienia, po której stronie umieszczam moją sympatię…

Ojciec Bernard, przesadnie kiwając głową na znak zgody z poglądami kupca towarów kolonialnych Lasker–Schulera, w rzeczywistości wyrażał w ten właśnie sposób swoją niecierpliwość i pragnienie zebrania w jedno, a potem obalenie jednym śmiałym cięciem tych wszystkich obiadowych i poobiednich monologów. Miał do tego najświętsze prawo, gdyż pochodził ze stolicy świata, a teraz udawał się tam razem ze mną.

— Nie muszę panom mówić, że pokój zależy nade wszystko od siły promieniowania kultury dominującej. Nie oburza mnie — kontynuował, nie zważając na pokasływanie niemieckiego oficera — imitacja, małpowanie, jeśli tylko dotyczy zniewalającego piękna, haseł wyrażających naturalne tęsknoty ludzkości…

Égalité, fraternité, liberté! — wtrącił się kwaśno Scrooge.

— Chociażby, choć w chrześcijańskim, pogłębionym wydaniu — niewzruszenie stał na posterunku ojciec Bernard. — Chcę powiedzieć, że jeśli w umysłach naszych znajdziemy ten jeden punkt, od którego będziemy rozpoczynać podróż, mierzyć wszelkie odległości i ciężary, ustalać hierarchię, organizować geografię ducha, to…

— He, he, he, mówi jegomość o Paryżu, nie da się tego ukryć — niepotrzebnie znów wtrącił się pan Scrooge.

— …to nie będzie wojen. Być może myślę o Paryżu i myślę o nim z pewnym onieśmieleniem, drogi panie! Paryżu, gdzie nasz czarny przyjaciel Karomenya przyjmie chrzest święty w kaplicy Cudownego Medalika. Wydarty bezmyślnej naturze, naturze sempervirens, naturze podobnej do przekroju olbrzymiej sekwoi, która rośnie i dwa tysiące lat i kpi sobie z naszego przemijania, bo cóż to dla niej, skoro maluteńki przy niej człowiek liczący jej słoje odmierza ledwie cal od środka pnia, by zadumać się nad tak dokładnie wymierzonym wydarzeniem, którym był pożar Rzymu za Nerona. Ileż to bezdusznych centymetrów bezdusznej, zdrewniałej miazgi drzewnej musi odliczyć, by odnaleźć bitwę pod Hastings, zapewniam panów, że niewiele. A i my… ile mikromilimetrów w tej perspektywie będzie liczyć nasze życie, życie kupca, oficera dragonów badeńskich, kupca korzennego, księdza? A jednak. A jednak, ryjąc daty na tych przeklętych słojach, człowiek wyrywa się śmierci, mocuje swoją godność na marmurowym piedestale. I w końcu wygrywa kultura. Być może w następnym stuleciu opisze to poeta właśnie słowiański i afrykański i odrzucając sempervirens, wybierze Notre Dame.

Skończywszy żeberka z kapustą, ksiądz „Stas” przeżegnał się z rozmachem i wyszedł ociężale na pokład. Poszedłem za nim. Znalazłem go przy skrzyniach, w których żyrafy jechały do Hamburga. Zdawało się, że są zaskoczone podróżą. Kręciły na wszystkie strony swoimi ślicznymi główkami, lecz ich oczy zdawały mi się zamglone i senne.

— Trudno — tłumaczyłem sobie — choć są to zwierzęta niewinne i dumne, nie mogą dalej spacerować po rozległych stepach bez tej krztyny ofiary, którą jest poświęcenie własnego na rzecz uniwersalnego… Oczywiście, że były to słowa ojca Bernarda i dlatego uśmiechnąłem się ironicznie, gdy usłyszałem jak polski ksiądz „Stas”, zadarłszy wysoko głowę, mówił do żyraf: „Oj, biedne, biedne wy, bydlątka. Daleko wy od domu jedziecie. I ludzie mądrzy będą was oglądać, i myśleć oni będą, że dopiero teraz, pod ich spojrzeniem, stałyście się prawdziwymi żyrafami”.

Twój Karomenya

Podróż do stolicy świata
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...