Lider i wojownik
fot. jakob dalbjorn / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Jana

0 votes
Wyczyść

Mężczyzna, który wyznaje wiarę w Jezusa, musi ciągle patrzeć na swojego Pana. Nie po to, by mechanicznie odtwarzać Jego życie. Jezus ma być Kimś, kto każdego z nas inspiruje do szukania swojego sposobu przeżywania męskości.

Męskość nie wyraża się tylko w gwałtowności i twardości charakteru, ale również we wrażliwości. Męska duchowość nie ma jednej twarzy. Miłość do Boga jest dla mężczyzny trudna. Po pierwsze dlatego, że jest to miłość do drugiego mężczyzny, Jezusa Chrystusa, a z tym wielu z nas może mieć problem. Po drugie, miłość każe nam przesuwać punkt uwagi z siebie na drugiego (człowieka lub Boga), a to mężczyźnie może się kojarzyć z umieraniem dla swoich potrzeb i pragnień. Zapewne część z moich braci w męskości zaprotestuje, ale stawiam tezę: Jesteśmy egoistycznymi leniami, wpatrzonymi w siebie i swoje interesy. Stąd właśnie duchowość, a więc to, co nazywamy więzią z Bogiem, powinna mężczyznę wykolejać z tego, co „naturalne”, i kierować ku temu, co jest wolnym wyborem. Wyborem opcji, która połączona jest z trudem i ascezą.

Często w debacie publicznej i we wszelkich badaniach statystycznych mówimy o małej liczbie mężczyzn praktykujących swoją wiarę (w Kościele rzymskokatolickim). Mam tu na myśli raczej cały Kościół jako taki. Słyszałem różne teorie na ten temat, odsyłam do książek o. Richarda Rohra OFM czy klasyka gatunku – Johna Eldredge’a. Z rozmów, które prowadzę w kierownictwie duchowym z mężczyznami, ale także z osobistego doświadczenia wiem, że głównym powodem słabego praktykowania jest właśnie brak odwagi w podejmowaniu ascezy i wychodzeniu ze swojego egoizmu. Ascezę rozumiem jako rezygnowanie z wygody po to, by robić miejsce na dobrą pustkę – przestrzeń, która wypełnia się głodem, pragnieniem (ostatecznie Boga).

Rezygnacja z siebie paradoksalnie sprawia, że mężczyzna staje w prawdzie o sobie samym, również o tym, co jest dla niego trudne. Dzięki temu oczyszczeniu odkrywa, że Bóg powierza mu w życiu misję. Wtedy wiara mężczyzny staje się praktyczna, relacja z Bogiem przekłada się na konkretne zadanie, które możemy nazwać powołaniem.

Lęk

Kiedy dorastamy i bierzemy życie w swoje ręce, bardzo często ogarnia nas lęk. Wielu z nas chowa się za innymi. Jesteśmy mocni w wykrzykiwaniu haseł, ale na co dzień nasza odpowiedzialność spada do minimum. Ciągle są w nas mali chłopcy. Podobnie było z Jozuem (Joz 1,1–9). Do śmierci Mojżesza żył w jego cieniu, potem nagle musiał dorosnąć. Wtedy pojawił się lęk. W ten właśnie lęk, w te wspomnienia związane z Mojżeszem oraz w fałszywe poczucie bezpieczeństwa oparte na Mojżeszu wkracza Bóg i mówi: „Nie bój się”. Przypomina Jozuemu, by przestrzegał Prawa, i zapewnia go, że ma wszystko, co potrzebne do wykonania zadania.

To dobra wskazówka dla nas. Szukamy naszej siły w wielu rzeczach: w kobiecie, w kumplach, niektórzy w nadludzkim wysiłku, w poniżaniu innych. Tymczasem nasza siła jest w dwóch źródłach. W Bogu, bo na Jego obraz jesteśmy stworzeni. I w nas, w naszym sercu, w którym jest wpisane wszystko, czego nam trzeba.

Większość mężczyzn nie lubi pytać innych o drogę i radę. Wolimy mieć swoją mądrość i swoją rację. Wielu z nas wydaje się, że poproszenie o pomoc jest rodzajem upokorzenia. Jestem przekonany, że jest to część zwycięstwa złego ducha, który wykorzystuje naturalną, dobrą dumę mężczyzny do tego, by go jeszcze bardziej pogrążyć w samotności i rozpaczy. „Nikt nie jest ci potrzebny” – to zdanie nieźle brzmi. Ale ma też drugie dno: „Ty nie jesteś nikomu potrzebny”.

Jedną z cech mężczyzny jest jego niezależność. Każdy z nas buduje swój świat, do którego zaprasza innych: kobietę, dzieci, przyjaciół, współbraci, ludzi, z którymi pracuje. Niezależność daje nam przestrzeń do rozwoju, do tworzenia, także do rywalizacji, która może się stać siłą napędową do tworzenia nowych dzieł. Jednak niezależność ma też swoją mroczną stronę. Potrafi zamknąć człowieka na innych i na Boga. To, co z założenia ma przyprawić nam skrzydła, na których chcemy wznieść się wysoko, niejednokrotnie staje się powrozem, który nas krępuje tak bardzo, że gnuśniejemy w swoim egoizmie.

Byśmy nie umarli do końca, Bóg wpisał w nasze serce system zabezpieczenia. Tęsknotę za Nim. Kiedy przychodzi kryzys, upadek, tragedia, strata ukochanej, klapa finansowa, nałogi, odejście kumpli – zaczynamy tęsknić. Czujemy podskórnie, że to nie w nas jest źródło mądrości, że nie jesteśmy samowystarczalni, choć nasze serce pełne jest twórczych pomysłów.

Żyjemy w sytuacji nieustannej wojny duchowej. A gdzie jest wojna, tam leje się krew, pojawiają się rany. Dlatego trzeba się zgodzić na to, że one są, będą i muszą być. Naszym celem nie jest przejście przez życie w maseczce na twarzy! Przyznajmy się w końcu, że mamy rany ukryte głęboko w sercu. Rany mogą być dwojakie: mogą nas zabić i mogą być powodem dumy. Odrzucenie, zranienie, poczucie winy – wszystko, co sprawia, że jako mężczyźni czujemy się obici, mało męscy, może się stać chwalebną raną, po której blizny będziemy pokazywać przyjaciołom. Problem polega chyba na tym, że źle wykorzystujemy siły. Zużywamy je na to, by za wszelką cenę ran nie odnieść, by nas nie bolało, by się w życiu nie spocić. Zaryzykowałbym tezę, że powołaniem mężczyzny jest zdobywanie ran. Że właśnie to nas w jakiś sposób określa. Bo przez to uczymy się honoru i prawdziwego męstwa.

Ważne jest, by ranę zauważyć, nazwać po imieniu i wiedzieć, do Kogo z nią pójść. Rana to najczulsze miejsce, które chcemy schować głęboko i nie pokazywać go innym. Możemy być twardzi, odważni, robić wielkie rzeczy, możemy być szefami, politykami, dobrymi kaznodziejami, ale każdy z nas nosi w sercu ranę. Był moment w życiu, w którym ktoś nas zranił. I to ktoś, kto był powołany do tego, by nas strzec. Zadał ranę, by pokazać, że panuje nad nami, by pokazać wszystkim, że po tym ciosie już na pewno nie ożyjemy. Uzdrowienie nie przyjdzie przez udawanie, że rany nie ma. Ono przyjdzie w decyzji, żeby uczynić ją raną chwalebną. Zazwyczaj mężczyźni, kiedy dzieje się im jakaś krzywda, odczuwają ją jako przekleństwo. Jednak coś, co w pierwszym momencie wydaje się porażką, możemy potraktować jako szansę.

Nasz Bóg jest gwałtownikiem, chce, byśmy wyciągali dobro również z tych miejsc, w których dobra nie ma i (pozornie) nie ma śladów Jego obecności. Wiem, że to jest trudne. Nie traktuję tego jako taniej rady na życie. Strach przed uczynieniem ze swojej rany wyzwania jest zaraźliwy. Często tak mocno przeżywamy rany i trudne miejsca, że inni na tym tracą. Kiedy tak się dzieje? Wtedy, kiedy wszystkim próbujemy udowodnić, że świat jest zły. Kiedy po swoim trudnym doświadczeniu próbujemy pokazać, że wszyscy mają przechlapane. Tak może być wtedy, kiedy mamy doświadczenie nieudanego związku. Tak jest też wtedy, kiedy swoje zranienie i krzywdę próbujemy zakopać. A ona jest i nawet głęboko zakopana ma na nas wielki wpływ.

Rana w sercu nie jest, jak wielu z nas sądzi, przekleństwem, lecz jest siłą mężczyzny. Ostatecznie rana Jezusa staje się później dowodem Jego Zmartwychwstania.

Mężczyzna ma w sobie odbicie Boga. Bóg objawia się między innymi jako Wojownik. Jego serce, choć piękne i romantyczne, pragnące romansu, jest sercem Wojownika. Jezus przedstawiany jest także jako Lew Judy. To ktoś, kto nie daje się zamknąć w obrazku słodkiego kiciusia.

Mężczyzna musi odzyskać siebie i Jego. Patrząc na siebie, na swoje zmagania, mamy odzyskiwać prawdziwy obraz swojej męskości. Patrząc zaś z kolei na Niego, mamy odzyskiwać prawdziwy obraz Boga. Bo on jest zapisany w naszym męskim sercu. Najważniejsze nie jest to, ile lęków ujawni się przy okazji, ile będzie momentów, w których będziemy chcieli się poddać. To jest szalenie ważne dlatego, że Bóg chce, byśmy byli liderami w wierze dla innych ludzi.

Lider

Mężczyzna chrześcijanin jest liderem. Każdego dnia staje przed bliskimi, podejmuje obowiązki, odważnie zabiera głos, bo ma świadomość, że stoi za nim Bóg.

Mężczyzna lider jest człowiekiem, który przewodzi najpierw swojemu życiu. Jest świadomy swoich dobrych i słabych stron. I jako świadomy siebie podejmuje misję i zadanie. 

Bóg postawił mężczyzn nad innymi i dał im zadanie do wykonania, które polega na przywództwie, a więc byciu wzorem męskości, jednoznaczności, walki i wiary. Jesteśmy powołani do bycia przewodnikami. Jednak ci, których dostaliśmy, nie są naszą własnością. Oni należą do Ojca. Bycie przywódcą zawsze obarczone jest pokusą, by stać się paneminnych i wykorzystać swoją pozycję. By żyć kosztem tych, do których zostało się posłanym, by ich nie oszczędzać, ale oszczędzać siebie i swój święty spokój. 

Nasze motywacje nie do końca będą czyste. Będzie w nas zawsze coś z drapieżnego wilka. Dojrzałość polega na tym, by się do tego przyznać i nad tym pracować. Sprawdzianem tego, ile w nas jest zdrowego przywódcy, a ile wilka, jest pragnienie zysku. W Dziejach Apostolskich (20,35) jest napisane: „Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu”. W codziennej refleksji na temat swojego liderowania trzeba więc pytać o to, czy potrafię dawać? Czy sprawia mi to frajdę? Czy może jednak smuci? A co dawać? Swój czas, zainteresowanie, dobre słowo, wsparcie, fizyczną obecność. Życie jest darem, który dostaliśmy: możemy go zachować, a możemy przekazać dalej. To odnosi się także do daru wiary. Ona nie jest nam dana po to, by było nam dobrze, byśmy się czuli lepsi od tych, których nazywamy niewierzącymi, grzesznymi. Wiara jest nam dana po to, byśmy się nią dzielili.

Przywódca to nie jest twardy cyborg, ale mężczyzna, który nie boi się swojej słabości. Siłą tego, który jest postawiony nad innymi i który podejmuje to zadanie, jest wstawiennictwo Jezusa u Ojca. To On sprawia, że mimo naszych często nieoczyszczonych intencji misja się rozwija. Miejscem naszego działania, naszego bycia przywódcami jest świat. W tym świecie mamy działać, a nie od niego uciekać, zamykać się na niego. Tymczasem wielu mężczyzn chrześcijan bardzo lubi podkreślać swoją wrogość wobec świata. Ten kontrast ze światem powinien jednak wypływać nie tyle z naszych uczuć, ile z tego, że idziemy z Jezusem. Jeśli konfrontacja jest pierwsza, to nie jest ona ewangelizowaniem, ale świadectwem ukrytych w nas lęków. Łatwo wziąć Jezusa, Kościół na sztandar przeciw innym. Jezus wyraźnie nie chce nas odgradzać od tego świata, ale daje nam w swojej modlitwie z Wieczernika polisę ubezpieczeniową przed złym. To On się troszczy o nasze bezpieczeństwo. Dziś wielu żyje w opozycji do tego zdania. Zamiast zająć się ewangelizacją – głoszeniem Boga, wolą szukać zła i zagrożeń. Chrześcijański mężczyzna jest przywódcą, który innym pokazuje nie tyle jakieś dobro, w sensie wartości, ile Jezusa Chrystusa, który przyszedł dać nam życie. To Jezus został złożony w ofierze za nas, a więc my nie mamy z siebie robić ofiar, ale mamy pokazywać, że Ofiara została już złożona, że jesteśmy wolni.

Chrześcijaństwo może być niesamowitą przygodą, odkrywaniem każdego dnia siebie, ludzi i świata, a przede wszystkim Boga. To sposób życia, myślenia i postrzegania – bardzo upraszczając, to optymistyczne patrzenie na rzeczywistość. Oczywiście nie chodzi o żadne różowe okulary, ale mając cały czas przed sobą doświadczenie męki, śmierci i przede wszystkim zmartwychwstania Pana, widzę ten świat inaczej. Zdeformowane chrześcijaństwo może być przekleństwem. Może człowieka przycisnąć do ziemi, jeśli staje się tylko systemem religijno-moralnym, narzędziem do oceniania drugiego i biczem na innych.

Pierwsi uczniowie stali się dobrymi liderami w wierze nie dlatego, że byli nieskazitelni i bezgrzeszni, ale dlatego, że wpatrywali się w Zmartwychwstałego. To jest ścieżka postępowania dla każdego mężczyzny – trzeba się najpierw ucieszyć z tego, że Bóg ustanawia nas przywódcami, a następnie zobaczyć, że wpisał w nasze serca misję do spełnienia, że mimo naszych kompleksów, słabości, a nawet grzechów chce, byśmy innym pokazywali Jezusa Zmartwychwstałego. A jeśli widzimy, że się do tego nie nadajemy, to otwiera się przestrzeń na wiarę w to, że w Jego oczach paradoksalnie się nadajemy, że to, co uważamy za trudność nie do pokonania, można pokonać, ale w inny sposób, niż nam się wydaje. Mamy wszystko, co potrzebne, by być dobrymi przywódcami.

Inspiracja

Mężczyzna, który wyznaje wiarę w Jezusa, musi ciągle patrzeć na swojego Pana. Nie po to, by mechanicznie odtwarzać Jego życie. Jezus był jeden, a każdy z nas jest inny. Jezus ma być Kimś, kto każdego z nas inspiruje do szukania swojego sposobu przeżywania męskości. Myślę, że kluczowe są dwa słowa: pasja i cel.

Jezus przez całe swoje życie miał przed oczyma cel, jakim było zbawienie nas, a nie śmierć. Śmierć była skutkiem ubocznym tego, że żył pasją, wszystko robił z miłością i z miłości do człowieka. Ewangelia nie jest opowieścią o człowieku, który wypełnił co do joty z góry określony scenariusz. Zapominamy, że czytamy Księgę napisaną po tych wydarzeniach. Pamiętając o tym, odzyskujemy wolność w myśleniu, decydowaniu i działaniu. I taki właśnie powinien być mężczyzna, który uczy się od Jezusa – ma być człowiekiem szukającym swojego stylu.

W tekście skorzystałem ze swojej książki Męskie serce, WAM, Kraków 2014.

Lider i wojownik
Grzegorz Kramer SJ

urodzony w 1976 r. w Bytomiu – jezuita, pracował w duszpasterstwie powołań. Mieszka we Wrocławiu....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze