Dwa światy Europy
fot. mauve w / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Skrupulatom na ratunek

0 votes
Wyczyść

Elity lewicowo-liberalne powinny zrozumieć, że o ile w świecie chrześcijańskim mogą się czuć bezpieczne, o tyle w muzułmańskim otoczeniu ich życie może być zagrożone. Europa powinna wrócić do korzeni, czyli chrześcijaństwa i kultury chrześcijańskiej.

W Europie nie ma wojny religijnej. To konfrontacja dwóch systemów wartości.

Atak na redakcję francuskiego satyrycznego pisma „Charlie Hebdo” pokazuje, że dla muzułmanów wrogiem jest lewicowo-liberalna Europa, a nie Europa chrześcijańska. Paradoks polega na tym, że to właśnie ta pierwsza Europa przez całe lata traktowała muzułmanów w sposób uprzywilejowany, a polityczna poprawność nie pozwalała nawet krytykować kiepskiej integracji wyznawców Allaha. Pokolenie marca ’68 nie przewidziało jednak tego, że muzułmanom bardziej po drodze będzie z chrześcijanami niż z ateistami. Przynajmniej na razie.

Zapraszamy, ale…

Zacznijmy od oczywistego przypomnienia, że muzułmańscy przybysze są w Europie w dużej mierze pozostałością epoki kolonialnej. Algierczycy i Tunezyjczycy we Francji, a Marokańczycy w Belgii, zaczęli się osiedlać w zachodniej Europie w latach sześćdziesiątych, równolegle z procesem odzyskiwania niepodległości przez kraje afrykańskie i bliskowschodnie. Ich napływ był spowodowany dwoma czynnikami: potrzebą znalezienia taniej siły roboczej przez rozwijające się prężnie gospodarki krajów europejskich oraz pewnego rodzaju zobowiązaniem wobec byłych kolonii (stąd też Kongijczycy w Belgii). Przyjezdni dostali pracę, dodatki socjalne i możliwość życia w o wiele lepszych warunkach materialnych niż w kraju, z którego przybyli. Oczekiwano od nich tylko tego, że będą tanią (w porównaniu z autochtonami) siłą roboczą. W zamian nie stawiano im żadnych warunków, no może poza jednym: awans społeczny imigrantów nie był czymś mile widzianym. Nie żądano od nich, by się zasymilowali kulturowo i cywilizacyjnie. Mogli dalej żyć zgodnie ze swoimi zasadami, wyznawać swoją wiarę i… mieszkać w gettach. Nawet w kraju tak otwarcie laickim jak Francja muzułmanom pozwolono stawiać kolejne meczety. Jednocześnie ich miejsce było na marginesie społecznym: mieszkali w przeludnionych blokowiskach na przedmieściach dużych miast – tzw. dobre dzielnice były raczej nie dla nich. Belgia, a na pewno Bruksela, jest w tym kontekście wyjątkiem, bo tu doszło do większego przemieszania i ludność kolorowa nie mieszka w gettach. Ale i tu przybysze są skazani na bycie pasożytami korzystającymi z pomocy społecznej lub na wykonywanie najmniej wdzięcznych prac.

Zachodnioeuropejscy politycy, którzy w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych chętnie przyjmowali muzułmańskich przybyszy z Maghrebu, nie przewidzieli jednak tempa i skali ich przyrostu naturalnego. I tego, że przybysze ściągną do kraju swoich krewnych. Przez całe lata o problemie z imigrantami nie mówiono. Narzucana przez elity lewicowo-liberalne zasada poprawności politycznej nie pozwalała poruszać tego tematu. Postrzegano go jako przejaw rasizmu i ksenofobii. Rozsądna i przemyślana polityka imigracyjna nie istniała. W efekcie problemem, który z roku na rok coraz bardziej narastał, zajęły się ugrupowania populistyczne i uczyniły go siłą napędową swojej popularności. We Francji jedynie Jean-Marie Le Pen poruszał kwestię złej adaptacji imigrantów, w Belgii skrajna prawica flamandzka: z ich perspektywy imigranci byli rakiem toczącym zdrowe społeczeństwo.

Dziesięć lat temu coś zaczęło się zmieniać. W ciągu dwóch lat nastąpiła sekwencja kilku ważnych wydarzeń. W 2004 roku Unia Europejska powiększyła się o 10 nowych krajów w ramach dużego rozszerzenia. Rok później Francja i Holandia w referendach odrzuciły konstytucję europejską. Oba kraje założycielskie wspólnoty europejskiej wysłały niepokojący sygnał.

Egzamin na emigranta

W Holandii problem pojawił się kilka lat wcześniej, za sprawą charyzmatycznego i niebezpiecznego polityka Pima Fortuyna. To on, wspierany przez antyislamskiego reżysera Theo van Gogha, zaczął otwarcie krytykować tolerancyjną politykę imigracyjno-integracyjną Holandii. „Dotychczasowy model integracji nie zdał egzaminu, od tej pory musimy uzależniać przyznanie obywatelstwa od akceptacji naszego systemu wartości” – głosił Fortuyn. Jego retorykę stopniowo zaczęli przejmować inni, bardziej umiarkowani politycy. Efektem tego było wprowadzenie egzaminów integracyjnych (obejmujących m.in. znajomość języka niderlandzkiego oraz norm obyczajowych obowiązujących w Holandii). Do Holendrów jeszcze bardziej niż filmy van Gogha przemówiła jego śmierć – w 2004 roku zastrzelił go, a następnie poderżnął mu gardło, muzułmanin oburzony bluźnierczymi obrazami (Fortuyn został z kolei zabity w 2002 roku przez aktywistę proekologicznego). Wielu Holendrów uznało wtedy, że Fortuyn miał rację, strasząc islamem. Na ten strach nałożyły się dane demograficzne – podczas gdy przyrost naturalny Holendrów jest z roku na rok coraz niższy, w wypadku przybyszów z krajów afrykańskich i bliskowschodnich ma on wyraźną tendencję zwyżkową. Według oficjalnych danych 60 procent dzieci przychodzących na świat w Rotterdamie jest nieholenderskiego pochodzenia. Politycznym spadkobiercą Fortuyna został Geert Wilders, który przejął antyimigrancką retorykę. Rozszerzył ją jednak także na Polaków i innych przybyszów ze wschodniej Europy. To z inicjatywy Wildersa powstała antypolska strona internetowa, to on zachęca do denuncjowania pracujących na czarno polskich pracowników.

Kampanię wyborczą do Parlamentu Europejskiego Wilders zbudował na dwóch motywach: antyimigranckich nastrojach i eurosceptycznej retoryce. I choć ostatecznie polityk nie odniósł porażającego sukcesu, jego partia okazała się drugą co do wielkości siłą polityczną w Holandii.

Bez burki

We Francji proces zaczął się w podobnym czasie pod kierownictwem Jean-Marie Le Pena. Prawie 10 lat temu ukazała się kontrowersyjna książka Meczety Roissy, w której prawicowy eurodeputowany Philippe de Villiers sugerował, że na lotnisku Charles’a de Gaulle’a pracuje wielu muzułmańskich fundamentalistów, którzy w każdej chwili bez większego wysiłku mogą zorganizować zamach terrorystyczny. Według autora publikacja została oparta na oficjalnych dokumentach wywiadu francuskiego. Podaje on informacje o dużej liczbie muzułmańskich pracowników oraz kilkudziesięciu nieoficjalnych meczetach znajdujących się na terenie portu lotniczego. Ponadto wskazuje, że kontrwywiad francuski wie o zwolennikach ugrupowań fundamentalistycznych, którzy pracują na lotnisku i mają nieograniczony dostęp do bagażu pasażerów.

Czy jednak książka rzeczywiście jest oparta na faktach i autentycznych dokumentach? Francuskie władze wyrażały co do tego spore wątpliwości. W pamięci czytelników pozostanie na pewno obraz muzułmanów jako żądnych krwi i zemsty terrorystów…

Także druga strona zaczęła się radykalizować. Jesienią, blisko 10 lat temu, zapłonęły przedmieścia Paryża i Marsylii. Pretekstem była brutalność policji wobec arabskich nastolatków. Ówczesny minister spraw wewnętrznych, a późniejszy prezydent Nicolas Sarkozy zareagował wzmocnieniem kontrakcji policyjnej. Nazwał protestujących „chuliganami”. Zapowiedział zaostrzenie kursu. Jednym z tego przejawów było natężenie kontroli państwa nad meczetami i imamami. Na tych hasłach Sarkozy oparł kampanię w zwycięskich dla siebie wyborach prezydenckich.

Już za jego rządów Francja przyjęła budzącą duże kontrowersje ustawę, zabraniającą noszenia nakryć głowy i twarzy. Choć zostało to określone w sposób dość enigmatyczny, wiadomo, że chodziło głównie o burki. Wywołało to protesty muzułmanów, którzy uznali przyjęcie ustawy za prowokację i atak na ich zwyczaje. Nowe prawo zostało jednak wprowadzone, a niestosujące się do niego kobiety muszą się liczyć z mandatami wynoszącymi ponad 100 euro.

Jestem NIE Urbana

Za największą prowokację muzułmanie zgodnie uznali karykatury ukazujące się w magazynie „Charlie Hebdo”. Haseł o wolności słowa i ekspresji twórczej nie przyjmowali do wiadomości. Już kilka lat temu doszło do ataku na redakcję gazety. Od tej pory dziennikarze mogli liczyć na ochronę policyjną. Ten przypadek jest jaskrawym potwierdzeniem niezbyt popularnej nad Sekwaną tezy, że konflikt w Europie Zachodniej toczy się nie między islamem a chrześcijaństwem (choć nie wykluczam, że to może być kolejny etap), lecz między islamem a kulturą laicką. Ciekawym potwierdzeniem tego jest przykład potężnych manifestacji, które przeszły kilka miesięcy temu ulicami Paryża i innych dużych miast francuskich – przeciwko małżeństwom homoseksualnym i zrównaniu ich w prawie z małżeństwami heteroseksualnymi. W jednym szeregu szli muzułmanie, chrześcijanie, ortodoksyjni Żydzi, a nawet buddyści. Połączył ich podobny system wartości.

Pamiętam rozmowę sprzed wielu lat z bośniackim muzułmaninem, właścicielem pensjonatu w Sarajewie, w którym się zatrzymałam. „Was katolików i w ogóle chrześcijan mogę nie lubić, ale was szanuję. Bo tak jak my macie swojego Boga, swoje wartości, które są zbliżone do naszych, i wiarę. Dla nas muzułmanów jedynym gatunkiem człowieka, który nie zasługuje na szacunek, są ateiści. Bo tylko psy nie mają religii”. Oczywiście to słowa jednego człowieka, upraszczające problem, ale myślę o nich od dawna. Kilka lat później podobnie mówił mi marokański taksówkarz w Brukseli.

Zadajmy pytanie, co zachodnia, nowoczesna Europa oferuje muzułmanom? Jakie wartości? To, co uważane jest za zdobycz cywilizacyjną, czyli związki w ramach jednej płci, małżeństwa homoseksualne, łatwy dostęp do aborcji, in vitro, zalegalizowaną eutanazję i prostytucję, emancypację kobiet, epatowanie nagością – czyli wszystko to, co dla muzułmanów jest nie do zaakceptowania.

Konflikt między muzułmanami a liberalno-lewicowym otoczeniem będzie narastać, bo między tymi dwiema społecznościami, a raczej między tymi dwoma światami nie ma wspólnej płaszczyzny. Nie ma nic, co mogłoby je połączyć. Wina jest po obu stronach.

Winą muzułmanów – choć oczywiście nie wszystkich – jest brak chęci dostosowania się do nowych warunków. Pewne rzeczy mogą im się nie podobać, ale powinni respektować choć minimum zasad obowiązujących w kraju, do którego się udają. Kiedy Europejczycy odwiedzają państwa muzułmańskie, starają się szanować tamtejsze reguły: kobiety unikają krótkich spódnic i głębokich dekoltów, nie noszą ostentacyjnie krzyżyków na szyi, nie wchodzą do meczetu. Nie wspomnę już o tym, że pomysł budowy kościoła katolickiego, np. w Arabii Saudyjskiej, to coś więcej niż abstrakcja. A tymczasem w laickiej Francji czy oficjalnie katolickiej Portugalii muzułmanie nie mają problemów z budową meczetów.

Wina jest też oczywiście po drugiej stronie: rysunki publikowane w „Charlie Hebdo” to jawna prowokacja i bluźnierstwo. Choć, rzecz jasna, atak na redakcję był czymś niedopuszczalnym. W przypadku wydarzeń wokół „Charlie Hebdo” stało się kilka złych rzeczy. Po pierwsze, złem były same karykatury. Jeszcze większym złem był zamach dokonany na dziennikarzy. Złem wreszcie była reakcja na to. Bo doszło do połączenia dwóch kwestii: potępienia zamachu i identyfikacji z pismem i jego linią. Slogan, parafrazujący wyświechtany do granic możliwości bon mot prezydenta Kennedy’ego „Jestem Charlie” – można bowiem odczytać nie tylko jako współczucie dla ofiar i ich rodzin, ale utożsamienie się z tym, co reprezentowało pismo. A już zupełnie niedopuszczalne jest zmuszanie dzieci muzułmańskich we francuskich i belgijskich szkołach do powtarzania „Je suis Charlie”. To tak jakby, nie przymierzając, w polskich szkołach dzieci miały powtarzać „Jestem NIE Urbana”. Nie można oczekiwać od muzułmanów, że się z tym utożsamią. Podział na tych, którzy „są Charlie”, i tych, którzy „nie są”, pogłębi przepaść miedzy islamskimi a nieislamskimi mieszkańcami Francji.

„Francja jest i pozostanie laicka. Jej laickość jest fundamentem, który nam wszystkim umożliwia wspólną egzystencję” – deklarował prezydent François Holland już po zamachu na redakcję. Słowa te adresowane są głównie do muzułmanów i stanowią ostrzeżenie. Atak na redakcję utwierdził Francuzów w przekonaniu, że islam rzeczywiście jest zagrożeniem dla Francji i jej status quo. Przysporzył popularności Frontowi Narodowemu i zwiększył szanse na wygraną w wyborach prezydenckich Marine Le Pen. Może ona teraz powiedzieć zgodnie z prawdą, że reprezentuje poglądy, z którymi zgadzają się nie tylko rasiści i islamofobi.

Co mówiła Oriana Fallaci

Muzułmanie w Europie żyją i stanowić będą coraz większą część społeczeństwa. Najwięcej jest ich we Francji, Belgii, Hiszpanii, nie ma zachodnioeuropejskiego kraju, w którym nie stanowiliby co najmniej 3–4 procent populacji. Często są to dane zaniżone, bo wielu z nich nie jest oficjalnie zarejestrowanych. Biorąc pod uwagę wysoki przyrost naturalny wśród wyznawców islamu i niski wśród pozostałych obywateli tych państw, proporcje będą się zmieniać w coraz szybszym tempie. To, co pisała po zamachach na nowojorski World Trade Center Oriana Fallaci, staje się coraz bardziej realną wizją przyszłości. Fallaci ostrzegała, że Europa stanie się Eurabią. Wściekała się na europejską spolegliwość i oddawanie pola. Roztaczała wizję kościołów przemienianych na meczety. Wtedy większość krytyków uważała, że Fallaci jak zwykle przesadza i histeryzuje. Ale jej wizja zaczyna być prawdą. Niedawno byłam w hiszpańskiej Kordobie. Jednym z najstarszych zabytków jest Mezquita – pierwotnie był to kościół katolicki zbudowany na fundamentach świątyni rzymskiej. Po zdobyciu Kordoby przez muzułmanów został przerobiony na meczet. Po odzyskaniu miasta przez chrześcijan budynek ponownie stał się katedrą. Zastanawiałam się, kiedy znów będzie w nim meczet. Inna sprawa, że w Belgii, Holandii kościoły przerabiane są nierzadko na dyskoteki lub kluby nocne. I nie wiem, czy z dwojga złego nie byłoby lepiej, żeby były meczetami.

Rzeczywistość opisywana przez Fallaci jest prawdziwa. Pytanie, jaka będzie przyszłość? Co się stanie, gdy muzułmanie staną się większością? I jak na to wszystko wpłynie zagrożenie związane z tzw. Państwem Islamskim? Czy muzułmanie, którzy staną się większością i ulegną radykalizacji, za kolejny cel ataku po liberalnych ateistach uznają chrześcijan?

Kraje unijne dopiero teraz tworzą politykę imigracyjną i mówiąc o klęsce dotychczasowego modelu integracji, zastanawiają się nad innymi wariantami. Ale na to jest już bardzo późno, o ile nie za późno. Ciekawą alternatywę przedstawił kilka lat temu Richard Pipes. Jego zdaniem, Europa powinna wrócić do korzeni, czyli chrześcijaństwa i kultury chrześcijańskiej oraz postawić na napływ imigrantów z Ameryki Południowej, którzy są chrześcijanami o wiele bliższymi nam kulturowo. By to się stało, musi zniknąć potężna niestety chrystianofobia. Zaś elity lewicowo-liberalne powinny zrozumieć, że o ile w świecie chrześcijańskim mogą się czuć bezpieczne, o tyle w muzułmańskim otoczeniu ich życie – co pokazał przykład „Charlie Hebdo” – może być zagrożone, a oni sami będą pierwszymi celami ataków.

Dwa światy Europy
Dominika Ćosić

urodzona w 1976 r. – absolwentka filologii serbsko-chorwackiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, dziennikarka, publicystka, korespondentka polityczna w Brukseli TVP i DSA (Indie). Autorka książek, m.in. przewodnika po Bałka...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze