Dramat porównań

Dramat porównań

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Marka

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Opowieści z Narnii: Lew, Czarownica i stara szafa, reż. Andrew Adamson, wyst. Georgie Henley, William Moseley i inni, USA 2005

Biografia i dorobek twórczy dwóch bliskich przyjaciół — Tolkiena i Lewisa — mają tyle punktów stycznych, że trudno się uwolnić od porównań Władcy pierścieniOpowieści z Narnii. Obu przyświecała ta sama ambicja — przywrócić chrystianizm pod zlaicyzowane strzechy za pomocą fantastycznych światów. Ich filmowe odpowiedniki także skłaniają do porównań. Dla dobra Narnii — nie powinny.

Opowieści z Narnii mogą oglądać już siedmiolatki, Władcę pierścieni, ci, którzy ukończyli 13 lat. Zupełnie słusznie, ponieważ dzieło Tolkiena i ekranizacja Jacksona przeznaczone są dla dojrzalszego czytelnika i widza. To byłby wystarczający powód, by filmów nie porównywać — z perspektywy dorosłego odbiorcy głębia przedstawionego świata jest w nich różna. W tym kontekście Opowieści tracą. Moim problemem jest jednak uwikłanie w sieć wzajemnych odniesień, przed którymi — przyznaję szczerze — uciec nie potrafię. Jeśli przyjmuję tak osobisty tryb oceny filmu (przeze mnie samego najmniej ceniony w krytyce filmowej), to z jakimś silnym wewnętrznym przekonaniem, że ów „dramat porównań” to problem przynajmniej części widzów. Z mojej indywidualnej perspektywy Opowieści Adamsona pojawiły się w momencie najgorszym z możliwych. Po pierwsze, po filmach Jacksona. Po drugie zaś, po obowiązkowej lekturze pierwszej części Opowieści Lewisa (wieczory z dziećmi!). Po raz kolejny przekonuję się, że chodzenie na ekranizacje od razu po przeczytaniu pierwowzoru to zajęcie chybione. Adaptacja filmowa to dzieło wirtualne, tworzy się w umyśle widza podczas projekcji jako składowa dwóch elementów: zapamiętanego tekstu literackiego i aktualnie oglądanego obrazu. Niszczy to odbiór filmów, których siła zasadza się na narracji, opowiadaniu historii. Dzieje się tak z prostych powodów: 1) nie wciągam się w akcję, bo znam jej fabularny przebieg; 2) podczas projekcji z uporem maniaka identyfikuję postaci i miejsca ledwie co wyczytane z kart książki i konfrontuję ich wyobrażony kształt z fotograficzną dosłownością.

Opowieści z Narnii, by nie znudzić jako widowisko filmowe, muszą oczarować widza dorosłego fabułą. Najlepiej więc iść na film nie przeczytawszy książki, ewentualnie w dość znacznej odległości czasowej od lektury (podobnie i w drugą stronę — o ile nie chcemy, aby Biała Czarownica na zawsze miała twarz Tildy Swinton).

* * *

Porównywanie z ekranowym Władcą pierścieni przynosi skutki dużo poważniejsze. Film Lew, czarownica i stara szafa wypada blado w konfrontacji z którąkolwiek z części trylogii Jacksona z powodów w dużym stopniu niezależnych od procesu adaptacji, a więc niezależnych także od starań ekipy realizacyjnej. Wbrew pobieżnym analogiom książki Tolkiena i Lewisa znacznie się od siebie różnią — przynajmniej jeśli chodzi o filmowy potencjał zawarty w obu. Dzieło Tolkiena jest bardziej profilmowe niż książki Lewisa.

Colin Duriez, wielki admirator Opowieści z Narnii, w swej niedawno wydanej książce napisał: „Przyjaciel Lewisa J. R. R. Tolkien odnosił się do Opowieści krytycznie, ponieważ czuł, że są zbyt alegoryczne. Lewis kilka razy zaprzeczał, jakoby pisał alegorię; był uczulony na ten zarzut”. W odniesieniu do pierwszej części Opowieści w zarzucie Tolkiena jest wiele racji. Jeśli przyjąć słownikową definicję alegorii jako obrazu mającego poza znaczeniem dosłownym sens przenośny jednoznacznie określony (różny od symbolu, który jest wieloznaczny), czytanie Lewisa (a zatem i oglądanie filmu Adamsona) jest w duży stopniu ciągłym rozwiązywaniem zagadek z jedną odpowiedzią. Sam Lewis pisał: „Ścisła alegoria jest jak łamigłówka z rozwiązaniem” — i raczej nią pogardzał. Ale właśnie jego opowieść (a za nią film) przesycone są alegoriami łamigłówkami, i to niezbyt trudnymi do rozwiązania dla dziesięcioletniego nawet odbiorcy. Oczywistość Aslana jako Chrystusa jest tak wielka, że ociera się o dosłowność.

Jednak nie dosłowność jest ostatecznie najważniejsza (choć jest jej sporo, jeśli pamiętamy owych „synów Adama i córki Ewy” czy Świętego Mikołaja). Większą słabością jest samo porównywanie, ciągłe budowanie intelektualnej relacji między naszym światem i światem Narnii. Zamiast całkowicie zanurzyć się w spójnym, zamkniętym, symbolicznym i angażującym emocjonalnie świecie wyobraźni (jak u Tolkiena) — porównuję, rozwiązuję, nawiązuję (relację), odczytuję i deszyfruję. Zamiast filmowej emocji, jest filmowy rebus, zamiast „afektywnie”, jest „efektywnie”. Tak to odczuwałem, czytając książkę (w mniejszym stopniu), tak to odbierałem, oglądając film (dużo bardziej).

Oczywiście — z punktu widzenia pedagogiki chrześcijańskiej (zwłaszcza jeśli odbiorcą są dzieci, najważniejsi, bądź co bądź, adresaci świata Narnii) bliskość alegorii do Biblii i Tradycji jest wartością nadrzędną (a dla rodzica wręcz nieocenioną — doskonale wtedy tłumaczy się np. ofiarę Chrystusa).

Tymczasem, jak pisał sam Lewis, „dobry romans [tak określał dzieło prawdziwej wyobraźni, np. fantasy] jest jak kwiat, którego zapach przypomina o czymś, czego nie potrafisz dokładnie umiejscowić”. I podziwiał Władcę pierścieni. Środziemie Tolkiena jest symboliczne, bez znaczeniowej nachalności (autor ledwie sugeruje skojarzenia, nie narzuca ich), ma „wewnętrzną logikę rzeczywistości”, jest więc tym, co sam Tolkien nazwał podstworzeniem, światem wtórnym. „Jest to wymyślony, inny świat, który jest całkowicie spójny i wiarygodny na swoich własnych wewnętrznych zasadach”. Tego stopnia wewnętrznej spójności brak Narnii, bo wciąż jest rozrywana dość oczywistymi nawiązaniami i porównaniami. I to istnienie dwóch alternatywnych światów — naszego i narnijskiego — wpisane jest także w samą fabułę Opowieści. Wszelkie oznaki przejścia z jednej rzeczywistości do drugiej (w pierwszej części — stara szafa) podkreślają tylko to rozdarcie między dwoma światami. U Tolkiena (i u Jacksona) wskakujesz w podstworzenie i zapominasz o „stworzeniu”. Dopiero gdy wyjdziesz ze świata wtórnego, z tego wszechogarniającego mitu — próbujesz odnaleźć głębszy, mocno ukryty sens (i z wielką ostrożnością w dźwiganiu Pierścienia — jako znaku grzechu — odnajdujesz znak dźwigania krzyża).

Z punktu widzenia widowiska filmowego — im świat bardziej alegoryczny (czytaj „przeintelektualizowany”), tym zimniejszy odbiór. Im zaś świat bardziej symboliczny, spójny, i „własny”, tym większe wrażenie realności. Jako widowisko fantasy Jacksona bierze górę nad alegoryczną baśnią Adamsona.

Dodać trzeba na koniec, że Jackson jest lepszym filmowcem — jego dzieło jest bardziej dynamiczne (jeśli chodzi o montaż i pracę kamery), efekty specjalne bardziej realistyczne i przekonywające (co zaskakuje, bo to w końcu Adamson jest twórcą Shreka), aktorzy — lepiej prowadzeni (nie podpisuję się pod chórem tych, którzy grę dziecięcych aktorów czy Tildy Swinton opisują jako bardzo dobrą czy wręcz rewelacyjną). Nawet to, że dzieło Jacksona (za Tolkienem) ma epicki rozmach, zaś film Adamsona (za Lewisem) to kameralna opowieść o losie kilku postaci z zaledwie epickim tłem, przemawia za filmowym światem Śródziemia — horyzont bowiem tego makroświata jest znacznie szerszy.

Dramat porównań
Krzysztof Kornacki

urodzony w 1970 r. w Gdańsku – polski nauczyciel akademicki, doktor habilitowany, prof. nadzwyczajny Uniwersytetu Gdańskiego, filmoznawca, pracownik Katedry Kultury i Sztuki Instytutu Filologii Polskiej, specjalizuje się w historii kina polskiego, autor książki Kino pols...