Szanowny Lwie

Szanowny Lwie

Wielu rzeczy dowiedziałem się o Tobie, Lwie, ale gdybym miał powiedzieć, co mnie w Tobie najbardziej zachwyca, to muszę Ci wyznać, że jest to delikatność ściganego zwierzęcia.

Szanowny Lwie,

piszę do Ciebie. Piszę, choć stary Arthur, który jest katechetą w misji Kościoła szkockiego i ma głowę pełną diabłów, słysząc o tym pomyśle, nazwał mnie skończonym i nieczystym głupcem, i poganinem.

— Jak możesz! — krzyczał na całą misję, potrząsając przy tym nad moją głową swoim chudym jak zeschły badyl ramieniem. — Jak możesz zawracać głowę komuś tak potężnemu swoimi bazgrołami na piasku!

Tu splunął obok mnie, aż podniósł się obłoczek kurzu, i jakby się na chwilę rozpogodził.

— Widzisz, mój mały, ty nawet nie znasz adresu, a poza tym — kontynuował dobrotliwym głosem kaznodziei — On i tak wszystko o tobie wie. Wszystko!

I tak machnął ręką, że — przysięgam Ci — gdyby stał nad Morzem Czerwonym, rozdzieliłby je niechybnie na dwoje, a ponieważ otaczało nas tylko rozgrzane, gęste powietrze, wsunął się w tak oto uczynioną szczelinę, która zaraz za nim się zamknęła, i zniknął. Jeszcze tylko z oddali grzmiał jak odchodząca w stronę gór Ngong burza: i jak ty się do Niego zwracasz?! Skąd w tobie tyle pychy i śmiałości, które w tobie są pewnie jednym!

Cóż złego robiłem, Lwie? Nic a nic. Przyznam, szukałem dla Ciebie godnego imienia, bo kucharz Kamate, który służył naszej Msabu na farmie u stóp gór Ngong i tam zasłynął, gotując dla Bwana Berkeley Cole rybę w białym winie, dla syna sułtana świński sos, a dla innych białych sos „pioruna, który uderzył w drzewo” albo sos „siwego konia, który zdechł”, nie miał na podorędziu żadnego dostojnego, wymyślonego na tę właśnie okazję pisania tytułu, który mógłby Cię ucieszyć. Pomyśl — on, który pisał później jeden, drugi, trzeci i czwarty list zawsze rozpoczynający się od „Szanowna Mesahib”, on, który był chrześcijaninem i nie bał się nosić i myć zmarłych, stąpać po wężach, on, który zostawszy chrześcijaninem, posiadł tę wielką i zachwycającą siłę, która pozwalała mu odczuwać zadowolenie już nie tylko z niepowodzeń innych, ale i swoich własnych.

Zwróciłem się o pomoc do pobożnego mahometanina Ismailia, który był wziętym myśliwym i który nigdy nie dotknął psa, i który nosił duży sztucer i „młody” sztucer za Msabu. Powiedział, że jeśli kiedykolwiek — bo któż to może wiedzieć — będzie miał przywilej napisania do Msabu z daleka, nawet z bardzo daleka, z tak daleka, żeby on, Ismail, mógł podziwiać, pragnąć i kochać Msabu, a ona, żeby nie mogła tego widzieć i nie pogardziła tym podziwem lub — co gorsza — nie rozgłosiła tego wśród myśliwych, to on, Ismail, rozpocznie list do niej właśnie tak: „Szanowna Lwico”.

Wydawało mi się, że już niczego lepszego nie doczekam się ni od Kamate, ni od Ismailia. Czyż ktoś, kto od dawna układa list rozpoczynający się od „Szanowna Mesahib” albo „Szanowna Lwico”, może wymyślić dla mnie jeszcze piękniejszy tytuł? Sam dobrze wiesz, Szanowny Lwie, że to niemożliwe. Tylko dlaczego stary Arthur tak się pieklił? Czyż nigdy nie słyszał, że niektórzy biali postrzegani są przez nas równocześnie jako ludzie i zwierzęta? Czyż nie zna i nie widział Ryby, Żyrafy, Tłustego Wołu i Kulawego Lamparta?! Widział, wszyscy to potwierdzą. A Ty przecież jesteś biały — tak przynajmniej twierdzi stary Arthur. Być może więc się lęka, że przestaniesz go kochać albo będziesz mniej kochać, gdy zaczniesz mi sprzyjać, gdyż wiem to na pewno, że spodoba Ci się mój tytuł. Wcale jednak nie chcę, żebyś mniej kochał starego Arthura. Nie wydaje mi się, że jesteś podobny do innego białego (choć, szczerze mówiąc, wszyscy jesteście jak dwie krople wody, no może Mesahib jest bardzo inna), którego nazywamy „Jedno Nakrycie”, bo nawet najstarsi nie pamiętają, by kogokolwiek zaprosił na długie jedzenie.

Szanowny Lwie, nie gniewaj się, ale nie wydaje mi się, żebyś wiedział wszystko i na dodatek wiedział wszystko o mnie. Nie trzeba wiedzieć wszystkiego, bo wszystko to także to, co zechce mi się zrobić. I jeśli Ty już wiesz, co zechce mi się zrobić, a ja tuż przed tym, co zechce mi się zrobić, mówię sobie: nie zrobię tego, to twoja wiedza nie jest nic warta. Albo jeśli zaczniesz w gęstwinie przypominać sobie wszystko, co wiesz — nigdy nic nie upolujesz; jeśli gotując fasolę, będziesz pamiętał o wszystkim — twoje dzieci pójdą spać głodne. Nie chcę przez to powiedzieć, że najmądrzejsi są ci, którzy mają pusto w głowie, o, nie! Myślę tylko, że jedyne, co warto wiedzieć, to skąd się pochodzi, jakie jest imię ojca i jego ojca, imię matki i jej matki. Czy znasz prawdziwą historię o rybie, która chciała wiedzieć wszystko i wystawiła swoją głowę nad wodę, i oniemiała? Tak mówią starsi, ale mnie się wydaje, że ona nawet zdechła.

Szanowny Lwie, powiem Ci, jak się nazywam, bo być może przyjdzie Ci kiedyś chęć zawołać na mnie, nie żebym był Ci na coś przydatny, ale możesz sprawić ogromne wrażenie i uniknąć śmiechu, jeśli poprawnie wymówisz moje imię. Nazywam się Karomenya. To ja kradłem cukier i papierosy w domu Msabu i rozdawałem dzieciom. To ja ułożyłem kamienie sprzed domu Msabu w wielką górę, choć Msabu nie rozumiała, że kamieniom nic nie szkodzi być razem, bo są takie same z wierzchu i w środku, ustawiła je więc jeden za drugim, oddzielnie, choć wokół nie było ostrych traw, tylko szeroka droga, jeden za drugim, jakby kamienie były wojownikami Masajów i szły na polowanie. To ja, Szanowny Lwie, biłem dzieci pałętające się zawsze przy farmie Msabu, bo jestem silny. Mógłbym Cię podnieść i nieść Cię aż na plantację kawy. Albo nawet tak ścisnąć Twoją dłoń, że stałaby się całkiem czarna jak dwie dłonie białego „Człowieka Samochodu”, który czasami odwiedza Msabu. Jeślibyś chciał powiedzieć: znam mnóstwo chłopców, których rodzice nazwali Karomenya, to śpieszę Ci powiedzieć, że mnie jednemu Msabu ofiarowała kiedyś gwizdek na psy. Czy teraz już mnie poznajesz? Nosiłem go zawsze na szyi i zwoływałem nim psy Msabu, kiedy tylko zechciałem. Wypuszczałem je zawsze bardzo daleko i kiedy już szykowały się do następnego skoku — ostro gwizdałem. Szkoda, że nie widziałeś tego, Lwie. One zastygały w powietrzu i choć były bardzo chude, chudsze niż szakal, chudsze niż gepard, zdawało mi się, że zaraz rozpękną się na kawałki — tak napinały swoje mięśnie, o tak, jeden porządny gwizd unieruchamiał je i zamieniał ich krew w parujący przez ich pyski wrzątek. Zginąłbym marnie, gdybym pozabijał psy Msabu — czy człowiek „Jeden Nabój” nie przyszedłby po mnie w nocy?! — ale nie dlatego wyrzuciłem gwizdek w lesie. Wyrzuciłem go, kiedy postanowiłem zostać chrześcijaninem. Stary Arthur pouczył mnie, że Ty każdemu ofiarujesz nie gwizdek na psy, ale biały kamyk z wyrytym na nim imieniem, i że biały kamyk z imieniem kłóci się z gwizdkiem na psy, to znaczy ludzie nie będą dobrze wiedzieć, do kogo należę — czy do Msabu czy do Ciebie, Lwie. I jak mnie jeszcze pouczył — nie można należeć i do Msabu, i do Ciebie. Tak mówił, bo wcale nie wie, że ja mógłbym tylko udawać, że należę do Msabu, albo dałbym jej tylko kawałek mnie, na przykład lewą rękę, która jest słabsza. Ale, Szanowny Lwie, mówiąc szczerze, wyrzuciłem gwizdek w lesie, bo był już nieprzydatny do niczego.

Kiedy zacząłem myśleć o Tobie, czułem się jak ryba, która wystawiła z wody głowę. I do głowy weszły jedna po drugiej rzeczy, potem wskoczyły chude psy. Wcale już nie potrzebowałem otwierać oczu, gwizdać na psy, rzucać im daleko kije, bo były teraz wszystkie na wyciągnięcie ręki, przychodziły i odchodziły, kiedy chciałem. Mówiłem nawet: „Chcę, abyście miały jeszcze bardziej błyszczące oczy i wilgotne nosy”. I spełniało się. Nie wiem tylko, dlaczego, posiadając to wszystko, chciałem umrzeć. Rzeczywiście, nie miałem już gdzie wracać. Bardzo lubiliśmy odwiedzać dom Msabu i oglądać tam zgromadzone ciasno śmieszne przedmioty, wielu z nas czekało, aż z zegara wyskoczy po ziarna ryżu śmieszny, żywy ptak, ale zawsze potem wracaliśmy do siebie. Wracaliśmy, kiedy tylko przyszła nam na to ochota. Wracaliśmy do naszej wody i lasu. A tam rzeczy i ludzie, i zwierzęta, i drzewa były takie, jakie je pozostawiliśmy jeszcze przed chwilą, to znaczy, Szanowny Lwie, wiedzieliśmy, czego się po nich spodziewać, a jeśli nawet pod skórą czuliśmy, że choć są z nami jednym, mogą nas zjeść, pożreć, spalić i poszarpać, to się zgadzaliśmy na to. Kiedy czuliśmy, że przychodzi czas, żeby to one były jedzone, pożerane, spalone i szarpane, błagaliśmy je o to i — przysięgam Ci — zastygały wtedy w powietrzu jak chude psy Msabu na dźwięk gwizdka. I braliśmy je do rąk, nabierali w usta, zakładali na ramiona, połykali i rozdzierali: one nie mogły wyjść z nas, a my z nich, byliśmy po nasyceniu jednym wielkim brzuchem, jednym wielkim okiem, jednym wielkim uchem. Lecz nigdy, przenigdy nie byliśmy jedną wielką głową.

I wielu innych rzeczy dowiedziałem się o Tobie, Lwie, ale gdybym miał powiedzieć, co mnie w Tobie najbardziej zachwyca, to muszę Ci wyznać, że jest to delikatność ściganego zwierzęcia. Powiedziałem o tym Msabu, wtedy ona klasnęła w dłonie, powiedziała: „Co za przypadek!” i zakreśliła w swojej książce czerwonym ołówkiem te słowa, które Ci teraz pokazuję, bo książkę jej niedawno ukradłem: „Kościół katolicki stworzył system możliwy tylko dla świętych, stąd jego odwieczna potęga. Jego definicja dobra jest wąska, stworzona nie po to, by wychowywać sklepikarzy. Wzniosła moralność musi być tolerancyjna, gdyż tylko ci, których pokonała, wyznają jej zasady, a tacy muszą żałować grzeszników. Poza tym musi przybrać w ich umysłach formę czegoś osobistego — dać im spokój odkrywców i uprzejmość żołnierzy”. Czy myślisz, że ja to naprawdę tak powiedziałem?

Chociaż podziwiam i to w Tobie, co i inni z nas w Tobie podziwiają: twoją bezgraniczną siłę wyobraźni. Po pierwsze, nie wiemy, czego można się po Tobie spodziewać, i w tym nie jesteś podobny do lwa, ale do jelenia. Taki zresztą był Twój ojciec. Ja, Karomenya, nie jestem inny niż wszyscy, wystarczy, że ktoś zacznie opowieść słowami: „Był sobie człowiek imieniem”, a rzucam wszystko i biegnę zająć miejsce w pierwszym kręgu słuchaczy. Uwielbiamy historię Hioba, która zaczyna się słowami o bogactwie, wszyscy wtedy mlaskają i biją się po bokach, ale później i później, i jeszcze później, gdy historia biegnie do przodu, też mlaskamy i bijemy się po bokach, bo nikt z nas nie mógłby wymyślić czegoś podobnego, czegoś podobnego, co dla Bwana Hioba wymyślił Twój ojciec. Po drugie, twoja wyobraźnia jest jednak podobna do naszej — a jak tu nie podziwiać czegoś, co należy do nas? Choć nie możemy się z Tobą równać, to jednak patrzysz na świat podobnie jak my, a jak się patrzy, tak się i mówi, Lwie. Biali zawiesili Cię wysoko na dwóch skrzyżowanych kawałkach kija, więc doskonale wiesz, dlaczego na jedną mulicę wołamy Łyżka, choć Msabu w skrytości serca sądzi, że jesteśmy pomyleni. Przyznaj, z góry mulica wygląda jak wielka, wielka łyżka. A wół Malinda? Czyż nie dlatego nazywamy go Spódnicą, że jego sierść nosi kolory spódnic naszych kobiet? Czyż z góry nie wyglądamy wszyscy jak dzieci? Czyż z tak wysoka oglądane wszystkie kolory ziemi nie zbiegają się w jeden, tak że trudno odróżnić trawę od chmury szarańczy? Czy z góry nie wyglądamy wszyscy jak biegające szczury? Stary Arthur mówi, że nawet one mogą mieć nadzieję, Lwie, jeśli tylko na wiosnę wyniosą się ze spichlerzy misji Kościoła szkockiego.

Bez końca patrzyłbym na Ciebie, Lwie. Gdybyś jeszcze był pięknie ubrany jak Bwana Tembu, ale nie. Ten kawałek szmaty na biodrach i przybite do kija ręce. Gdyby oni wiedzieli, że tak nie robi się lwu, gdyż lew po strzale musi jeszcze wszystkimi czterema łapami odbić się od ziemi i wysoko podskoczyć do góry. Zaryczeć, jęknąć. Zamruczeć, oblizać językiem krew cieknącą z nosa, runąć, rozrzucić na boki łapy. Tak nie robi się lwu, i wielu innych rzeczy nie wolno robić na tej ziemi, nie wolno pluć w ogień, nie wolno przebijać włócznią człowieka kucającego za potrzebą. A jednak jesteś dumny, nigdy nie widziałem kogoś podobnie dumnego, gdybyś chciał się tylko odezwać… Byłby to grzmot, pomruk po uderzeniu pioruna. Gdybyś chciał ukazać ogień mieszkający w Tobie. Byłaby to ściana ognia podobnej tej, którą widział niegdyś Kamate, wtedy to zbudził Msabu słowami: „Msabu, myślę, że powinnaś wstać. Myślę, że Bóg nadchodzi”.

Dlaczego zwiesiłeś głowę, Szanowny Lwie? Śpisz? A może rozmyślasz nad swoim życiem albo wymyślasz kolejną historię do Twojej czerwonej książki z zieloną wstążką? O, tak, spodobała mi się Twoja książka. To dobra książka, trzyma się kupy, i wiatr nie roznosi białych kartek trochę tu, a trochę tam. Tak, to dobra książka. Zrobiona w Europie. A Twoje w niej historie zawsze dobrze się rozpoczynają. Kończą się zaś najczęściej źle — tak mówi stary Arthur, i pewnie tylko dlatego Kamate całuje ją zawsze z taką czcią. Ale przecież masz prawo wymyślać, co tylko Ci się podoba, bo ta książka należy do Ciebie.

Żegnam Cię. Twój Karomenya

Szanowny Lwie
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...