Dobrze, że jestem
fot. joanna kosinska / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Święty Józef. Niedopowiedziana historia

0 votes
Wyczyść

Poczucie własnej wartości, w odróżnieniu od samooceny, nie ma związku z osiągnięciami i umiejętnościami, lecz wynika z samego faktu, że się istnieje. Jest pierwotne, dotyczy najgłębszego rdzenia naszego człowieczeństwa.

Na początek kilka oczywistości.

Wszyscy wiemy, że chwalenie wzmacnia poczucie własnej wartości. Gdy dziecko podbiega do nas z rysunkiem, trzeba więc powiedzieć, że jest ładny. Dziecko czuje się bowiem kochane, gdy doceniamy jego działania i wysiłki.

Niestety, wszystkie powyższe zdania są fałszywe. Poczucie własnej wartości rządzi się nieco innymi prawami.

Jakimi?

Między poczuciem własnej wartości a wiarą w siebie

Psychologia lubi komplikować proste z pozoru sprawy i ubierać w złożone definicje to, co i tak intuicyjnie wiemy. Kto ma tego świadomość, nie będzie zdziwiony, czytając publikacje na temat samooceny i poczucia własnej wartości. Napotka w nich bałagan definicyjny i wachlarz wzajemnie się wykluczających wyjaśnień. Według części autorów poczucie własnej wartości i samoocena to synonimy, według innych jedno jest częścią składową drugiego, jeszcze inni uznają, że oba te konstrukty są zupełnie od siebie niezależne. Dodatkowo zaś może się okazać, że wskutek niedostatecznej czujności leksykalnej tłumacza czytamy o samoocenie, choć w oryginale chodziło o poczucie własnej wartości lub odwrotnie.

Chcąc zwięźle opowiedzieć o tym, czym jest, skąd się bierze i na co ma wpływ poczucie własnej wartości, bardzo uproszczę te teoretyczne dociekania. W sukurs przychodzi tu Jesper Juul, duński terapeuta i autor poradników (wywiad z nim ukazał się w czerwcowym wydaniu „W drodze”), niezwykle ostatnio popularny, zwłaszcza w periodykach i serwisach – excusez le mot – parentingowych. Jego sława wzbudzała dotąd moją nieufność, a tytuł książki (Twoje kompetentne dziecko, MiND) przywodził na myśl irytujące seriale obyczajowe, w których dzieci zawsze są mądrzejsze od dorosłych i zawstydzają ich swoją przenikliwością oraz szlachetnością. Tymczasem się okazało, że jest to jedna z tych nielicznych książek, które mają rzeczywisty potencjał poprawiania relacji między rodzicami a dziećmi.

Juul wyraźnie rozróżnia w niej poczucie własnej wartości oraz wiarę w siebie i opisuje opłakane skutki mylenia tych dwóch pojęć. Pokazuje, jak tyle desperacko, co bezskutecznie inwestujemy w wiarę w siebie naszych dzieci, niechcący zaniedbując przez to sprawę o wiele istotniejszą, czyli ich poczucie własnej wartości.

Na czym polega różnica? Wiara w siebie wiąże się z samooceną, czyli porównywaniem siebie do ideału w wielu różnych wymiarach i aspektach. Dotyczy naszych działań i ich wyników: tego, jak oceniamy swoje zdolności i szanse na sukces. Gdy jest wysoka, czujemy się silni, skuteczni, zdolni i wierzymy, że nam się uda. Dlatego nie ma chyba rodzica, który nie chciałby wyposażyć weń dziecka. Bijemy brawo, gdy maluch wdrapie się na murek i gdy z niego zeskoczy, chwalimy nabazgrane w pośpiechu rysunki i krzywo nagryzmolone szlaczki. Mówimy, że jesteśmy z niego dumni, że jest zdolny, mądry i że na pewno mu się uda. Wierzymy, że w ten sposób wychowujemy dziecko o wysokim poczuciu własnej wartości. Niestety, stawiamy na niewłaściwą kartę.

Poczucie własnej wartości, w odróżnieniu od samooceny, nie ma bowiem związku z osiągnięciami i umiejętnościami, lecz wynika z samego faktu, że się istnieje. Jest podstawowe (psycholodzy powiedzieliby: „bazalne”), pierwotne, dotyczy najgłębszego rdzenia naszego człowieczeństwa, a nie naszych doraźnych osiągnięć czy nietrwałych przymiotów. Nie zaszkodzi mu porażka, nie zachwieje nim zawód miłosny ani popełnienie najpoważniejszego nawet błędu – bo jeśli je mamy, to nie dlatego, że na nie zasłużyliśmy. Juul pisze, że poczucie własnej wartości jest „egzystencjalnym mechanizmem odpornościowym, który predestynuje do szczęścia i uodparnia na zranienia”. Osoby o rozwiniętym poczuciu własnej wartości dobrze się czują ze sobą, są stabilne emocjonalnie, świadome swoich mocnych i słabych stron, ale ponad tę świadomość przedkładają przekonanie, że niezależnie od swoich zdolności czy braków są wartościowe i ważne po prostu dlatego, że istnieją. Osoby o niskim poczuciu własnej wartości są niepewne swego znaczenia, krytyczne wobec siebie i – często – innych, nękane poczuciem winy, niestabilne, nierzadko też dotykają ich psychosomatyczne dolegliwości.

Co to znaczy „dostrzegać”

Co sprawiło, że nie wszyscy wyrośliśmy na osoby o wysokim poczuciu własnej wartości? Według Juula poczucie własnej wartości karmi się doświadczeniem bycia dostrzeganym i akceptowanym przez ważne dla nas osoby – przy czym chodzi o rzeczywiste dostrzeżenie, nie o baczne obserwowanie czy kontrolowanie. Rodzice często, owszem, dostrzegają, ale nie tyle dziecko, co jego działania, osiągnięcia. Są zaabsorbowani obszarem wiary w siebie („widzę, że potrafisz!”), a nie poczucia własnej wartości jako człowieka („widzę, że jesteś!”).

Dobre dostrzeganie polega na pokazaniu dziecku (czy to niemowlak, czy chmurny nastolatek), że niezależnie od tego, co akurat robi i jak mu to wychodzi – widzimy je, chcemy z nim dzielić doświadczenia i cieszyć się jego obecnością. Że chcemy dostrzegać jego uczucia i przyjmować ich konsekwencje, że nas to obchodzi i interesuje, nie ze względu na jakieś praktyczne korzyści, lecz ze względu na więź z nim, naszą miłość do niego, ze względu na to, że ono istnieje i jest przez nas kochane.

Jak to zrobić? Możliwie najprościej i możliwie oszczędnie w słowach, a szczodrze w gestach i obdarzaniu uwagą oraz akceptacją. Na poczucie własnej wartości silnie wpływa też to, jak bliscy komunikują się z nami, gdy w grę wchodzą uczucia. Czy rodzic, chcąc np. zwrócić nam uwagę, wykpiwa nas, krytykuje, recenzuje, wyładowuje na nas swą złość, czy po prostu mówi, co widzi, jakie to robi na nim wrażenie i czego od nas w związku z tym oczekuje. Nie ocenia, nie imputuje dziecku intencji czy uczuć, mówi w pierwszej osobie, nazywa swoje emocje. Juul określa ten właściwy sposób jako „język osobisty”, ale z grubsza tego samego uczą też np. zasady porozumienia bez przemocy (NVC), „Szkoła dla Rodziców i Wychowawców” czy słynne poradniki Adele Faber i Elaine Mazlish (z serii Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły, Media Rodzina). Kto nie miał możliwości nauczenia się tego sposobu komunikacji w naturalnych warunkach, może więc wspomóc się lekturą czy uczestnictwem w zajęciach. Rzecz jest warta inwestycji, bo zmiana sposobu komunikacji sprawia, że dużo łatwiej ułożyć sobie relacje z innymi, nie tylko z dziećmi – nawet kłótnia staje się wtedy konstruktywnym doświadczeniem, a nie festiwalem wzajemnych oskarżeń (patrz: wywiad z Zofią Milską-Wrzosińską – s. 31).

Pochwała braku pochwał

Znając metody dobrej komunikacji, łatwiej też ustrzec się błędów, które zamieniają nasze dostrzeganie dziecka w kontrolowanie go, krytykowanie czy recenzowanie. Krytycyzm służy przede wszystkim podkreślaniu przez rodzica swojej władzy – Juul bezlitośnie wytyka rodzicom, że krytykują, bo w ten sposób czują się do czegokolwiek przydatni; nie chcą przyjąć do wiadomości, że dziecko czasem poradzi sobie bez nich i ich komentarzy. Tymczasem krytycyzm (krytykanctwo) osłabia w dziecku i wiarę we własne siły, i poczucie własnej wartości. Co ciekawe, podobny efekt mogą mieć też… pochwały.

Pochwały programują dziecko do bycia „zewnątrzsterownym”, zależnym od aprobaty innych, niezdolnym do tego, by docenić to, co zrobiło. Juul pisze, że i dziecko chwalone, i dziecko krytykowane to potencjalnie dziecko mające niskie poczucie własnej wartości, pozbawione umiejętności dokonania samooceny, zafiksowane na punkcie spełniania oczekiwań. Często przez to egocentryczne, bo nerwowo zaabsorbowane tym, czy mu się udaje, czy mu się nie udaje. Nadmierny krytycyzm i wychowywanie przez pochwały można uznać za dwie drogi do tego samego celu. Droga pochwał jest co prawda przyjemniejsza, ale skutek jest ten sam: wychowanie dziecka, które czuje, że jest coś warte tylko wtedy, gdy odnosi sukcesy.

W zachodnich publikacjach można się spotkać z krytyką zjawiska, które za oceanem zaczyna być w odwrocie, a w naszym kraju (i naszym systemie szkolnictwa) nie zdążyło w zasadzie na dobre zaistnieć. Chodzi o tzw. ruch na rzecz pozytywnej samooceny, oparty na przekonaniu, że tylko chwalenie i docenianie motywuje do wysiłku i buduje pozytywną samoocenę. Jego zwolennicy przekonywali, że dzieci powinny jak najczęściej – i niezależnie od osiągnięć – słyszeć, że są wspaniałe, wyjątkowe i na wiele je stać. Szkolnictwo stało się machiną służącą tyleż edukacji, co budowaniu dobrego samopoczucia uczniów. Martin Seligman – a jest to jeden z nielicznych psychologów zasługujących na miano światowego autorytetu w tej dziedzinie – twierdzi wręcz, że ideologia ta doprowadziła do epidemii depresji w Stanach Zjednoczonych, wychowując dzieci zależne od pochwał, zaabsorbowane sobą i swymi działaniami, oczekujące od samych siebie sukcesów, nieumiejące przyjmować porażek. Lekarstwa upatruje m.in. w powrocie do wspólnego spędzania czasu przez rodziców z dziećmi, tak by wychowanie polegało raczej na okazywaniu dziecku, że jest ważne (dostrzeganie!) niż na zapewnianiu go o tym werbalnie.

Adele Faber i Elaine Mazlish przekonują, że dziecko nie potrzebuje werbalnych ocen, nawet tych pozytywnych – a wręcz, że nasze ocenianie niweczy szansę na rozwijanie w dziecku wewnętrznej motywacji. Gdy wystrzeliwujemy fajerwerki superlatyw („wspaniale!”, „pięknie!”, „jesteś taka zdolna!”), dajemy dziecku doraźną satysfakcję, ale na dłuższą metę zasiewamy niepokój: Czy faktycznie zasłużyłem na takie uznanie? Czy rzeczywiście jestem tak zdolny, jak mówią? Czy rodzic nie będzie zawiedziony, gdy następnym razem się nie uda? Lepiej, jeśli powstrzymamy się od oceny, a jedynie pokażemy dziecku, że widzimy je, jego wysiłek i efekt tego wysiłku. Jeśli osiągnięcie, którym się przed nami chwali, jest ważne dla niego samego, wtedy „ocenę” wystawi sobie samo. Taka ocena będzie miała o tyle większą wartość, że, mając swe źródło wewnątrz a nie na zewnątrz, będzie cegiełką podbudowującą jego wiarę w siebie, a nie poprzeczką, którą dziecko będzie się czuło zobligowane przeskakiwać. Gdy więc oglądamy rysunek dziecka, zamiast: „świetnie!”, „pięknie!”, „naprawdę masz zdolności”, lepiej powiedzieć np. „Wygląda na to, że bardzo się nad tym napracowałeś! Mam rację?”.

Dziecko się upomina

Nie zdziwmy się jednak, gdy dziecko, przyzwyczajone do nieustannego bycia „recenzowanym”, będzie się usilnie domagać oceny. Dzieci szybko się uczą, że dorośli są zafiksowani na punkcie oceniania ich działań i zdolności. Chcą więc za wszelką cenę coś robić, coś umieć – by zostać zauważone. Juul nazywa to wręcz współdziałaniem dziecka z naszymi oczekiwaniami. Dlatego dzieci podbiegają do nas z rysunkami i pytają, czy ładne – bo wiedzą, że ocenianie zainteresuje nas bardziej niż sam fakt, że go narysowały i chciały nam ofiarować.

Innym sposobem dzieci na bycie dostrzeżonym jest prezentowanie „złych zachowań”, mających ściągnąć uwagę i zainteresowanie rodzica. Jest to w zasadzie przejaw głębokiej desperacji dziecka, które jest gotowe zostać uznane za „niegrzeczne”, byle tylko nie pozostać niezauważonym. W myśl psychologii Adlera, za każdym „złym zachowaniem” dziecka stoi niezaspokojona potrzeba przynależności i znaczenia, a dziecko chce nam przez to powiedzieć, że owszem, chce być dobre i miłe, ale już zupełnie nie wie, jak to zrobić. W efekcie wpada w błędne koło marudzenia/płaczu/histerii/złości/hiperaktywności. Dobrze, jeśli rodzic jest w stanie dopuścić możliwość, że dziecko nie jest złośliwe, a sfrustrowane – wtedy jest szansa na to, by nawet w tych trudnych zachowaniach dziecko zostało dostrzeżone, a nie tylko spacyfikowane. Przy okazji: poradnik oparty na myśli Adlera (kolejny na krótkiej liście tych rzeczywiście przydatnych rodzicowi i dziecku), zatytułowany nieco niezgrabnie: Dziecko, czy muszę ci to jeszcze raz powtarzać? (Amy McCready, Laurum), zaleca, by poświęcić każdemu swojemu dziecku po 10 minut dwa razy dziennie, by zaspokoić jego zapotrzebowanie na bycie ważnym i dostrzeganym. Oburzyłam się, gdy to przeczytałam – jak to? Tak mało? A potem spróbowałam uczciwie to przeprowadzić. Bez udawania, że gotując obiad czy segregując pranie jestem faktycznie duszą i ciałem z moim dzieckiem…

Na szczęście dzieci są dość dobrze wyposażone („kompetentne!”), by skłonić nas do dostrzegania ich. Dotyczy to nawet niemowląt, a może szczególnie ich. W myśl klasycznej, choć wciąż w Polsce zbyt mało popularnej koncepcji przywiązania Johna Bowlby’ego, niemowlę tworzy obraz siebie samego i swoich relacji ze światem zewnętrznym w oparciu o swoje wczesne doświadczenia w relacji z opiekunem. By skłonić rodzica do reakcji, dziecko ma cały zestaw „zachowań przywiązaniowych” (Bowlby) czy też „kompetencji” (Juul). Oto i one: płacz, gaworzenie, uśmiech, wodzenie wzrokiem itd. Rodzic dostrzega i reaguje, a dziecko dostaje pierwsze potwierdzenia swego istnienia i swej ważności. Tak tworzą się podstawy poczucia własnej wartości.

Dorosły o niskim poczuciu wartości

Poczucie własnej wartości zależy od tego, na ile umiano nam okazać, że jesteśmy ważni. Pytanie o jakość naszego poczucia własnej wartości jest więc w istocie pytaniem o nasze doświadczenie bycia kochanym.

Gdy w ekwipunku, z którym wkraczamy w dorosłość, brakuje stabilnego poczucia własnej wartości, pojawia się niekiedy nadzieja, że w relacjach intymnych można będzie nadrobić te braki. Na próżno: związek dwojga dorosłych ludzi to nie jest relacja, w której można doświadczyć takiej akceptacji i miłości, jaka jest możliwa w relacji rodzic – dziecko. Związek dorosłych ze swojej natury opiera się na wzajemnych oczekiwaniach, czyli warunkach – wybieramy sobie na partnera i małżonka taką osobę, która daje nam nadzieję na spełnienie tych oczekiwań. Relacja dwojga ludzi jest, a w każdym razie powinna być, symetryczna, oparta na równości. Relacja rodzica z dzieckiem ma zupełnie inną naturę. Nie sposób w małżeństwie „nadrobić straty” z relacji z rodzicami – oczekiwanie bezwarunkowej akceptacji od kogoś, z kim mamy budować rodzinę, skazuje związek na nieuchronne wypaczenie.

Tak jak dziecko szuka u bliskich potwierdzenia swojej wartości i – gdy go nie znajduje – ucieka się do zdobywania uwagi dorosłych poprzez prezentowanie trudnych zachowań, tak myślący o sobie źle dorosły będzie szukał potwierdzenia swego znaczenia, uciekając się do rozmaitych, czasem nawet patologicznych sposobów – takich jak nadmierny krytycyzm wobec innych lub łatwość popadania w ślepy zachwyt drugą osobą; symbiotyczne, niezdrowe przyleganie do drugiej osoby lub oziębłość i nieufność w strachu przed odrzuceniem; przydawanie sobie źle pojętej wartości poprzez kontrolowanie bliskich, krytykowanie ich i poniżanie. Nade wszystko jednak „zewnątrzsterowność”, czyli podążanie za tym, czego inni oczekują, nie za tym, czego sam chcę, co dla mnie jest ważne.

Niedobory poczucia własnej wartości są jednak do pewnego stopnia „wyleczalne”, a wręcz mogą być darem, jeśli się zdecydujemy – a potem nauczymy – traktować siebie samego z uważnością i szacunkiem. Pomóc może w tym autorefleksja, terapia, ale i… rodzicielstwo. Starając się dostrzegać dzieci i doceniać je za to, że są, podejmujemy niemały wysiłek. Sięgamy w nim także do własnych doświadczeń – mamy szansę spytać samego siebie, czego mi w życiu brakuje, czego mi brakowało, gdy byłem dzieckiem, co jest dla mnie ważne, czego oczekuję od siebie, jaki chciałbym tak naprawdę być. Dzieci są kompetentne, pisze Juul. W relacji z nimi mamy szansę zyskać dla siebie wiele dobrego, jeśli tylko dopuścimy możliwość, że wychowanie to nie droga jednokierunkowa, na której transport odbywa się jedynie od rodzica do dziecka, ale relacja, w której dorośli nie tylko dają, ale i otrzymują, oraz – tak! – uczą się. Możemy dzięki naszym dzieciom poprawić swoje poczucie własnej wartości, o ile najpierw pozwolimy im zbudować wiarę w to, że są ważne. Ważne tak po prostu, tylko dlatego i aż dlatego, że istnieją.

Dobrze, że jestem
Anna Dembińska

psycholog, mężatka, mama czworga dzieci. Mieszka w Poznaniu....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze