Czarownica

Czarownica

„Tylko raz zapłakałam przy Tobie. Powiedziałeś, że boli Cię od tego głowa. Nigdy więc już tego nie zrobiłam. Nie wiem, skąd miałam na to siły. Jak matka może nie płakać, gdy odchodzi jej dziecko? Synku, przepraszam Cię, że nie wierzyłam w cud, w Twoje uzdrowienie. Niestety, każdego dnia widziałam Twoje coraz gorsze wyniki. Chciałam wierzyć, ale przeszkadzała mi moja wiedza. Wiedziałam, że musiałby w to wkroczyć Pan Bóg. Ale nie wierzyłam, że to zrobi, skoro dopuścił, byś zachorował. On nie może być tak okrutny, że bawi się nami i pokazuje swoje sztuczki… Przebacz mi, że byłam bezradna wobec Twojej choroby i śmierci. Chciałam jak najlepiej. Chciałam zaoszczędzić Tobie cierpień”.

Podałam kartkę Joli, psycholog prowadzącej naszą grupę wsparcia. Położyła ją na metalowym talerzu, na którym leżało już dziewięć innych kartek od osób, które pisały do bliskich zmarłych to, czego nie zdołały im powiedzieć za życia.

Jola podpaliła listy. Patrzyłam, jak wszystkie nasze niewypowiedziane na głos bóle pochłania różowo–czarny płomień. Przynajmniej przez parę minut wierzyłam, że to możliwe. Że można spalić ból.

Popłakałam się. Od pół roku nadrabiałam zaległości. Zadanie miałam ułatwione. Miesiąc po śmierci naszego synka Błażej oznajmił, że się wyprowadza. W dniu, kiedy powiesiłam na ścianach piętnaście fotografii Arka. Nie skomentował tego, ale kiedy je zobaczył, twarz mu stężała. Fotografie nie były głównym powodem jego odejścia. Choć na pewno były pretekstem. Właściwie przez cały miesiąc od śmierci Arka nie mieliśmy z sobą kontaktu. Przychodził z pracy i albo zamykał się w swoim pokoju, albo jechał do matki. Nie rozmawialiśmy ze sobą, wymieniliśmy tylko parę zdawkowych zdań na temat rachunków. Czułam wyraźnie, że próbuje mnie obwinić o śmierć Arka. Stałam się kozłem ofiarnym. To, o co normalnie obwinia się Boga, musiałam przyjąć na siebie. W ogóle się nie odzywał. Chciał, żebym udusiła się tym milczeniem. Kiedy plan się nie powiódł, postanowił się wyprowadzić.

— Tak będzie lepiej dla nas obojga. Przynajmniej przez pewien czas… Patrząc na siebie, bezustannie przypominalibyśmy sobie Arka.
— To chyba dobrze…

Odwrócił się i zamknął w swoim pokoju.

Byłam zbyt zbolała, by protestować. Wyprowadził się następnego dnia. Do swej matki. To ona wmówiła mu, że odebrałam Arkowi ostatnią i jedyną nadzieję. Vilcacorę.

— Może byśmy porozmawiali? — podjęłam raz jeszcze bezsensowną próbę, gdy wychodził.
— O czym? — udał zdziwionego.
— O nas, o Arku…
— Każdy z nas ma innego Arka, niech tak zostanie. Przeżyjmy godnie jego odejście. To mu się od nas należy. Nie daliśmy mu nic za życia, dajmy mu chociaż spokój po śmierci.

Brnął w patetyczność, słowa napompowane, niesprawiedliwe, histeryczne. Byle na chwilę znieczulić swój ból. Wiedział, że nie będę krzyczała, że będę cicha jak zarzynana owca. Połykałam łzy, które spływały mi po podniebieniu. Boże, czy nie dosyć mnie doświadczyłeś? Dlaczego jednych przeznaczasz do noszenia krzyży, a inni są nietykalni? Kiedyś ksiądz, któremu żaliłam się, że już więcej nie udźwignę, powiedział mi, że cierpienie, tak jak miłość, wiąże ludzi ze sobą. Zapadło mi to w pamięć, ale wydało się nieprawdziwe. Przynajmniej w moim przypadku. Cierpienie nas oddaliło. Widywałam tyle małżeństw, które choroba dziecka niewyobrażalnie zjednoczyła. Dlaczego Błażej mnie odepchnął?

* * *

Karząc mnie, wyrównywał rachunki. To ja zadecydowałam, jak miał być leczony Arek. Po wielu kłótniach poddał się: „Dobrze. Nie będziemy go szarpać, ale bierzesz na siebie odpowiedzialność”.

Tamtego dnia przegnałam z domu teściową, która przyszła z całą reklamówką materiałów na temat vilcacory.

Chciałam naprawdę… Ale nie mogłam się zgodzić na te wszystkie huby, wody z brzozy, w końcu vilcacorę. Na te wszystkie cuda na kiju. To nie był mój upór. Pytałam lekarzy, którzy zajmowali się Arkiem. Konsultowali przecież jego przypadek z fachowcami z najlepszych ośrodków na świecie. W końcu doktor Petelski powiadomił mnie, że z punktu widzenia medycyny nie ma już szans…

— A vilcacora?
— Zrobi pani, jak zechce, ale wyrządzi pani tylko Arkowi krzywdę, bo to go będzie bolało… prawdopodobne wymioty, wzdęcia…

Powtórzyłam to Błażejowi.

— Ty nie kochasz Arka. Gdybyś go kochała, wykorzystałabyś każdą szansę…
— Przecież wiesz, że nie ma już szansy… Chyba że Bóg w to wkroczy.

Nie patrzył mi w oczy. Tylko skurcz na twarzy. Jakby zapisywał w pamięci moje słowa. Jakbym to ja tymi słowami wydała wyrok na syna.

— Bóg wkroczy, ale daj mu szansę…

Prawie się ugięłam. Zadzwoniłam do kapucynów i poprosiłam o kontakt. Dali mi telefon do „pani doktor”. Dzwonię i mówię, że mam dziecko chore na dystrofię mięśniową. Ona: „Tak, tak, tu weźmie pani pół szklaneczki tego, trzy kropelki tego”. „Ale przecież pani mnie nie zapytała, co dziecko już dostaje”, mówię i wyliczam, co mu podaję, a ona: „Aha, w takim razie to nie”. Boże, co oni wyprawiają?! Trzeba by tę kobietę podać do sądu, razem z nagraną rozmową. Powiedziałam o tym Błażejowi, a on na mnie nakrzyczał, że ciągle szukam tylko przeszkód. „Już ci powiedziałem: bierzesz na siebie odpowiedzialność. Rób co, chcesz, ale przestań mnie dręczyć”.

* * *

Dopóki Błażej był w domu, nie dotykałam komputera Arka. Bałam się obudzić demony. Komputer był symbolem naszej kłótni o to, czego potrzeba Arkowi. On chciał wydać pieniądze na cudowne leki. Ja pragnęłam sprawić Arkowi radość i nadać odrobinę sensu tej resztce życia, która mu pozostała. Wybrałam jeden z najdroższych komputerów. Nie żałowałam, chciałam, żeby zaznał czegoś najlepszego. Wkrótce całymi dniami siedział w Internecie i podróżował…

— Zobacz, kanion Kolorado. Marzę, aby tam pojechać.

W takich chwilach, żeby nie wybuchnąć płaczem, pod byle pretekstem wychodziłam do kuchni. Arek potrzebował wariatki, osoby, która nie mówiłaby mu każdym spojrzeniem, że jest umierający.

* * *

Siedziałam do drugiej w nocy przed komputerem. Wywoływałam zapisane na dysku obrazy z Internetu, które wcześniej oglądał Arek. Wszystkie kontynenty, tropikalne dżungle i pasma górskie. Kwiaty, zwierzęta, gwiazdy futbolu. No i niezliczone modele samochodów. To była jego pasja. Na koniec natrafiłam na plik, który za nic w świecie nie chciał się otworzyć. Przy każdym naciśnięciu ikonki ukazywało się żądanie podania hasła dostępu.

Rano zaraz zadzwoniłam z pracy do Mietka, kolegi ze studiów, od którego kupiłam ten komputer.

— Słuchaj, u Arka jest plik, którego nie mogę otworzyć.
— No tak, pytał mnie, jak zakodować plik.
— A ty znasz to hasło?
— Nie, zwykle każdy wpisuje jakieś ważne dla siebie słowo.
— A jeśli nie chciał, aby ktokolwiek to czytał?
— Niewykluczone, ale mógł przecież usunąć plik. Może uznał, że powierzy go komuś, kto zdobędzie się na wysiłek, by go zrozumieć. Poza tym dzieci mają pasję szyfrowania. Wszystko mu odebrano, choroba odarła go z intymności, a w tym przypadku miał władzę, mógł wreszcie mieć coś swojego…
— A nie da się tego otworzyć jakoś mechanicznie?
— Może by się dało, ale myślę, że jedynie ty masz prawo to zrobić.

Podziękowałam. Wieczorem zadzwoniłam do Sebastiana. Ze wszystkich kolegów to on przychodził najczęściej.

— Nie, proszę pani. Arek zawsze się śmiał, że to jego tajemnica, którą weźmie do grobu. Czasami kazał nam odwracać głowy, gdy otwierał ten plik. Chyba prowadził tam swój dziennik.

Wieczorem próbowałam otworzyć zaszyfrowany plik. Wpisałam ze dwieście słów. Bez skutku.

Wtedy pomyślałam o siostrze Łucji. Przez długi czas przychodziła do Arka. Może ona naprowadzi mnie na jakiś trop. Przegadała z nim wiele godzin. Pomagała mi w jego gimnastyce. Arka trzeba było codziennie rehabilitować. Jego bezwładne ciało musiało każdego dnia zażyć swojej porcji ruchu, aby było „sprawne”. Kładłyśmy go na stole do masażu, a następnie po wielokroć zginałyśmy i rozprostowywałyśmy jego kończyny, odpowiednio je naciągając. Okręcałyśmy i zginałyśmy jego głowę, aby obudzić jego mięśnie. Arek nie potrafił utrzymać pozycji siedzącej. Nie mógł sam jeść ani pić. Na koniec był w stanie już tylko ruszać palcami.

Łucja była z nim silnie związana. Błażej stwierdził, że zbyt silnie. „Jej stosunek do Arka jest chory. Trzeba jej podziękować… Niech już nie przychodzi”.

Sięgnęłam po notatnik z telefonami. Wybrałam jej numer.

— Mówi matka Arka. Czy siostra pamięta?…
— Jak mogłabym zapomnieć?… Właśnie patrzę na jego zdjęcie.

Z trudem opanowałam wzruszenie. „Skąd ma jego zdjęcie?”.

— Czy siostra znalazłaby kiedyś chwilę, żeby się ze mną spotkać?
— Oczywiście, proszę przyjść do naszego klasztoru, kiedy tylko pani zechce.
— Nie mogłybyśmy się spotkać u mnie w domu? Będziemy lepiej czuły obecność Arka.
— Wydaje mi się, że pani mąż nie będzie zachwycony moim widokiem.
— Dlaczego?… — udawałam, że nie wiem, o co chodzi. — Zresztą to nieważne… jego tu nie ma. Wyprowadził się…

Chwila ciszy w słuchawce.

— Przykro mi… Kiedy pani odpowiada?

Umówiłyśmy się na popołudnie następnego dnia.

* * *

Weszłam do pokoju Błażeja, aby podlać kwiaty. Właściwie, po co kwiaty w pokoju, w którym nie ma człowieka? Wymarły dom. W krótkim czasie opuściły mnie dwie najbliższe osoby. Na regale leżał stos ulotek i publikacji medycyny alternatywnej. Chwyciłam z półki książkę o vilcacorze. „Polski misjonarz o. Edmund Szeliga zadziwił świat”. Zaczęłam kartkować. Prawie każda strona pozakreślana.

„GENIUSZ POŚRÓD ROŚLIN. Z zapisków ojca Szeligi.

Vilcacora zdaje się lekiem na… WSZYSTKO! Czy to możliwe? Czy objawienie nie jest zbyt wyraźne, zbyt wielkie? Czy nie musi budzić to wątpliwości sceptyków, których nigdy nie brakuje, a w szczególności nie brak ich w świecie lekarskim?

Dowody świadczące o cudownym działaniu leku są jednak bardziej niż przekonujące! Po pierwsze, udało się wyizolować wiele korzystnych leczniczo składników, które oddziałują na różne systemy organizmu. Pod tym względem vilcacora jest prawdziwą skarbnicą! Wyodrębniono sześć bardzo rzadkich alkaloidów… Żaden system w organizmie człowieka nie działa niezależnie od innych. Tak jak niewłaściwe funkcjonowanie jednego systemu powoduje osłabienie innych, tak wyleczenie i poprawienie funkcji jednego umożliwia leczenie funkcji pozostałych. Właśnie dlatego, mimo że zbawcze działanie vilcacory objawia się przede wszystkim w systemie pokarmowym i immunologicznym, efekty stosowania tej rośliny odczuwane są dosłownie w całym organizmie”.

Zaczęłam przyglądać się zdjęciom ojca Szeligi w peruwiańskiej dżungli pośród lian egzotycznych drzew, roślin, z których większość ma zawierać cudowne lecznicze substancje, minerały. Rajska apteka. Ojciec Edmund pośród Indianek karmiących dzieci. Źródło życia. Pierwotne szczęście. Wystarczy tylko wrócić do natury… Uciec od cywilizacji, która zatruła ludzkość i sprowadziła wszystkie choroby. Indianie, których zna ojciec Szeliga, w ogóle nie chorują na raka. Winna wszystkiemu jest medycyna syntetyczna, która naruszyła system odpornościowy człowieka. Dlaczego nie mogłam w to wszystko uwierzyć? Rozmawiałam z ludźmi, którzy padli ofiarą iluzji, że każdą chorobę można wyleczyć na każdym etapie. Nie żałowałam swej decyzji. Nic nie mogło zatrzymać Arka. Skąd więc te fale wątpliwości, które teraz napływały? „Wszystko jest w porządku według logiki, którą przyjęłaś”. „Ale logika ratowania jest jedna — żeby mieć czyste sumienie, trzeba wykorzystać absolutnie wszystkie możliwości leczenia. Nawet najbardziej nieprawdopodobne. Nie wiadomo, skąd przyjdzie uzdrowienie”. „Nieprawda. Jeśli mnie kochasz — pozwól mi odejść. To mądre zdanie. Nie możemy torturować człowieka, tylko dlatego że nie potrafimy zgodzić się na ból jego odejścia”. Od paru tygodni w mojej głowie bezustannie toczył się spór. Nie mogłam odegnać tych głosów. „Te wątpliwości to normalna reakcja psychiczna twojego organizmu” — tłumaczyła mi Jola. „Dopóki Arek żył, broniłaś swojej racji, bo statek musiał płynąć w jednym kierunku. Teraz, kiedy już nie trzymasz sterów, wydaje ci się, że można było dopłynąć do kilku portów naraz. Ale musiała być jedna osoba, która dowodziła tym statkiem. Bądź spokojna. Nie miałaś alternatywy”.

Patrzyłam bezmyślnie na strony „biblii” Błażeja. Czy on wierzył w te słowa, w te relacje o cudach? Przecież jest człowiekiem wykształconym. Zawsze miał krytyczny umysł. Czy on nie widzi tego marketingu, tego rozniecania nadziei, które gdy się nie sprawdzą, doprowadzają do rozpaczy? Natrafiłam na rozdzialik: WYLECZYĆ PAPIEŻA, UZDROWIĆ JELCYNA.

„Z Watykanu przylecieli współbracia, żeby dowiedzieć się, co można by zrobić dla Papieża:

— Czy nad Amazonką rośnie jakaś roślina, która mogłaby pomóc w jego chorobie? Wszyscy mówią, że to parkinsonizm, piszą nawet o tym w gazetach. Ale przecież to nie jest choroba Parkinsona, tylko naruszenie nerwu po zamachu w 1981 roku. Uszkodzony nerw trzeba by jakoś zregenerować.
— Spróbujcie podać chuchuhuasi — powiedział ojciec Edmund. — A jak to nic nie da, poszukamy czegoś innego. Przy najbliższej okazji popytam o to moich Indian. Kiedy? Najprędzej za kilkanaście tygodni. Musi minąć pora deszczowa…”.

I na podstawie tych kilku zdań ktoś będzie powtarzał, że przecież sam Papież leczy się vilcacorą.

* * *

Łucja była po trzydziestce. Spod czepka wystawały jej blond włosy. Korpulentna, na twarzy niegasnący uśmiech, jakby śmiała się ze swej tuszy. Zawsze miała w zanadrzu dowcip na temat swej nadwagi. Arek wymyślił dla niej kilka pseudonimów w stylu: „Kruszyna”, „Moja 4XL–ka”.

— Wiem, że siostra miała dobry kontakt z moim synem. Przepraszam, że siostrze nie podziękowałam, ale kiedy Arek był chory… ja niewiele widziałam. Nie potrafiłam rozmawiać z ludźmi, chciałam robić wszystko sama. Jakby ci, którzy przychodzili do Arka, mogli mi zabrać jakąś jego cząstkę. Krzywdziłam go w ten sposób. Ale na szczęście nie do końca mi się to udało. Arek mówił mi, że smutno jest mu tylko, gdy jest sam, a sam jest tylko czasem w nocy. Nie było dnia, żeby nie było u niego kolegi albo koleżanki. Chyba mieli dyżury.

Przytaknęła głową. Była delikatna. Słuchała. Wiedziała, że to ja muszę się wygadać.

— Proszę mi powiedzieć, jak to się stało, że Arek miał do siostry takie zaufanie? Zbieram teraz wszystkie ślady, chciałabym utrwalić każde jego słowo. Gdyby to było możliwe, zabezpieczyłabym jego odciski palców.
— Pamiętam dobrze pierwszy dzień, kiedy tu przyszłam. Arek oznajmił mi z wielkim spokojem, właściwie uśmiechem: „Wie siostra, ja niedługo umrę, moje mięśnie przestają pracować, powiedziały »nie« mojemu rozumowi i wcale go nie słuchają. Co mam zrobić? Pożyję trochę tu, a później tam”.

Uśmiechnęła się. Czułam, że w tej chwili patrzy na niego.

— A potem zadał mi pytanie, co jest dla mnie najważniejsze w życiu.

Zamilkła, jakby jej odpowiedź nie należała już do meritum sprawy.

— I co mu siostra odpowiedziała?
— Być dobrą dla wszystkich.

* * *

Dużo rozmawialiśmy o marzeniach. Mówiłam mu, że są ważne, bo zmieniają nasze życie, otwierają serce, poszerzają umysł, nieraz są azylem, schronieniem. Słuchał mnie, bardzo mnie słuchał.

— A najważniejsze w nich jest to, że są. Wcale nie muszą się spełniać.
— No to niech mi siostra zdradzi to najcenniejsze.

Widać było, że ten temat go nurtuje.

— Bardzo chciałabym być matką. Marzę o czwórce, piątce własnych dzieci… Nawet je widzę…
— Jak to? Siostra ma kogoś, w kim się kocha? — spytał z łobuzerskim uśmiechem.
— Nie, mówiłam ci, że to wcale nie musi się spełnić.

Przytaknął.

— I mam jeszcze jedno marzenie, chciałabym kiedyś być na koncercie noworocznym w Operze Wiedeńskiej.
— A ja chciałbym skonstruować własny model samochodu — komputer pokładowy, pełna automatyka, skrzyżowanie auta terenowego z wyścigowym, tuningowany. — Uśmiechnął się do swego projektu. — I drugie też mam. Chciałbym popływać w jeziorze.

* * *

— Czy siostra wie, że Arek często nazywał siebie małpą?… „Przynieś małpie banana” albo „małpa chce siusiu”. Pytałam go, skąd ten pomysł. „Tylko Łucja wie — śmiał się. — Ale to jest tajemnica i nie może tego powiedzieć”.

Zarumieniła się. Zakłopotanie na twarzy.

— Jeśli to rzeczywiście taka tajemnica… proszę nie mówić.
— Nie, nie. To nic takiego. To było wtedy, gdy pierwszy raz kąpałam Arka. Pani wtedy była w szpitalu… Arek był dużym facetem. Miałam problem, ciężko mi było samej go rozebrać, posadzić na kibelek, wytrzeć tyłek i przenieść do wanny. — Słowa Łucji początkowo mnie zszokowały, ale natychmiast zdałam sobie sprawę, że mówi o czynnościach dla niej naturalnych i codziennych… — Wydawało się, że ta moja pierwsza „posługa” przy Arku skończy się klęską. Zauważyłam, że Arek wyczuwa niezręczność sytuacji. Ratowałam się śmiechem. „Arek, pełnisz tu funkcję edukacyjną. Dzięki tobie zakonnica może poznać anatomię szesnastolatka”.
— Nigdy siostra nie myła mężczyzny?

Musiałam dać mu do zrozumienia, że to dla mnie normalka.

— Niejednego, ale ty wyglądasz jak… małpa. Jesteś tak zarośnięty… No wiesz, to powód do dumy dla chłopaka, ale… nigdy nie kąpałam małpy.

Zaczął się śmiać do rozpuku. Byłam uratowana.

— A ja nigdy nie byłem w rękach czarownicy. Poproszę ojca, żeby kupił ci miotłę, tylko podaj mi swoją wagę, bo muszę zastanowić się, jaki twoja miotła powinna mieć udźwig.

Popryskałam go za karę wodą.

Kolejne kąpiele były normalne… Na coś ta moja tusza się przydała.

* * *

— Woda… Pamiętam, to było w lecie, przed dwoma laty. Zabrałam go nad jezioro i razem wędkowaliśmy. Pewnie pani o tym wie.
— Tak, ale proszę mi opowiedzieć, nie znam szczegółów.
— Pojechaliśmy nad Piławkę razem z naszym ogrodnikiem, panem Heniem, który jest zapalonym wędkarzem. Znał ustronne zejście do jeziora. Wzięłam z klasztoru metalowe krzesełka z oparciami. Ustawiłam je w wodzie tak, że siedząc w nich, byliśmy zanurzeni do pasa. Arek namawiał mnie, żebym zdjęła habit.
— Nie mogę…
— Pewnie masz stringi? — powiedział to odpowiednio głośno, żeby pan Heniu słyszał. Razem śmiali się przez minutę, jak z najlepszego dowcipu.
— Skąd ci te pomysły przychodzą do głowy?
— Wszystkie moje kumpele noszą stringi. Jak podasz mi rozmiar, to ci załatwię. Chyba 4XL.
— Dzięki, ślubowałam, że będę zawsze nosiła majtki do kolan i będę się kąpać w habicie…
— Naprawdę?
— Naprawdę, ale teraz musimy się zająć łowieniem.

Zarzucałam wędki, a jak coś chwyciło, to Arek kołowrotkiem powoli wyciągał zdobycz na brzeg. Jak on się cieszył z każdej złowionej ryby. Oceniał z rozmysłem, czy ma odpowiednią wielkość, aby trafić ruszt, którym zawiadywał pan Heniu. Niektórym sztukom przypatrywał się dłużej. Wiedział, że decyduje o ich życiu.

— Ta jeszcze za młoda, wypuszczamy… — kręcił stanowczo głową. Właściwie większość kazał wypuścić.

…Następnego lata wybraliśmy się ponownie w to samo miejsce. Nie mógł już utrzymać kołowrotka. Mieliśmy wziąć łódź i wypłynąć na jezioro. Wtedy przyjechał pani mąż. Zobaczył, że Arek miał łzy w oczach… Płakał, bo tak bardzo chciał pokazać ojcu, że łowi ryby. Mąż zabrał go do domu. — Uśmiechnęła się smutno. — I tak się to skończyło. Wkrótce pani mąż powiedział mi, że moje metody terapeutyczne wywołują u Arka depresję, ponieważ uświadamiam mu, czego został w życiu pozbawiony. Nie miałam do niego pretensji. Kochał Arka… w tej miłości nie mógł zaakceptować jego cierpienia.

Rzeczywiście Błażej odbył wtedy ze mną rozmowę. Swoje spostrzeżenia co do Łucji podał mi w formie bardziej dosadnej. Byłam bezradna. Arek miał bezwładne ciało, Błażej — umysł. Nie docierały do niego żadne argumenty. Może tylko te od jego matki.

Stan Arka gwałtownie się wtedy pogorszył. Zaczęła przychodzić nowa rehabilitantka. Choroba jednak nieubłaganie postępowała. Nie spostrzegliśmy, jaką katastrofą musiało być dla Arka odejście Łucji. W ogóle szybko o niej zapomnieliśmy. Ludzi kręciło się koło niego aż za dużo. To był czas, kiedy pokłóciłam się z Błażejem o vilcacorę. I komputer. Zagłuszyłam niezadowolenie Arka komputerem. Zawsze o nim marzył. Teraz w grę wchodził tylko laptop. Zadzwoniłam do Mietka, który miał firmę komputerową. Przyjechał, poradził, jak to zrobić, żeby Arek miał stały dostęp do Internetu. Zainstalował też specjalną obrotową półkę nad łóżkiem. Udzielił paru lekcji. Arek szybko opanował korzystanie z zasobów sieci. Za pomocą paru kliknięć odbywał podróże po całym świecie.

Komputer dostał na swoje siedemnaste urodziny. Przyszli koledzy. Chyba ich zamurowało. Arek ruszał już tylko dłońmi. „Co macie takie grobowe miny. Przyszliście na moje urodziny. Jak będziecie na pogrzebie, to będziecie mogli płakać”. Kazał przysunąć półkę z komputerem. Stanęłam pod drzwiami. Słyszałam zachwyty. „Ja cię pierniczę, ale mercedes, wszystko ma… Kolo, ci twoi starzy cię kochają”.

* * *

Łucja wyszła ode mnie około dziesiątej. Przed samym wyjściem przypomniała sobie o zdjęciach, które zrobili z panem Heniem w czasie ostatniej wyprawy nad jezioro. A może wyciągnęła je dopiero na koniec, bo obawiała się, jak na nie zareaguję.

— Szkoda, że nie miałam aparatu rok wcześniej. Był wtedy taki szczęśliwy…

Otworzyłam komputer. Na kartce zapisałam pięć słów. RYBA, STRINGI, MIOTŁA, ŁUCJA, MARZENIE. Ostatnie z nich okazało się hasłem. A już straciłam wiarę. Plik został otwarty. Zamknęłam oczy. Czułam się tak, jakbym za chwilę miała się spotkać z Arkiem.

„Jeśli to czytacie, znaczy, że się nie myliłem. Wiedziałem, że złamiecie kod. Tak się cieszę, że Was mam. Piszę Wam stąd, gdzie teraz jestem, bo czy odległość, przestrzeń, inny wymiar sprawia, że coś przestaje istnieć? Nie trzeba widzieć, dotykać, by coś było. To jest. Tak jak Wy jesteście z sobą, nawet kiedy jedno jest w pracy, a drugie w domu. Jak ja jestem w Was. Bo zawsze byliście tam, gdzie ja chciałem być. I jak nie miałem już siły walczyć o zdrowie, które nie chciało przyjść, zgodziliście się ze mną na zawieszenie broni. Odpoczywam, czekam tu na Was i jestem szczęśliwy. Tato, dziękuję za komputer, chyba do tej pory ci nie podziękowałem. Wiesz, jak pomógł mi wejść w marzenia, które dzięki niemu po trosze się spełniły… tyle dzięki Internetowi do mnie przyszło. Martwię się tylko, że siostra Łucja odeszła bez pożegnania. Jakbyście ją kiedyś spotkali, pozdrówcie ją od Małpy i powiedzcie, żeby w wolnej chwili podleciała do mnie na swojej miotle. Ona będzie wiedziała, o co chodzi. Nie musicie jej nic tłumaczyć. To na razie. Niby cały czas odpoczywam, a jestem piekielnie zmęczony. Dobre… jak w niebie można być piekielnie zmęczonym?

Kocham Was i jestem z Wami. Pa…”.

Poryczałam się jak bóbr. Czytałam chyba kilkanaście razy list od Arka… wysłany z nieba. Pisany na ziemi. Łudziłam się, że za którymś razem pojawi się jakiś załącznik. Że Arek dopisze: „Żartowałem… Wszystko widzę…”. A potem zaczęłam wystukiwać odpowiedź.

„Syneczku, nie rozumiałeś, co się działo w domu i teraz nic nie rozumiesz, choć patrzysz z nieba… Może i lepiej. Pewnie tam nosicie takie piękne okulary, przez które świat wydaje się lepszy. Nie, Synku, Twojego tatusia, który Ci kupił komputer, nie ma tu. Nie może patrzyć na Twoją matkę, bo by mu za bardzo przypominała o Tobie. A on tak bardzo Cię kochał, że musi o Tobie zapomnieć, żeby żyć. Jego życie jest bardzo ważne. Tatuś jest bardzo wrażliwy i może go zrozumieć tylko jego mamusia”.

Znowu się rozbeczałam. Padłam na poduszkę. Poczułam, że ktoś mi zdejmuje z pleców, z głowy, z nóg potworne ciężary, które dotąd miażdżyły każdą komórkę mojego ciała.

Nagle mnie olśniło. Czyżbym była aż tak głupia? „Przecież otworzyłam Twój testament, znalazłam klucz, a potem go wyrzuciłam, jakby już nie był dalej potrzebny. Klucz nie jest tylko do drzwi. Otwiera każdą szufladkę Twojego serca”.

Najważniejsze w marzeniach jest to, że są. Nie muszą się spełniać do końca… Są jak azyl.

Czarownica
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...