Potrzebna modlitwa
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Łukasza

0 opinie
Najniższa cena w ostatnich 30 dniach: 59,90 PLN
Wyczyść

Kobiety, które idą do kliniki, w głębi serca lub w duchu już dokonały aborcji. Dlatego sama rozmowa z nimi nie ma większego sensu.

Józefa Hennelowa pyta, czy można dziś w Polsce lepiej chronić życie nienarodzonych, czy można skuteczniej przekonywać nieprzekonanych, czy można umiejętniej używać języka w debacie na ten temat, czy można lepiej zatroszczyć się o los dzieci już narodzonych a niechcianych.

Myślę, że są to pytania czysto retoryczne, ponieważ chrześcijanin zawsze przyznaje, że robi zbyt mało dla dobra innych. Często zaś do tego, że czynią za mało, przyznają się ci, którzy robią najwięcej. Bywa też odwrotnie: ci, którzy nie robią nic, wytykają bierność najaktywniejszym.

O wiele pożyteczniejsza wydaje się dyskusja o tym, jakie konkretnie działania należałoby podjąć i jakich błędów trzeba unikać. W tym miejscu zarzuca Józefa Hennelowa obrońcom życia nienarodzonych używanie niewłaściwego języka. Publicystka „Tygodnika Powszechnego” pisze, że „niektóre argumenty na rzecz ochrony życia poczętego trafiają w próżnię albo nawet budzą reakcje diametralnie różne od oczekiwanych”.

Boję się, że jest znacznie gorzej. Oczywiście, trzeba używać przekonującego języka i posługiwać się uczciwymi argumentami, gdyż prawda jest po stronie obrońców życia. To z tego powodu na przykład zwolennicy aborcji tak bardzo protestują przeciwko emisji filmu Niemy krzyk — gdyż po prostu pokazuje on prawdę. (Co ciekawe, premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, kiedy obejrzał film dokumentalny BBC ukazujący życie płodowe do dwunastego tygodnia, a więc do momentu, gdy aborcja jest prawnie dozwolona, zmienił swoje dotychczasowe stanowisko i stał się przeciwnikiem tego procederu).

Moja obawa polega na czym innym. Boję się, że nie pomoże ani „krystaliczna prawda terminów”, ani „rezygnacja z chęci zastosowania »gniotu« propagandowego”, ponieważ jest wiele osób, do których nie dotrą ż ad n e argumenty, ani moralne, ani naukowe, a to dlatego, że są one a priori zamknięte na jakąkolwiek argumentację.

Rozmawiałem niedawno z pewną feministką, która opowiadała mi o swoim holistycznym światopoglądzie, którego ilustracją jest tzw. „efekt motyla”. Kiedy chwilę później zaczęliśmy rozmawiać o syndromie postaborcyjnym, uznała, że nic takiego nie istnieje, że jest to wymysł katolików, a aborcja, według niej, nie powoduje żadnych negatywnych skutków dla zdrowia kobiety. Jeszcze przed momentem opowiadała, że wszystko ze wszystkim we wszechświecie jest ściśle powiązane i trzepot skrzydeł motylich na jednej półkuli globu powoduje huragany na drugiej półkuli, a po chwili zaprzeczała, by brutalna, niespotykana w naturze, ingerencja w organizm kobiety mogła mieć jakikolwiek wpływ na jej zdrowie.

Przypomina mi się rozmowa z Claudią Groger, młodą austriacką wolontariuszką, którą spotkałem modlącą się pod kliniką aborcyjną w Wiedniu. Opowiadała mi, że zetknęła się z wieloma kobietami zdecydowanymi na zabicie swego dziecka, do których nie docierały żadne argumenty, ani racjonalne, ani emocjonalne. Dopiero modlitwa wielu osób w ich intencji powodowała zmianę nastawienia.

Jest to również doświadczenie amerykańskich obrońców życia. O. Phillip Reilly mówi, że „kobiety, które idą do kliniki, w głębi serca lub w duchu już dokonały aborcji. Dlatego sama rozmowa z nimi nie ma większego sensu. Potrzebna jest modlitwa i nawrócenie serca”.

Myślę, że podobna uwaga dotyczy fanatycznych zwolenniczek aborcji. Rozmawiałem niedawno z posłanką SLD, która była jedną ze współautorek projektu ustawy o zalegalizowaniu nieograniczonego prawa do przerywania ciąży. Polemizując z nią, powiedziałem, że jest w Polsce wiele małżeństw nieszczęśliwych z tego powodu, iż nie mogą mieć dzieci, dlatego warto poprzeć akcję „adopcja zamiast aborcji”. Powtórzyłem więc (tyle że swoimi słowami) postulat Józefy Hennelowej: „Wyjście inne niż wyrok śmierci na niechciane dziecko musi być jej (matce — przyp. GG) zagwarantowane, a nie tylko życzeniowe”. Wtedy posłanka SLD gwałtownie zaprotestowała, mówiąc: „To niemożliwe, ponieważ kiedy takiej matce pozwoli się urodzić dziecko, to ona później tak się do niego przywiąże, że nie będzie go chciała oddać do adopcji. Do tego nie możemy dopuścić”.

Prawdę mówiąc, nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć. Doszedłem do wniosku (być może zbyt pochopnie), że żadna rozmowa niczego nie zmieni i że pozostaje tylko modlitwa.

Pisze Józefa Hennelowa, że „zapobieganie decyzjom kobiet niepotrafiących przyjąć swego macierzyństwa nigdzie ani u nas, ani na świecie nie jest nagłaśniane ani traktowane jako obowiązek najpierwszy i najwięcej mogący obudzić nadziei”.

Tak się składa, że robiłem film dokumentalny o ratowaniu życia dzieci nienarodzonych w Polsce, Niemczech, Austrii, Serbii i Stanach Zjednoczonych i poznałem wiele środowisk, w których właśnie to, czego nie dostrzega Józefa Hennelowa, traktowane było jako najważniejsze zadanie. Mogłem też zaobserwować, że największe efekty przynosiły te działania, których fundamentem była modlitwa. Nawet ona nie zawsze jednak była w stanie pomóc.

Robienie wymówek środowiskom pro life, że nie potrafią przekonać swoich oponentów, może być tak samo zasadne, jak pretensje wobec Chrystusa, że nie potrafił przekonać do siebie swoich przeciwników i wytykanie Mu, że zrobił w tej sprawie stanowczo zbyt mało.

Zastanawia mnie, że w swym tekście Józefa Hennelowa wobec obrońców życia nienarodzonych aż czterokrotnie użyła określenia „propaganda”, które w Polsce ma jak najgorsze skojarzenia. Zasadne wydaje się powtórzenie pod jej adresem zadanego przez nią pytania: „Czy nasza troska o język jest tutaj dostateczna?”.

Gdybym nie znał dorobku środowisk obrońców życia w Polsce, mógłbym przyjąć zarzuty Józefy Hennelowej pod ich adresem za dobrą monetę. Tymczasem wydaje się, że polemizuje ona z jakąś karykaturą ruchu pro life, która jest być może tylko jej wyobrażeniem o tym środowisku. Zarzuca im ona ograniczanie się jedynie do zakazów prawnych, co trzeba uznać za nieprawdę, jeśli zna się aktywność edukacyjną, publicystyczną czy modlitewną owego ruchu. Nie znam ani jednej osoby zaangażowanej w obronę życia nienarodzonych, która twierdziłaby, że ustawa załatwia cały problem z aborcją.

Chybiona jest również pretensja, że nie stwarza się ciężarnym kobietom, które nie chcą mieć dziecka, innej możliwości niż aborcja. Istnieje przecież możliwość oddania niechcianego niemowlęcia do adopcji. W domach samotnych matek w Polsce jest dziś więcej wolnych miejsc niż chętnych kobiet, liczba zaś małżeństw oczekujących na adopcję niemowląt znacznie przewyższa liczbę niechcianych dzieci. Wspomniana przeze mnie rozmowa z Joanną Sosnowską pokazuje, że przeciwnicy tych rozwiązań znajdują się raczej w środowiskach niezbyt życzliwych Kościołowi. Wystarczy powiedzieć, że aż 54% domów samotnych matek w naszym kraju jest prowadzonych przez instytucje katolickie, ani jeden zaś przez feministki.

Kolejny zarzut mówi o gorszącym sporze o wielkość aborcyjnego podziemia. To prawda, że licytowanie się liczbami zabitych dzieci budzi niesmak. Problem jednak w tym, że argumenty tego typu wprowadzają do obiegu publicznego zwolennicy aborcji. Mało tego, psują oni dyskusję, podając fałszywe liczby, a robią to celowo, aby osiągnąć efekt opisywany swego czasu przez dr Nathansona (częstotliwość występowania danego zjawiska ma być argumentem na rzecz jego legitymizacji). Z tego, co wiem, środowiska pro life nigdy nie występowały jako pierwsze w tego rodzaju sporach — one tylko odpowiadały na ewidentne fałszerstwa ze strony oponentów. Tak więc mają one do wyboru: albo milczeć i dopuścić do tego, by kłamstwa bez przeszkód utrwalały się w opinii publicznej jako „ostatnia wersja prawdy”, albo prostować fałszerstwa i narażać się Józefie Hennelowej, że prowadzą gorszący spór o liczbę zabitych, bo przecież nawet jedna aborcja jest tragedią.

Najbardziej natomiast zdumiało mnie zdanie Józefy Hennelowej o „głęboko nieludzkim” wymiarze obrony życia, kiedy to stawia się wymagania wyznaniowe osobom niewierzącym. O co chodzi? Chodzi o rzekome zanegowanie prawa niekatoliczek do antykoncepcji. Piszę „rzekome”, ponieważ Kościół — wbrew temu, co wyczytać można z tekstu Józefy Hennelowej — nie zabrania niekatoliczkom używania środków antykoncepcyjnych. Są one powszechnie dostępne w sprzedaży i nikt nie ściga za posiadanie prezerwatywy, tak jak ściga się za posiadanie narkotyków. Być może publicystce „Tygodnika” chodzi o to, że środki antykoncepcyjne nie są dostępne za darmo i refundowane przez państwo. Problem polega jednak na tym, że to nie Kościół, lecz państwo decyduje, które środki podlegają refundacji.

Warto prześledzić zresztą głosy katolickich hierarchów, którzy zabierali głos w tej sprawie. Nie znam ani jednego, który powoływałby się na argumenty religijne, np. arcybiskup Józef Życiński mówił, że wydawanie pieniędzy z budżetu państwa (a więc z kieszeni podatników) na refundację antykoncepcji w sytuacji, gdy dla wielu pacjentów brakuje środków na leki ratujące życie, byłoby bardzo niemoralne.

Zgadzam się natomiast z Józefą Hennelową, że istnieje w Kościele „obojętność na fakt najbardziej bolesny: na to, co się dzieje z szczątkami dzieci, gdy giną — samoistnie albo w wyniku gwałcenia ustanowionego prawa”. Wiem, że środowiska pro life próbują to zmienić, ale bez zdecydowanego poparcia kościelnej hierarchii może okazać się to nieskuteczne. Częściowo jest to wina szpitali, które nie chcą wydawać szczątków poronionych dzieci rodzicom, gdyż musiałyby wypisać akt zgonu, a to psułoby im statystyki śmiertelności niemowląt. Częściowo są to zaniedbania duszpasterskie, gdyż niektórzy księża nie chcą uczestniczyć w chowaniu zwłok nienarodzonych dzieci, uroczystość zaś tego typu nazywana bywa w języku parafialnym nieco pogardliwym mianem „pokropka”.

Rzeczywiście, jeśli Kościół ma być konsekwentny w swym nauczaniu o godności, świętości i szacunku dla każdego ludzkiego życia od momentu poczęcia, to powinien bardziej zdecydowanie ten szacunek okazywać wobec tych, z którymi porównywał się już św. Paweł — z „poronionymi płodami”. Znam wiele małżeństw, które przeżyły żałobę po stracie nienarodzonego dziecka — dla nich nie ma wątpliwości, że ich dziecko było osobą, nadali mu imię, utrzymują z nim więź modlitewną, doświadczają jego duchowej bliskości. Kościół powinien głośniej upomnieć się o ich godność.

Potrzebna modlitwa
Grzegorz Górny

urodzony 30 marca 1969 r. – polski dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”, publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów. W latach 2003-2009 publikował felietony na łamach miesięcznika „W drodz...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze