Barbarzyńca w Brukseli
Oferta specjalna -25%

Dzieje Apostolskie

0 opinie
Wyczyść

Byłem niedawno w Brukseli. W zacnym towarzystwie współbraci jezuitów z Europy Środkowowschodniej. Celem wizyty było poznanie katolickich centrów i organizacji nastawionych na posługę ludziom pracującym w europejskich instytucjach. Czas wypełniały różnorodne spotkania, w tym wspólna modlitwa. Ludzie życzliwi i gościnni. Okazało się jednak, że w rozumieniu Kościoła dość znacznie się różnimy.

Już na wstępie się poróżniliśmy. Poczuciem humoru. Otóż pewien dostojny belgijski duchowny opowiedział mi dowcip: „W związku z beatyfikacją Jana XXIII otworzono jego trumnę. Patrzą, patrzą i mówią: O! wygląda dużo lepiej niż Jan Paweł II”. Nie wiedziałem, czy kurtuazyjnie się roześmiać, czy też dać wyraz swej dezaprobacie. W tym ostatnim przypadku groziło mi, że na wstępie zostanę uznany za przedstawiciela ciemnogrodu i zapiekłej parafiańszczyzny. Potem też bywało różnie. Podczas rozmowy w gronie samych katolików zapytałem Brukselczyków o casus Rocca Buttiglionego. Wiadomo, gość został uznany za niezdolnego do bycia wysokim urzędnikiem unijnym, gdyż zapytany o homoseksualizm wyrecytował opinie z Katechizmu Kościoła Katolickiego. Moje pytanie wzbudziło zażenowanie. Zupełnie, jakby ktoś głośno zepsuł powietrze. Rozmówcy po prostu nie chcieli mieć zdania na ten temat. Jeden coś bąknął, że Buttiglione nie musiał od razu gadać o grzechu, bo przecież obowiązują w cywilizowanym świecie pewne standardy. Pytanie, czy można otwarcie wyznawać katolicki światopogląd i być komisarzem unijnym, też nie zostało podjęte.

Niestety, niezrażony brakiem porozumienia w sprawie Rocca Buttiglionego brnąłem dalej. Zapytałem mianowicie moich kolegów katolików z Brukseli o obecność, a raczej nieobecność, wzmianki o chrześcijaństwie i brak odwołania się do Boga w tzw. konstytucji europejskiej. Pewien uczony i ze wszech miar sympatyczny kapłan odpowiedział mi z uśmiechem, że to bardzo dobrze, iż „chrześcijaństwa” i „Boga” nie ma w preambule. Powinniśmy bowiem budować społeczeństwo pluralistyczne i otwarte, a nie walczyć o państwo wyznaniowe. Próbowałem polemizować, podkreślając, że dokument ze słowem „Bóg” wcale nie jest mniej pluralistyczny niż tekst bez „Boga”. Wręcz przeciwnie! Słowo to pozwoliłoby ludziom wierzącym w tak czy inaczej rozumianego Boga poczuć, że ich wiara traktowana jest poważnie jako rzeczywistość o wymiarze wspólnotowo–społecznym. Pluralizm oznacza wszak obecność różnych opcji, a nie hegemonię laickości, która spycha chrześcijaństwo do kruchty. Na to mój czcigodny rozmówca stwierdził, że w chrześcijaństwie nie chodzi o słowa i gesty, ale o czyny. Zupełnie nieistotne są więc wyrazy: „chrześcijaństwo”, „Bóg”. Bush powołuje się na Boga i co? Prowadzi złą, bezbożną wojnę w Iraku! Interlokutor dodał ponadto z entuzjazmem, że dokumenty unijne mówią na przykład o subsydiarności, a to jest przecież pojęcie z nauki społecznej Kościoła. Zatem w Unii traktuje się katolików poważnie i czerpie z ich dorobku. Nie ustępowałem i pogrążyłem się zupełnie, stwierdzając, że nie chodzi mi o to, aby z powodu braku „Boga” i „chrześcijaństwa” w preambule odrzucić całkowicie traktat konstytucyjny, ale — z drugiej strony — należałoby zaprotestować, jeśli w jednym z pierwszych projektów wspominano rewolucję francuską, a o chrześcijaństwie nie chce się słyszeć.

Ciekawa była wizyta w jednej ze wspólnot zakonnych w Brukseli. Zjedliśmy, popijając małym co nieco, i miło pogawędziliśmy. Moją uwagę zwrócił jednak fakt, że na drzwiach domu zakonnego nie było krzyża ani też żadnej tabliczki, że tu mieszkają zakonnicy, księża. Wytłumaczono mi, że nie należy zrażać ludzi inaczej myślących nachalnymi emblematami. Chodzi raczej o to, by cicha obecność promieniowała w sposób niewidzialny. Innymi słowy, trzeba w dzisiejszej rzeczywistości być niewidoczną, bo rozpuszczoną w zsekularyzowanym społeczeństwie solą, a nie światłem, które brutalnie oślepia. No cóż! Pomyślałem sobie o dziesiątkach „farbowanych” i prawdziwych biedaków, którzy nie dają zakonnikom spokoju i dobijają się do bram klasztornych, dobrze wiedząc, że tu są właśnie księża. Gdybyśmy tak porzucili „świecące” krzyże i propagandowe tabliczki, wybierając metaforę niewidzialnej soli, to prawdopodobnie mielibyśmy dużo większy spokój.

Zabawna była też historia dotycząca małej kaplicy położonej pośród molochów europejskich instytucji. Otóż ekipa opiekująca się kaplicą długo rozeznawała, czy robić raz w tygodniu wystawienie Najświętszego Sakramentu. Chodziło o to, by nie obrazić religijnych uczuć niekatolików. Proces rozeznawania zapewne jeszcze trwałby, ale na szczęście pewien protestant przekonał supertolerancyjny staffs kapliczny, że Najświętszy Sakrament nikogo nie obraża. Widać, że w planach Opatrzności Bożej reformacja miała jednak sens…

Wróciłem z Brukseli do Polski, a tu wszędzie banery obwieszczające wielkopostne rekolekcje. Czyż ci kaznodzieje nie rozumieją, że w chrześcijaństwie chodzi nie o słowa, ale o czyny, najlepiej te niewidzialne?!

Barbarzyńca w Brukseli
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze