Benedyktyńska kwoka

Benedyktyńska kwoka

Nie szukaj miejsc szczególnych i „faworyzujących” modlitwę, ale zostań tam, gdzie jesteś, dużo milcz i służ innym z radością, bądź bezbronny. A to, że modląc się, nie dokonałeś uzdrowienia czy nie rozpoznałeś duchów, niekoniecznie świadczy o tym, że jesteś gnuśny i źle się modlisz. I tak jesteś synem Boga Najwyższego – czy to mało?!

„Gdybym był świętym egipskim abba lub pustynnym egzemplarzem osaczonym przez bystre oko Teodoreta z Cyru układającego dla potomności barwną kolekcję mnichów syryjskich, lub byłbym choćby policzony do dzikiej gromady ojców jurajskich, albo nawet pomieszczony w annałach pośród co bardziej rozgarniętych ascetów aiguebellskich – klnę się na mój kaptur – zostawiłbym po sobie tylko jedną życiową maksymę: »Nie wybieraj piskląt z gniazda«”.

Gdybym miał trochę więcej szczęścia do kronikarzy, literackich krytyków i braci z kapłańskiego cechu – myśl ta mogłaby nawet stanąć w pełnym szacunku tęskno-bliskim oddaleniu przy Popperowskiej sławnej zasadzie moralnej: „Nie strasz zaproszonych prelegentów pogrzebaczem” (to przeciw Wittgensteinowi i chyba przeciw redaktorom naczelnym miesięczników), bo zdaje się, że pod taką kategorię również podpada. Nie wydumał jej filozof, nie skonstruował ideolog, ale podyktowało twarde życie – niech będzie, że „duchowe”. Oczywiście – nic za darmo; uchylenie rąbka tajemnicy, czyli „co autor miał na myśli?”, wymagałoby wielu pielgrzymek, pokornego czekania pod celą (oczywiście rozmawiałbym w starym dobrym stylu przez zamknięte drzwi), darów wreszcie i okazywania przynajmniej umiarkowanego entuzjazmu wobec tak powalającej mądrości. A ponieważ nawet i mnichów obowiązują zasady promocji, zapytajmy bez ponoszenia zbędnych kosztów: co właściwie autor miał na myśli?

Modlitwa wyjęta z kontekstu

Autor miał na myśli modlitwę. Modlitwę wyjętą z kontekstu całego ludzkiego życia, wyłuskaną z życiowego środowiska jak pisklę z gniazda i stojącą nierzadko w opozycji do niego, ba – zachowującą autonomię wobec norm moralnych i posłuszeństwa Kościołowi, modlitwę przedstawianą przez komentatorów niczym byt samoistny i sztuka dla sztuki, cel najwyższy ludzkiego działania, samoobsługującą się czynność, która staje się wreszcie, usprawiedliwiona przez swoją własną nobliwość, ucieczką od ludzi, problemów i życia.

Pół biedy, kiedy jest ucieczką, schronieniem (trudno komuś odmawiać schronienia), ale praktyka jej może stanowić u pewnego rodzaju ludzi paszport, misję kanoniczną i prawo do poprawiania innych i wreszcie decydowania o nich ze świętego nadania. W zakonach, które z natury rzeczy dla zachowania spokoju, rytmu i jakiej takiej efektywności działań dużej grupy ludzkiej dążą do uniformizacji, dochodzi do praktyki „rezerwowania przestrzeni” – by uchronić moją indywidualność, muszę zadbać, aby kojarzono mnie z czymś szczególnym: talentem, ubiorem, funkcją. Jeśli nie mam innych talentów – zawsze mogę „pójść w pobożność”, w „nabożeństwo do…”, „w modlitwę”. I tak czasami dochodzi do tragikomicznych sytuacji, gdy dostrzegamy rywalizujących ze sobą o rząd dusz „brata naukowca” i „brata z kaplicy”. Pierwszy przemawia do nas argumentami tak racjonalnymi i tak podbitymi cynizmem, że słowa takie jak „ofiara”, „ dar”, „poświęcenie”, „cierpienie za” stają się wręcz żenujące. Drugi zaś w imię zaufania do Pana gotowy jest interpretować naszą migrenę jako skutek oddalenia się od Boga, zabrać nam środki uśmierzające i włożyć na nas ręce.

Summa summarum „brat doktor” jest mniej niebezpieczny, bo jego pycha jest bardziej na wierzchu i niedostatecznie okadzona skłania go najczęściej do zrzucenia duchowej sukienki. Przypadek drugi zaś z zadziwiającą konsekwencją dąży do zawłaszczenia całego wspólnotowego miejsca, powołując się na „szczególny kontakt” z Bogiem, który daje mu prawo rozkazywać innym, nie pomijając przełożonego. Ta patologia „wybrania” niekoniecznie musi objawiać się w konkretnych słowach – wystarczy, że ktoś taki przez swój wzrok, milczenie, mimikę wskazującą na medytowane właśnie tajemnice bolesne, zagęści atmosferę i do beczki wspólnotowego miodu włoży łyżeczkę dziegciu o nazwie „poczucie winy”. Kto bowiem z nas może z ręką na sercu powiedzieć, że modli się „wystarczająco” albo „tak jak trzeba”? Widziałem „przewodników duchowych” ślęczących przed Najświętszym Sakramentem (nazywanego przez nich poufale „Panem Jezusem”), którzy dokonywali później duchowego gwałtu na drugiej osobie, próbując wedrzeć się do jej serca (z jakimi zamiarami?), używających właśnie na początku rozmowy „argumentu z modlitwy”. Jak boleśnie trafiający to argument i jak ponętno-obiecująca jest dziedzina wyizolowanej modlitwy, mogą świadczyć choćby modne ostatnimi laty pustelnie i leśniczówki, gdzie ciszy i modlitwy „jak w zakonach kontemplacyjnych” uczą również księża, którzy z ciszą i modlitwą mają do czynienia wyłącznie podczas tej nauki, co nie przeszkadza uczestnikom skompaktowanego skupienia, ciszy i modlitwy (2–3 dni).

„Obnoszona na zewnątrz, jaskrawo demonstrowana i stale udowadniana religijność zawsze osłania głęboką i tchórzliwą chciwość i seksualny głód” – notował w Księdze ziół Sándor Márai. Oby się mylił, ale zdaje mi się, że się nie myli; chciwe głody zaznają chwilowego uśmierzenia w czynności wzniosłej, zapewniającej dominację i poza podejrzeniami, napędzają się także obietnicą przyszłego spełnienia niedostępnego dla innych. I to one sprawiają, że sięgamy po sposób, metodę na szczęście, lekarstwo, które staje się narkotykiem. Nasze dziwne zachowania próbujemy podać innym w sosie mistycznej interpretacji – jako znak sprzeciwu, którego i tak nie pojmą zaprzysięgli poganie, albo znak „szczególnego” wybrania i związku ze Zbawicielem: np. ktoś rezygnuje z pracy, by adorować Najświętszy Sakrament, ktoś inny chce porzucić męża i dzieci, by w pełni oddać się modlitwie i kontemplacji. Ktoś inny znów staje się Savonarolą, a jego środki uzdrowienia nadpsutej ludzkości są obezwładniająco proste: przymus, przemoc, eliminacja. Posłużę się słowami Zenona Kruczyńskiego – dokładnie to robi każdy nałóg: wymiata z codzienności wszystko inne, dlatego trudno się od niego uwolnić. I paradoksalnie to, co dumnie nazywa się „dialogiem z Bogiem”, może przeszkodzić w tworzeniu bliskich, ciepłych związków z innymi, o ofiarnej miłości nie wspominając. I powtórzę – nie modlitwa jest tutaj winna, ale wyrwanie jej z kontekstu, pozbawienie oparcia w mądrej formacji i falsyfikacji przez czynne i ofiarne budowanie więzi ludzkich, przebaczenie i ciekawość drugiego człowieka, poszanowanie jego tajemnicy, wreszcie – posłuszeństwo Kościołowi. Można powiedzieć, że w przywołanych przypadkach mamy do czynienia z modlitwą nieposłuszeństwa, która przestaje słuchać Boga, ale nie przestaje obserwować narcystycznie samej siebie.

Próżna nadzieja na spełnienie

Merton próbował nazwać powody takiego fałszywego mistycyzmu i sięgnął jeszcze głębiej, wskazując na pragnienie Boga jako najbardziej podstawowe ze wszystkich ludzkich pragnień. Pisał:

Chociaż pragnienie mistycznego związku z Bogiem jest ze swojej istoty rozsądne i właściwe, to tak łatwo pojmujemy opacznie jego znaczenie, że może stać się czasami najbardziej niebezpiecznym ze wszystkich pragnień. Pragnienie Boga (…) leży u podstaw wszelkiego naszego poszukiwania szczęścia. Nawet grzesznik szukający szczęścia tam, gdzie nie można go znaleźć, podąża za ślepym, błędnym, nieświadomym siebie pragnieniem Boga. Z tego punktu widzenia, nie jest zatem możliwe nie pragnąć Boga. Z drugiej strony, używając wyrażenia „pragnąć Boga”, poniekąd redukujesz Go tym samym do statusu „obiektu” lub „rzeczy”, tak jakby był On „czymś”, co można uchwycić i posiąść w sposób, w jaki posiadamy bogactwa, wiedzę lub jakieś stworzenie. I choć to prawda, że zobowiązani jesteśmy żywić nadzieję na spełnienie naszych najgłębszych potrzeb w obrazie Boga, to jednak bardzo niebezpiecznie jest przy tym myśleć o Bogu jedynie jako o spełnieniu wszystkich naszych potrzeb i pragnień. Czyniąc tak, skłaniamy się nieuchronnie ku zniekształceniu, a nawet desakralizacji Jego świętej i nieskończonej Prawdy. Widziałem wielu ludzi wstępujących do zakonów ze szczerym, gwałtownym pragnieniem Boga i doświadczenia kontemplacyjnego. I widziałem, jak opuszczali klasztor pobici, sfrustrowani przez samą intensywność swoich niespełnionych pragnień. Nie ma bardziej okrutnej nadziei niż próżna nadzieja na doskonałe spełnienie, rozumiane w taki sposób, że staje się całkowicie niemożliwe.

I jeszcze znamienne słowa o tzw. duchowych przewodnikach dobrze ukazujące naszą przemądrzałość zrodzoną przez ignorancję:

Okrucieństwa przydaje tej porażce nieubłagane samozadowolenie nauczycieli życia duchowego, którzy upierają się, że „nie znalazłeś Boga, ponieważ Mu czegoś odmówiłeś. Nie zgodziłeś się zapłacić ceny”. Tak jakby zjednoczenie z Bogiem było czymś, co wystawia się na sprzedaż w klasztorach jak szynkę lub ser, rodzajem tajemnej transakcji, oferowanej ludziom na kontemplacyjnym czarnym rynku – oferowanej temu lub innemu nieszczęsnemu klientowi dokładnie w momencie, kiedy jego kieszenie są puste.

Merton nie wspomina, ile czasu może trwać takie złudzenie, ale nie pocieszajmy się zbyt szybko, że to przecież tylko dolegliwość wieku cielęcego, kiedy to przewodnik duchowy sam sobie wydaje się jeszcze piękny i koniecznie chce przejść do historii jako „ojciec założyciel”, ofiarując tytuł „pierwszych towarzyszy” tym najwierniejszym, omamionym obietnicą nie do spełnienia, oddającym swój czas, pieniądze, towarzyskie kontakty, by „zapłacić cenę”. Trwać to może i całe życie. Zmieniać bowiem możemy „ojców założycieli” a zawiedzeni „ojcowie założyciele” mogą obłożyć anatemą tych, którzy niczego nie zrozumieli i rozglądnąć się za nowym rocznikiem poborowych.

Arsenał przeciwko uzależnieniom od mistycznych iluzji

Nie mogę więc wyjść z podziwu dla św. Benedykta, który zaopatrzył nas w cały system zaczepno-obronny wobec wszelkich uzależnień od mistycznej iluzji, świętych dziwactw i wątpliwych praktyk pustoszących nasze wewnętrzne życie. W swojej Regule niewiele mówi o modlitwie, ale za to dużo o stopniach pokory, które są zachętą dla mnichów, by stawać się ubogimi, ogołoconymi, łagodnymi i zadowalającymi się ostatnim miejscem, zaprasza ich do pięknej wdzięczności za wszystko. Jego „narzędzia dobrych uczynków” nie są czymś „specjalnie mistycznym”, ale powtarzają starą naukę Kościoła o uczynkach wobec ciała i ducha, i przypominają o potędze Bożego miłosierdzia. Praca, modlitwa, wypoczynek, lektura – a wszystko to w poczuciu, że Bóg na nas patrzy, że żyjemy w Bożej obecności, że to nie my zbudowaliśmy dom Bogu, ale mieszkamy u Niego, jesteśmy u Boga, ubodzy. Wszystko powinno mieć swój czas i swoje miejsce, a wszystkim rządzić dyskrecja, mądre rozpoznanie rzeczy i odpowiedniego momentu, wszystko powinno przenikać umiarkowanie. Benedykt uczy nas „pamięci o Bogu” i że jedną z wielu jej form jest modlitwa. Nie tylko ta „osobista”, ale nade wszystko ta publiczna, kiedy recytujemy psalmy, a w nich wołamy do Pana, dziękujemy Mu, sławimy Go i chwalimy, przepraszamy. Psalmy wychowują nas, odbierają tę namiętną dzikość i brak umiaru w kosztowaniu Bożych pociech, w wyczekiwaniu na Jego odpowiedź i kolejny znak potwierdzający naszą misję, stawiają nas na właściwym miejscu, chronią od gadulstwa, pozwalają włączyć się w historię Izraela, Sprawiedliwego Jezusa i naszych Ojców w wierze. Każdy może je recytować i śpiewać, co chroni nas przed poczuciem elitaryzmu i w końcu stają się nasze, osobiste. I jest to moment, w którym można uznać się za ludzi ucywilizowanych…

W tej szkole otwierania się na Bożą obecność Jezus przychodzi do nas w chorych, biednych, oskarżonych i odrzuconych, widzimy Go w przełożonym, choć duch Oskarżyciela podpowiada, żeby knuć przeciw niemu, ośmieszyć go, traktować jak powietrze. Podczas momentów lectio, które są niezmiernie trudne, bo osacza nas zmęczenie, sen, myślenie o niedokończonej pracy, Jezus prosi nas o zanurzenie się w Bożej dobroci i wyrzuca nam nasze niedowiarstwo, praktyka lectio uczy nas, że nie trzeba wszystkiego pojąć, przeczytać, zrozumieć, że wystarczy jedno zdanie, które mnie uderzyło, jedno słowo z Ewangelii, żeby zacząć nim żyć i odmienić dotychczasowe życie. I cieszyć się, i mieć jasne, dobre spojrzenie, które tyle pociechy przynosi braciom.

Czekanie na Boga i nauka chodzenia w Jego obecności w tej szkole realizuje się może nade wszystko w geście przebaczenia. Benedykt zobowiązuje mnichów do pojednania się jeszcze przed zachodem słońca. Na zakończenie laudesów opat sam recytuje Ojcze nasz, a wszyscy inni słuchają i mają się dosłuchać w tej modlitwie modlitw nade wszystko jednej prośby i przykazania: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Jeśli przychodzi na mnicha czas oratio, to niekoniecznie musi poddawać tę modlitwę drobiazgowej analizie: skąd ona i dokąd ona. Jest to wybuch serca, rwący potok, który sam się staje i sam się wycisza w sercu. Zapewne nie jest dobrze sztucznie go podtrzymywać i przedłużać, ale trudno nie zauważyć, że korzenie tej żywej modlitwy, modlitwy „bardzo osobistej” tkwią mocno w całym systemie praw, zwyczajów, gestów i obowiązków tworzących monastyczną kulturę (Adam z Perseigne, mistyk cysterski zmarły w 1221 roku, nie waha się mówić o „filozofii”) i zabezpieczających zdrowie takiej modlitwy. Rzekłbym, że nie ma innego sposobu, żeby ukształtować w nas Chrystusa, zjednoczyć się z Nim i przemienić w Niego. Benedyktowy system zaczepno-obronny ze swoimi wytrącającymi nas z egocentryzmu zaleceniami, budowaniem pokoju i równowagi w każdej sytuacji i przez każde działanie, z pokorą wyganiającą za mury przekonanie, że świat nas nie docenia i trzeba z nim wyrównać rachunki, wymaga wiary i do wiary nas wychowuje. „Dla mnie – pisał Merton – stać się Chrystusem znaczy wejść w Życie całego Chrystusa, Mistyczne Ciało Chrystusa złożone z Głowy i członków – Chrystusa i wszystkich, którzy w Niego włączeni dzięki Jego Duchowi. (…) Jeśli zatem chcesz mieć w sercu uczucia i nastawienia, jakie miał Chrystus tu na ziemi, nie odwołuj się do wyobraźni, ale do wiary. Wejdź w ciemność wewnętrznego wyrzeczenia, ogołoć swoją duszę z obrazów i pozwól Chrystusowi ukształtować Się w tobie przez Jego krzyż”. A ja dodam – pozwól rękami innych odebrać sobie twory twojej wyobraźni na temat wspólnoty, modlitwy i twojej własnej świętości – to będzie lepsze i zdrowsze niż próba samooczyszczenia. Nie szukaj miejsc szczególnych i „faworyzujących” modlitwę, ale zostań tam, gdzie jesteś, dużo milcz i służ innym z radością, nie zaniedbuj drobnych gestów miłości i przyjaźni, bądź bezbronny, nie mścij się, bądź dyskretny w swojej pobożności, nie ściągaj na siebie szczególnej uwagi – niech mówią o tobie, co chcą. A to, że modląc się, nie dokonałeś uzdrowienia czy nie rozpoznałeś duchów, niekoniecznie świadczy o tym, że jesteś gnuśny i źle się modlisz. I tak jesteś synem Boga Najwyższego – czy to mało?!

Pielęgnować pamięć o Bogu

Życie z całym Chrystusem – bez eliminacji, brania w nawias spraw z Nim związanych, które nie zaspokajają moich głodów szczęścia, bezpieczeństwa i prostych rozwiązań – prowadzi do dziecięcej wolności i wdzięczności Ojcu. Rzeczywiście musimy stać się jak dzieci, żeby wejść do Królestwa Niebieskiego. Dziecko nie zawsze bawi się na kolanach matki czy jest noszone na ramionach ojca. Najczęściej bawi się samo lub z rówieśnikami i jest szczęśliwe, gdy wie, że rodzice są niedaleko. Bawi się, lecz wszystko słyszy i potrafi powtórzyć z dokładnością do milimetra, o czym rodzice mówili. Ale to nie wszystko – od czasu do czasu lubi sprawdzić tę obecność, lubi podbiec i przynieść jakąś drobną rzecz, dziecięcy „skarb”, lubi przytulić się do matki i złapać za rękę ojca, przybiega także zawołane przez nich. Z upływem czasu ta spontaniczność, ta świeżość musi być podtrzymywana przez kulturę, przez wychowanie – rodzice przypominają dziecku, że miłość należy okazywać nie tylko wtedy, kiedy się ma ochotę, a zabawa się udała. Można mówić o kulturze dopiero wtedy, gdy przybierze ona formę pięknego odruchu, nawyku. I tak też jest w naszej relacji z Bogiem. „Uzależnienie od modlitwy” brzmi źle nie tylko ze względów językowych, lepiej zadbać o odruch, wychować nawyk, który stanie się naszą drugą naturą. Pielęgnować pamięć o Bogu można nawet przy bardzo prostej czynności, jaką jest codzienne błogosławienie pokarmów. Proste błogosławieństwo niesie ze sobą całą potężną naukę o tożsamości osoby – kto jest kim, kim Bóg, kim człowiek, wskazuje na „filozofię” spotkania z Bogiem, człowiekiem i światem, wypływa z tej filozofii. Pamiętam opowieść siostry Anny Bodzińskiej z Notre Dame de Sion o żydzie, który złapał za rękę swojego syna sięgającego po jabłko. – Czy odmówiłeś błogosławieństwo? – pyta wzburzony ojciec. – Nie. – To znaczy chciałeś ukraść to jabłko. – Jak to ukraść?! – To jabłko należy do Boga jak wszystko na ziemi. Podziękuj za nie Bogu, a nie będziesz uznany za złodzieja.

System Benedykta, jego szkoła, wszystkimi dostępnymi środkami buduje relacje, jej absolwentów zaś (choć właściwie nigdy tej szkoły nie opuszczają, bo są zbyt wielkimi grzesznikami) rozpoznaje się po nawyku relacji. Można także zaliczyć do niego „skłonność do modlitwy”, choć mnisi potrafią zaprotestować, kiedy nazywa się ich „ludźmi modlitwy” – podobnie jak chrześcijanie, kiedy nazywa się ich „ludźmi Księgi”, są po prostu poszukiwaczami Boga. Poszukiwaczami śmiałymi, lecz pogodzonymi również z obowiązkami i działaniami, które modlitwą nie są lub wręcz czynią ją trudną i „bez smaku”. Wiedzą bowiem zbyt dobrze, że to właśnie one „wychowują” modlitwę i pozwalają jej właściwie bezbłędnie – przez prowokowane ogołocenie – rozróżnić, co Bogiem nie jest. I rzucić się bez wahania i uroczystych przygotowań w ramiona Ojca, Tego, który Jest, i Który właśnie przechodzi.

Gdybym był świętym abba egipskim i tak nie pokazałbym mojej maksymy moim braciom, bojąc się masowego oskarżenia o plagiat. Ale i takie oskarżenia są dowodem na Jego obecność w naszej szkole.

Benedyktyńska kwoka
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...