czerwony rower
fot. Mitchel Lensink / Unsplash
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Jana

0 votes
Wyczyść

Trudno oczekiwać, że mój mąż czy żona domyśli się, co mi sprawi przyjemność, czego potrzebuję w zbliżeniu seksualnym, jakiego pragnę dotyku, czułości, pieszczoty. To ślepa uliczka. O tym trzeba porozmawiać.

Katarzyna Kolska: Małżonkowie to dwie osoby. Ale też dwa ciała, które mają stać się jednym. Ogromna bliskość, z którą czasami mamy spore problemy. Czy to znaczy, że boimy się naszego ciała?

Barbara Smolińska: Każdy z nas wchodzi w dorosłe życie z tym, co otrzymał w dzieciństwie. Jeśli dostaliśmy wystarczającą porcję miłości, bliskości, ciepła i poczucia bezpieczeństwa, nie powinniśmy mieć problemów z budowaniem bliskiej relacji w życiu dorosłym, bo nie będziemy się obawiać emocjonalnej i fizycznej bliskości. Ci, którzy dostali za mało, z jednej strony bardzo tego pragną i potrzebują, ale jednocześnie bardzo się tego boją, bo przecież boimy się tego, czego nie znamy. Osoby, które były traktowane nadopiekuńczo też mogą się chronić przed bliskością. Kiedy dorastamy, dojrzewamy do niezależności – jeśli rodzice trzymali nas na pasku i tę niezależność nam w niezdrowy sposób ograniczali, wówczas każda bliskość będzie dla nas czymś trudnym.

Czy bliskość fizyczna służy budowaniu dobrej relacji w małżeństwie?

Ona jest niezbędna. Tyle że ta bliskość ma kilka wymiarów.

Jako pierwsza pojawia się namiętność. Jest to czas zafascynowania druga osobą, zakochania, ale także pożądania seksualnego. I zazwyczaj właśnie od namiętności zaczyna się związek dwojga osób. Choć bywa i tak, że para się najpierw ze sobą przyjaźni, a namiętność i pożądanie przychodzą później.

Namiętność jest bardzo silna, ale też szybko się wypala. W jej miejsce pojawia się natomiast intymność, która związana jest z czułością, empatią, wspólnymi zwyczajami, rytuałami, sposobem zwracania się do siebie, powierzanymi sobie tajemnicami. Budowanie intymności to proces, coś, co trwa latami.

Ostatni wymiar budowania bliskości określiłabym jako zaangażowanie w relację. Ono jest związane z wyborem – mimo kryzysów w związku, mimo tego, że już wiem, iż partner nie jest idealny, że ma dużo wad, robię wszystko, żeby ten nasz związek rozkwitał, żeby nie brakowało w nim namiętności, intymności, bliskości.

Przez wiele wieków Kościół podkreślał prokreacyjną rolę współżycia. O tym, że seks ma nam sprawiać przyjemność i umacniać więź między małżonkami, raczej się nie słyszało.

To prawda. Mamy za sobą całe wieki postawy manichejskiej, czyli takiej, która mówiła, że ciało jest czymś złym. A mówiąc: „ciało”, mamy na myśli przede wszystkim potrzeby seksualne. I choć nauka Kościoła na ten temat bardzo się zmieniła w ostatnich kilkudziesięciu latach, to wciąż zbyt rzadko o tym słyszymy z ambony. Teologia ciała, o której mówił Jan Paweł II, i jego książka Miłość i odpowiedzialność, którą napisał jeszcze jako biskup krakowski, wciąż są mało znane albo w ogóle nieznane. Tymczasem pożycie intymne jest wyrazem więzi i tworzy więź. To nie podlega dyskusji.

Mówi się czasami, że ludzie są niedopasowani do siebie seksualnie. To chyba utrudnia budowanie bliskiej relacji?

Nie będę się wypowiadać o niedopasowaniu seksualnym na poziomie anatomicznym, bo nie jestem seksuologiem. Ale też nie wydaje mi się, żeby to był częsty problem. Natomiast jako psychoterapeuta miałabym ochotę powiedzieć, że każda para jest na początku w jakiś sposób niedopasowana. Kobieta ma inne potrzeby niż mężczyzna, mężczyzna oczekuje i pragnie czegoś innego niż kobieta. Żeby te swoje oczekiwania spełnić, trzeba najpierw poznać siebie, czyli wiedzieć, czego ja chcę i pragnę, co sprawia mi przyjemność, a potem trzeba poznać potrzeby drugiej strony. Czyli trzeba się dopasować.

Każda para musi szukać swojego rytmu i sposobu zbliżeń – ustalić, jak często ze sobą współżyjemy, jak długo ma trwać zbliżenie, czego potrzebujemy, jakiej gry wstępnej. Jeśli tak na to spojrzymy, wówczas cała historia związku to historia dopasowywania się. Bo nie można się dopasować raz na zawsze. Nasze potrzeby i oczekiwania się zmieniają, fazy związku przechodzą jedna w drugą, małżonkowie chorują, starzeją się, itd.

Czy to znaczy, że małżonkowie powinni rozmawiać o swoich potrzebach seksualnych?

Wiele osób o swojej seksualności nigdy z nikim nie rozmawiało, dlatego trudno potem o tym rozmawiać w małżeństwie. Rodzice unikają tego tematu, licząc na to, że ktoś – najlepiej szkoła – zrobi to za nich. A w szkole toczy się walka o to, kto i w jaki sposób miałby o tym mówić. Jeśli więc nie dom i nie szkoła, pozostaje już tylko edukacja podwórkowa.

Mimo tych braków, z którymi wkraczamy w dorosłość, mimo tego, że takie rozmowy mogą być trudne, zachęcałabym małżonków, żeby rozmów o seksie nie unikali. Bo milczenie nie jest dobrym rozwiązaniem, rodzi tyle niepotrzebnych nieporozumień, które tak się kumulują i wpływają na tyle innych sfer życia małżeńskiego, że w końcu para trafia na terapię. I dopiero wtedy się uczy, jak rozmawiać o swoich potrzebach seksualnych.

Trzeba też pamiętać, że każda z osób wnosi do związku swoją historię, swoje lęki, swoje obawy, to, co na temat seksu mówiło się w domu. A w wielu domach seks traktowany był jako coś złego, grzesznego. Nie można też zapominać o osobach, które zostały w dzieciństwie wykorzystane seksualnie – a jak potwierdzają statystyki i wiedza z gabinetów terapeutycznych, takich osób nie jest wcale tak mało. To wszystko rzutuje na życie seksualne małżonków. Dlatego jeszcze raz podkreślę: Nie unikajmy rozmów o naszej seksualności.

Milczenie utrudnia budowanie bliskiej relacji intymnej?

Oczywiście, że tak, dlatego że wszystko jest wówczas oparte na domysłach. A przecież kobiety i mężczyźni bardzo się różnią. Jeśli więc pewnych rzeczy sobie nie powiemy, pozostaniemy w sferze marzeń, domysłów i rozczarowań. Trudno oczekiwać, że mój mąż czy żona domyśli się, co mi sprawi przyjemność, czego potrzebuję w zbliżeniu, jakiego pragnę dotyku, czułości, pieszczoty. To ślepa uliczka. Ale to nie może być też forma instruktażu: Nie dotykaj mnie tak, nie tu, mocniej, słabiej, gdzie indziej. I nie powinniśmy o tym rozmawiać w trakcie zbliżenia, bo to może bardzo deprymować drugą osobę.

Intymne zwierzenia powinny się odbywać wtedy, kiedy nie jesteśmy skłóceni, gdy mamy dla siebie dużo życzliwości. Nie twierdzę natomiast, że trzeba powiedzieć wszystko – dobrze, żeby jakiś rąbek tajemnicy pozostał.

Małżonkowie mają często swój kod miłosny.

Ale on przychodzi z czasem, budujemy go od początku naszej znajomości. Kod miłosny to nie są tylko słowa, ale również gesty, sposób sygnalizowania, że mamy ochotę na zbliżenie. Przecież tego wcale nie trzeba wyrażać słowami.

Po uszy tkwimy jeszcze w różnych stereotypach. To chyba też nie ułatwia sytuacji w sypialni.

No tak. Kiedyś nie wypadało mówić, że seks ma być przyjemny i że ma nam dawać dużo radości. Mieliśmy się kochać po Bożemu, cokolwiek by to miało znaczyć, czyli przy zgaszonym świetle, szybko, mężczyzna miał inicjować sytuację, a kobieta miała być bierna i nie okazywać żadnych emocji. O przyjemności ani słowa. Z jednej strony wydaje się, że takie myślenie mamy już za sobą, ale z drugiej strony taki stereotyp gdzieś jeszcze czasami pokutuje.

A tu naprawdę chodzi o to, żeby zbliżenie seksualne wzmacniało naszą relację, sprawiało nam przyjemność, żeby było dla nas czymś ważnym, wyrazem naszej głębokiej miłości, zaufania, jakim siebie darzymy. Przecież trudno sobie wyobrazić w ogóle większą bliskość niż właśnie podczas współżycia. Ważne jednak, żeby nie wpaść ze skrajności w skrajność. O ile przez całe wieki w ogóle nie mówiło się o orgazmie, szczególnie kobiecym, to mam wrażenie, że teraz staliśmy się niewolnikami orgazmu: jeśli kobieta go nie przeżywa, to znaczy, że ma jakiś brak i trzeba go jak najszybciej naprawić. Albo zaczynamy przerzucać odpowiedzialność na mężczyznę, że nie stanął na wysokości zadania. Takie myślenie świadczy o bardzo przedmiotowym traktowaniu seksu. Jeśli zbliżenie seksualne ma być budowaniem naszej więzi, to może ten orgazm wcale nie jest taki najważniejszy.

A jeśli tego seksu w małżeństwie zaczyna brakować?

Słyszę o tym niejednokrotnie w moim gabinecie. Muszę przyznać, że na początku bardzo mnie to dziwiło, żyjemy bowiem w kulturze, która jest przeseksualizowana i która oderwała seks od miłości. Tymczasem młodzi, zdrowi małżonkowie mówią mi, że nie współżyją ze sobą od roku czy od dwóch lat. Lub że sypiają ze sobą raz na kwartał albo na pół roku.

Aż trudno nie zapytać: Dlaczego?

Przyczyny oczywiście mogą być różne: wkraczająca do związku obcość, nierozwiązane konflikty pary lub osobiste problemy, niewyrażana złość, przemoc, alkohol i inne uzależnienia. Małżonkowie unikają też współżycia, gdyż obawiają się kolejnej ciąży. Albo przeciwnie: kobieta jest w ciąży i ma obawy, czy współżycie nie zaszkodzi dziecku. Jest też oczywiście czas połogu, w czasie którego ogromna większość kobiet nie ma ochoty na seks. I to jest zrozumiałe.

Dla obu stron?

Nie zawsze. I, co ciekawe, często kobiety czują się winne takiej sytuacji. W dzisiejszych czasach, gdy ważny jest profesjonalizm, kobieta chce być nie tylko perfekcyjną matką, ale też perfekcyjną żoną. Jeśli więc nie ma ochoty na seks, zaczyna myśleć, że coś z nią jest nie tak.

Ważne jest też oczywiście zrozumienie ze strony męża. Myślę, że to jest pierwszy test na dojrzałość mężczyzny – czy on jest w stanie to zrozumieć i przyjąć, nie obrażać się, nie wymagać, nie mieć pretensji i nie szukać spełnienia swoich potrzeb seksualnych poza związkiem.

Jedno chcę podkreślić: taka symbioza matki z dzieckiem może trwać miesiąc lub dwa, ale nie rok!

Kiedy przychodzą do mnie pary w kryzysie, pytam, kto z kim śpi, to znaczy, jak wygląda układ w rodzinie. Dość często słyszę, że mama śpi z dzieckiem 2-, 3-, 5-letnim, a mąż już dawno został wymeldowany z sypialni i śpi na przykład w salonie na kanapie. To na pewno nie jest dobre.

Więź między małżonkami zostaje zaburzona?

Myślę, że tak, no bo przecież nie jesteśmy tylko psychiką albo tylko duchem. Jesteśmy też ciałem. A potrzeby seksualne to jedne z najsilniejszych potrzeb w naszym życiu. Jeśli więc małżonkowie ze sobą nie współżyją, pojawia się pytanie, w jaki sposób i gdzie te potrzeby realizują? W czasie terapii okazuje się na przykład, że mężczyzna nagminnie się masturbuje, ucieka w pornografię lub korzysta z usług prostytutek, a kobieta nawiązuje przelotne związki.

Małżonkowie, którzy ze sobą nie sypiają koniecznie powinni sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak jest.

Można o tym na przykład przeczytać w internecie: nie mają czasu. Są zmęczeni, przepracowani…

No tak, to jest bardzo realny problem naszych czasów. Są osoby, które pracują po 12–14 godzin na dobę. Wracają do domu późno wieczorem, są chronicznie przemęczone. A to się odbija na naszym życiu seksualnym: nawet najkrótsze zbliżenie seksualne, oprócz tego, że jest przyjemne, angażuje nas też fizycznie. Więc zamiast tracić te kilka czy kilkanaście cennych minut, wolimy iść spać.

Może w tym momencie warto powiedzieć, obalając jeszcze jeden stereotyp, że seks nie może być obowiązkiem. Bo jeżeli robimy coś wyłącznie z obowiązku, to jest to mało przyjemne. Jeśli seks ma nas do siebie zbliżać, ma być więziotwórczy, ma nam dawać radość i przyjemność, to musi się odbywać w wolności. Każdy z partnerów ma prawo – oczywiście delikatnie, bez odrzucenia i nie za karę – powiedzieć „nie”. To jest niezwykle ważne.

Tymczasem w niektórych środowiskach pokutuje jeszcze pojęcie obowiązku małżeńskiego: mężczyzna potrzebuje dużo seksu, dlatego kobieta – w każdym razie ta porządna – spełniając swój małżeński obowiązek, współżyje z nim. Nie ma z tego żadnej przyjemności, przeciwnie – chce, żeby to się jak najszybciej skończyło, odcina się od swojego ciała, myśli o tym, co ugotuje jutro na obiad albo jakie musi zrobić zakupy. To jest bardzo niszczące i niebezpieczne dla związku. Prowadzi wręcz do sytuacji, w której kobieta zgadza się na jakiś rodzaj gwałtu.

A mówimy przecież, że seks wyraża nas na wielu poziomach, angażuje nasze ciało, psychikę i ducha. W przeciwnym razie jest to wyłącznie czysta fizjologia.

Często sprowadzamy seksualność do aktu seksualnego. A przecież to jest wszystko, co się dzieje między nami.

Dobrze, że pani to powiedziała. To są nasze spojrzenia, sposób, w jaki się witamy rano i żegnamy, wychodząc do pracy, to czy śpimy razem w jednym łóżku, czy nie, czy się całujemy, przytulamy, obejmujemy, trzymamy za ręce na spacerze. To jest i namiętność, i intymność, i czułość.

Czasami seks staje się elementem manipulacji w małżeństwie. Jest sprzeczka, konflikt – nie ma seksu.

Seks jest czymś tak wartościowym i więziotwórczym, że nie powinien być przedmiotem manipulacji. Ani elementem kary. A kobiety chwytają się niejednokrotnie takiej metody: Jestem na ciebie zła, nie spełniasz moich oczekiwań, za mało pomagasz przy dzieciach, za późno wróciłeś z pracy – to nie dostaniesz tego, czego chcesz. Tylko że takie zachowanie bardzo niszczy więź.

Istnieje też taki stereotyp, że to mężczyzna zabiega o seks, a kobieta jest albo zmęczona, albo boli ją głowa. I jeśli taka sytuacja trwa zbyt długo, to mężczyzna się poddaje. Słyszę wówczas w gabinecie: Zabiegałem i zabiegałem, ale ciągle słyszałem „nie”, więc przestałem. No bo ile można prosić o coś, czego mi stale odmawiają?

W seksie jesteśmy nadzy, nie tylko fizycznie, ale także symbolicznie i niezwykle łatwo jest nas zranić.

Czy można się godzić w łóżku?

Jeśli jest to jakaś mało istotna sprzeczka, to dlaczego nie? Złość – zdrowo wyrażana – jest dynamiczna i intensywna, a więc dość bliska seksualności.

Jeśli jednak łóżko będzie dla nas miejscem, w którym się godzimy, to nasze problemy pozostaną nierozwiązane.

Dlatego powiedziałam o mało istotnych sprzeczkach. Poważne problemy trzeba rozwiązywać, trzeba o nich rozmawiać. Nie można ich zamieść pod dywan. W łóżku nie załatwimy wszystkiego.

Wspomniała pani o zdradach…

Niestety dotykają one bardzo wielu par małżeńskich.

Powód?

Pewnie jest ich wiele. To temat na osobną rozmowę. Ale jednym z nich jest na pewno więdnięcie relacji seksualnej. I nie ulegajmy mitom, że zdradzają przede wszystkim mężczyźni. Kobiety też zdradzają.

Czy po zdradzie możliwe jest odbudowanie więzi i zaufania w małżeństwie?

Jest to trudne, ale nie jest niemożliwe. Dla wielu par zdrada jest czymś traumatycznym, ale stanowi też punkt odbicia – nie można już dłużej udawać, że wszystko jest dobrze. Czasami takie stanięcie w prawdzie jest potrzebne. Odpowiedzialność za zdradę ponosi oczywiście osoba, która zdradziła, ale przyczyny takiej sytuacji dotyczą zazwyczaj obojga małżonków, a nie tylko jednego.

Myśli pani, że seks jest tak samo ważny w małżeństwie, które jest ze sobą rok, jak i wtedy, gdy ma już za sobą 20 czy 30 wspólnych lat?

Oczywiście, że tak. I dlatego nie można zapominać o tym, o czym mówiłam na początku, czyli o tym ciągłym dopasowywaniu się. 200 lat temu nikt się nie zastanawiał, jak ma wyglądać życie intymne 70-latków, bo ich w ogóle nie było na świecie. Teraz żyjemy coraz dłużej i różne badania mówią o tym, że pary w podeszłym wieku również czerpią radość ze swojej seksualności, chociaż może ona wyglądać inaczej. Może mieć inną dynamikę, inną fizjologię samego aktu.

W dobrych związkach z długim stażem doskonale widać czułość, która łączy te dwie inne przestrzenie – intymności i namiętności. Ona się tworzy przez całe życie.

Czy dobra relacja seksualna to jeden z elementów udanego małżeństwa?

Dobra relacja seksualna jest bardzo ważna w małżeństwie. Jeżeli jej nie ma, to trudno mi uwierzyć, że nikt nie cierpi, że to nie jest przyczyna jakiegoś bólu, że nie jest to coś trudnego albo nienazwanego, czy nawet nieuświadomionego, tylko że tak po prostu jest. Ten brak zawsze o czymś mówi i warto nie odpuszczać tej dziedziny.

Czyli takie przyjemne zadanie dla dwojga.

W ogóle budowanie szczęśliwego, udanego związku to jest zadanie. Nic się samo nie zrobi. I to udane pożycie intymne też się samo nie zrobi. Bo namiętność – która jest na początku – przygaśnie. A żeby przerodziła się w intymność, potrzeba trochę pracy nad sobą, trochę dojrzewania, trochę małego lub większego wysiłku, zgody na zmienność, wzajemnego zaufania i ciekawości, trochę tajemnicy. I miłości. No tak. Bo miłość jest najważniejsza.

Bądź blisko mnie
Barbara Smolińska

doktor nauk humanistycznych, psychoterapeutka i superwizor Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, szefowa Pracowni Dialogu, współinicjatorka inicjatywy...

Bądź blisko mnie
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Katarzyna Kolska napisała dziesiątki reportaży i te...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze