Dlaczego? Biblijne podstawy katolicyzmu
W Piśmie Świętym nie ma fragmentu o tym, że bogaty nie wejdzie do królestwa niebieskiego. Jest tylko powiedziane, że będzie mu trudno. Dlatego na osobach, które zarabiają duże pieniądze, spoczywa wielka odpowiedzialność.
Piotr Świątkowski: Zaczęło się od teatru.
Tomasz Sztreker: Wbrew obiegowej opinii z teatru można żyć. Graliśmy w Mazowieckim Centrum Kultury i Sztuki przy ulicy Elektoralnej w Warszawie. Mieliśmy w repertuarze Nowe szaty króla i Kajtusia czarodzieja. Na Kajtusiu zawsze był komplet. Po sto, sto dwadzieścia dzieci. Byłem producentem i udało mi się stworzyć naprawdę świetny zawodowy zespół. Byłem w nim jedynym amatorem, za to pełnym zapału i chyba dzięki temu zyskałem przychylność reżysera.
Zarobił pan i co dalej?
Zainwestowałem w siebie. Wcześniej, w czasie studiów w Szkole Głównej Handlowej, poleciałem do San Diego. Skończyłem kurs ekonomii i zarządzania. Byłem też w Rzymie, w szkole językowej. Teorii się nauczyłem, ale chciałem zdobyć doświadczenie. Zupełnie inaczej wygląda zdobywanie praktyki w Polsce niż za granicą.
Inaczej, czyli jak?
Tam jest mniej stresująco, bo są mniejsze podatki oraz niskie koszty pracy i utrzymania. Przynajmniej w Stanach Zjednoczonych. Na północy Włoch ludzie się ścigają jak u nas, ale na południe od Rzymu jest spokojniej. Liczy się wiara. Nie jestem dobry w wyścigu szczurów, zdecydowanie wolę rozwój może trochę wolniejszy, ale bardziej stabilny i oparty na wartościach. Na studia magisterskie poszedłem na Akademię Teatralną, na kierunek zarządzanie instytucjami kultury. Po drodze były psychologia i teologia, ale nie skończyłem ich. Długo szukałem swojego miejsca. Rodzicom nie zawsze się to podobało. Teatr dał mi możliwość finansowania wielu kursów, między innymi rocznej szkoły coachów. Do tego szkolenia z zarządzania, ekonomii, prawa. Zjeździłem Polskę wzdłuż i wszerz. Teraz widzę, jak bardzo było mi to potrzebne, bo prawie całą zdobytą wiedzę wykorzystuję, pomagając różnym firmom.
Pamięta pan pierwszego klienta?
Przyznam szczerze, że nie, chociaż od początku nie narzekałem na ich brak. Skłamałbym, gdybym powiedział, że to była droga usłana różami. Prowadzenie biznesu to niestety ciężka praca, którą ja zaczynałem od Stołecznego Forum Przedsiębiorców. Były to spotkania właścicieli firm w dzielnicach Warszawy. Zaangażowałem się bardzo w tworzenie tego projektu i był to dla mnie poligon doświadczalny. Przychodziło wielu biznesmenów, którzy opowiadali o sobie. Ja też opowiadałem o sobie. Typowy networking.
Czyli nawiązywanie kontaktów biznesowych.
Poznałem mnóstwo ludzi, do których mogłem później zadzwonić lub napisać maila. Najpierw zapraszałem na bezpłatne kilkugodzinne szkolenia. W Warszawie można wynająć sale szkoleniowe na godziny i tak też robiłem. Założyłem, że nie będę szkolił pracowników korporacji i urzędów. Pomagałem małym i średnim firmom. Szkolenia były tanie, od kilkudziesięciu złotych, więc każdego było na nie stać. To wszystko zaowocowało rozwinięciem przeze mnie drugiej nogi biznesu – konsultingowej, i wszystko pewnie by tak szło, gdyby nie Święty Mikołaj i jego współpraca z moim tatą. Dostałem pod choinkę książkę Chrisa Lowneya Heroiczne przywództwo.
Tego bankowca?
Byłego jezuity, który przed ślubami rozeznał powołanie i poszedł pracować do banku. Przez 17 lat był dyrektorem zarządzającym jednego z największych banków świata JP Morgan. Tworzył systemy zarządzania tego banku na trzech kontynentach. Tata powiedział: Zobacz, jak to robią najlepsi. Książka mnie zaciekawiła, ale jej od razu nie przeczytałem. Co jezuici mają wspólnego z biznesem? Wróciłem do niej dopiero po jakimś czasie i zdębiałem. Lowney porównywał jezuitów do korporacji, a jezuitę do osoby prowadzącej jednoosobową działalność gospodarczą. Dziś słowo korporacja kojarzy się z wyzyskiem, ale corporatio z łaciny to połączone części. To tak naprawdę połączenie różnorodności w jedność i nadanie temu odpowiedniego kierunku. Genialna książka! Rok po jej otrzymaniu tata powiedział mi, żebym napisał maila do Lowneya i zaprosił go do Polski. Powiedziałem: Co ty, ojciec! Mam napisać do jednego z największych bankierów świata? Tata powtarzał kilka razy: Napisz i w końcu napisałem, że zainteresowała mnie jego książka, wtrąciłem kilka słów o tym, jak się żyje w Polsce i jakie mamy problemy.
Odpisał?
Tak, w dodatku bardzo szybko. Mailowaliśmy kilka tygodni. W grudniu zdecydowaliśmy się z tatą, żeby go zaprosić. Powiedział, że musi się zastanowić i odezwie się za jakiś czas. Dopiero później się dowiedziałem, co zrobił. On nas sprawdzał. Dzwonił do różnych firm i instytucji. Pytał, kim jesteśmy.
Znali pana?
A gdzie tam. Nie wiem, skąd mogli o mnie słyszeć. I nie wiem, o co ich pytał. Przyleciał samolotem. Stałem na Okęciu. Nie wierzyłem, że go widzę. Woziliśmy Lowneya z tatą od radia do radia, od telewizji do telewizji. Płock, Warszawa, Kraków. Spotkania, konferencje, wywiady. Wynajęliśmy salę w Orlen Arenie, aby Chris spotkał się z przedsiębiorcami. Przyszło osiemset osób. Wstęp był za dobrowolną opłatą.
A kto zapłacił za salę?
Ja z ojcem. Nie mieliśmy żadnych sponsorów. Podjęliśmy taką decyzję, bo nie chcieliśmy być od nikogo zależni. Zrobiliśmy konferencje w Płocku, Warszawie i Krakowie, na których było około półtora tysiąca osób.
Bankier, były jezuita, odleciał.
Odleciał, a „Wiara w biznesie” została. Ludzie zaczęli dzwonić, przyjeżdżali do nas. Skrzynka mailowa się zapełniała. Postanowiliśmy zorganizować Chrześcijańskie Grupy Biznesu w Płocku, Warszawie, Gdańsku i Krakowie. To znaczy dopiero później tak je nazwaliśmy. Potem dołączyły Łódź i Toruń. W październiku 2014 roku zorganizowaliśmy I Ogólnopolskie Forum Chrześcijańskie „Ekonomia Sumienia”, na które przyjechało pół tysiąca przedsiębiorców. I znów powstały kolejne chrześcijańskie grupy biznesu – Wrocław, Poznań, Lublin, Dąbrowa Górnicza, a po wakacjach startują jeszcze dwie – w Rzeszowie i Zielonej Górze. Szczęśliwa trzynastka. Stworzyliśmy portal, na którym przedsiębiorcy mogą się kontaktować online. Jego popularność nas zaskoczyła: wiarawbiznesie.pl ma prawie pół miliona wejść rocznie.
Czym jest „Wiara w biznesie”?
Są to spotkania biznesowe oparte na solidnym fundamencie, jakim jest wiara. Każde spotkanie zaczynamy i kończymy modlitwą. Warto czerpać z najlepszego źródła. Nasze dzieło jest skierowane do chrześcijan, głównie do katolików. Wszystko służy nawiązaniu kontaktów między przedsiębiorcami i zarabianiu pieniędzy.
Gdy mi pan o tym opowiada, to mam wrażenie, że w polskim biznesie są sami chrześcijanie.
Widzi pan inny obraz niż w mediach, prawda? Stanowimy największą grupę w kraju, ale brakuje nam czegoś. Zanim powiem czego, to warto zerknąć, jak my wyglądamy. Jesteśmy skłóceni i rozbici. Jedni uważają swoją duchowość za najlepszą, inni tak sądzą o swoim systemie zarządzania, a jeszcze inni uważają, że tylko ich droga pozwala osiągnąć sukces. Odpowiednie manipulowanie stwarza fałszywe wyobrażenie o naszej liczebności.
To czego według pana brakuje?
Jedności! Wszyscy wierzymy w jednego Boga i zbawienie, a spieramy się o sprawy techniczne. Na naszych spotkaniach nie dyskutujemy ani o polityce, ani o teologii. Każdy ma prawo mieć poglądy, a nawet powinien je mieć. Jeśli ktoś ma ochotę prowadzić dysputy teologiczne, chętnie pomożemy. Nasza myśl przewodnia to fragment z Ewangelii św. Mateusza: „Wszystko, co uczyniliście tym z braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. Bo będziemy rozliczani właśnie z miłości do drugiego. I to nie tylko skierowanej do bezdomnego, ale również, o czym często zapominamy, tej skierowanej do żony, męża, dzieci i rodziców oraz naszych kontrahentów i pracowników. Szacunek należy się każdemu, chociaż niekoniecznie z każdym musimy się zgadzać.
A co z podatkami…
No cóż, trzeba je płacić, ale „Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie!”. Uczciwość to nasz obowiązek, ale musimy dokonywać mądrych wyborów. Wiem dobrze, jak trudno, szczególnie małym firmom, utrzymać się na rynku z powodu przepisów i opłat nakładanych przez państwo. Nasze rozterki moralne powodują, że tracimy jedność. Rozbijamy się również wewnętrznie, rozbijają się nasze rodziny i bywa tak, że fizycznie jesteśmy obok siebie, ale tak naprawdę pozostajemy sami, a nawet samotni.
Z jednej strony są wartości w biznesie, a z drugiej natura człowieka. Biznes to walka. Dziś konkurują nie tylko firmy, ale i pracownicy.
Nadmierna rywalizacja między pracownikami nie prowadzi do niczego dobrego, szczególnie jeśli wykorzystujemy swoją pozycję dla zaspokojenia własnych potrzeb. Mobbing oczywiście w Polsce istnieje, ale – tak mówią statystyki – trochę wyolbrzymiamy jego siłę. Ktoś krzywo spojrzał i jest już zagrożenie. W Polsce jest mniej mobbingu niż na Zachodzie, ponieważ nasze przedsiębiorstwa są silniej sfeminizowane. W Polsce kobiecie jest łatwiej zajmować wysokie stanowisko w firmie niż na przykład we Francji, że już o krajach azjatyckich takich jak Japonia czy Chiny nie wspomnę. Może dlatego, że Polacy to dżentelmeni? Wiem, że w tym momencie ktoś może się obruszyć i powiedzieć, że się nie zgadza. Ma do tego święte prawo. We Włoszech, gdy przepuściłem kobietę pierwszą w drzwiach, była ciężko zdziwiona. Pytała, czy to u nas powszechne. Oczywiście mobbing istnieje, ale myślę, że dotyczy on raczej korporacji, które stwarzają dużą presję rywalizacji. Brakuje więzi międzyludzkich. W Stanach Zjednoczonych ludzie pytają, czy wszystko jest w porządku. Ale to jest frazes. Odpowiadasz, że dobrze, i nic z tego nie wynika.
U nas się zawsze narzeka…
Kiedyś na pytanie: Jak leci?, odpowiadaliśmy: Stara bida, ale to też się zmienia. Gdy jest dobrze, to ludzie mówią, że jest dobrze, a gdy mają problem, to o nim mówią. Jesteśmy szczerzy. Gdy staliśmy w kolejkach, coś się budowało między ludźmi. Może dlatego powstał tak wielki ruch jak „Solidarność”. Dziś nie liczą się przyjaciele, z którymi idziesz do knajpy, ale liczba znajomych na Facebooku. Przestaliśmy się odwiedzać w domach. Nie chcemy innym pokazywać, jak żyjemy. Możemy dużo złego mówić o starszych paniach, które siedzą w kościele i się modlą. Możemy się z nich śmiać. Ale ja myślę, że to one trzymają ten kraj modlitwą. Kiedy modlimy się na spotkaniach „Wiary w biznesie”, to modlimy się za nasze biznesy, czyli współpracę przedsiębiorców. Za naszą jedność.
A jak się ma biznes do Ewangelii? Nie martw się o nic. Pan Bóg ci da jedzenie, ubranie.
Myślę, że odpowiedział pan na to pytanie. Jeżeli potrafisz zawierzyć, biznes ci się uda. Pan Bóg błogosławi ludziom mądrym i zaradnym. Pismo Święte jest najlepszym kompasem. Jeśli coś nie idzie w firmie, warto się zastanowić, czy nie popełniłem błędu. Święty Ignacy Loyola powiedział: Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga, pracuj tak, jakby wszystko zależało od ciebie.
Zakładamy klub nocny albo inny niecny interes.
Co z tego, że dziś zarobimy łatwe pieniądze w klubie nocnym. Grzech nieetycznych interesów daje przyjemność, ale to inwestycja krótkoterminowa. Opowiem panu pewną historię. Właściciel drukarni, którego nazwiska nie zdradzę, przyjął zamówienie i przesłał grafiki do produkcji. Kiedy wykonano pierwszą partię, złapał się za głowę. To były materiały do czasopisma erotycznego, chociaż same w sobie nie zawierały takich treści. Złamanie umowy ze zleceniodawcą groziło karą, która oznaczałaby bankructwo drukarni. Dokończył więc projekt i powiedział „nie”, gdy wydawca pisma złożył kolejne duże zamówienie. Firma nie była w najlepszej kondycji finansowej w tym czasie. Na dodatek chorowało mu dziecko. Potrzebował sporo pieniędzy. Niełatwo w takiej sytuacji zrezygnować z biznesu. On jednak zawierzył i zaufał. Odrzucił ofertę i rozpoczął się dla niego bardzo ciężki czas. Trwał na szczęście tylko trzy tygodnie. Po tym okresie dostał dwa razy lepsze zamówienie od innej firmy. Pokusa posiadania pieniędzy jest bardzo duża i to u każdego. A jeśli już je mamy, nie powinniśmy się do nich przywiązywać. Gdy wyrzekniesz się wszystkiego, wszystko dostaniesz. W Piśmie nie ma fragmentu o tym, że bogaty nie wejdzie do królestwa niebieskiego. Jest tylko powiedziane, że będzie mu trudno. Dlatego na osobach, które zarabiają duże pieniądze, spoczywa wielka odpowiedzialność.
Można się nauczyć dobrego wydawania pieniędzy?
Zapytałem kiedyś Chrisa Lowneya: Byłeś siedem lat w zakonie jezuitów, przed święceniami rozeznałeś swoje powołanie i trafiłeś do banku. Jak ty to zrobiłeś, że nagle zorientowałeś się, że nie chcesz być jezuitą? Powiedział mi, że przez cały okres jego pobytu w zakonie przewodnik duchowy zadawał mu w kółko jedno pytanie: Czy jesteś szczęśliwy?
Ja bym zapytał: Jak mógłbyś wydawać pieniądze, żebyś był szczęśliwy? Trzeba jednak rozróżnić radość i szczęście. Radość to emocja, która jest chwilowa, szczęście to uczucie, to pokój ducha i wewnętrzne bezpieczeństwo. Emocje w większości sytuacji mogą być złym doradcą. Problem nie tkwi w posiadaniu dużych pieniędzy zarobionych uczciwie, ale w ich rozporządzaniu.
Ja bym odkładał.
Pismo Święte mówi, że najlepszą formą oszczędzania jest inwestycja. Nie chomikujmy pieniędzy. Pomnażajmy je. Pieniądze to pokusa, a uleganie pokusie to pójście na skróty. Droga prowadząca do Pana Boga czasem jest ciężka, długa i kręta, ale na jej końcu czeka na nas wielka nagroda.
Co pan widzi, gdy wchodzi pan do firmy, żeby ją naprawić?
Najczęściej brak organizacji. Firma to żywy organizm, który musi działać. I tak jak mózg zarządza wszystkim, skóra pełni funkcję ochronną, oczy zbierają informacje, tak też jest w firmach. Ludzie muszą wiedzieć, co mają robić. Zna pan zapewne zasadę Pareto. 20 procent pracy daje 80 procent przychodu i 80 procent pracy daje 20 procent przychodu. Bardzo często marnujemy czas na rzeczy zbędne. Ludzie spędzają w pracy wiele godzin, ale efekty ich działania są nikłe. Podam przykład restauracji. Na samym początku trzeba założyć liczbę gości, do tego ustalić menu – jak najmniejsza ilość produktów na jak największą ilość dań. Trzeba wziąć pod uwagę liczbę kelnerów, szybkość obsługi, czas przygotowania posiłków przez kucharza. Do tego trzeba dołożyć możliwości sprzętu. To właśnie składa się na zadowolenie klientów, którzy mogą do nas wrócić. Jeśli jeden element tej układanki nie działa, leży cały mechanizm. Bywałem w firmach, gdzie z trudem można było znaleźć jeden dobrze działający element. Szef brał kredyty na pokrycie strat. Zdarza się, że muszę powiedzieć: Człowieku, nie rób tego, bo będzie tylko gorzej. Albo całkowicie zmienisz działanie swojej firmy, albo straty pogrążą cię i utoniesz. To bardzo trudne decyzje dla właścicieli. Zdarza się też, że trzeba zamknąć firmę. I właśnie po to jest „Wiara w biznesie”, żeby taki człowiek przyszedł po pomoc. Bo oprócz pieniędzy problemem przedsiębiorców jest samotność. Jeżeli ten tonący, o którym mówię, miałby dwudziestu zaprzyjaźnionych przedsiębiorców, jego sytuacja wyglądałaby inaczej. Prezes Atlasa, dr Henryk Siodmok opowiadał, kiedy występował na naszym Forum w październiku, że Atlas pomagał swojej konkurencji, kiedy spaliły im się hale. To jest zdrowe podejście do biznesu, ale ono może zadziałać tylko wtedy, kiedy kierując się wartościami, działamy wspólnie.
Czy chrześcijański przedsiębiorca może zwalniać pracowników?
Dobry pracodawca będzie rozmawiał ze swoimi pracownikami: Słuchaj, zastanów się, czy chcesz z nami pracować, bo ja nie wiem, czy ty się tu dobrze czujesz. Czy moja firma jest dobrym miejscem dla twojego rozwoju. Obserwuję cię i widzę, że się męczysz. Myślałeś o tym, żeby zmienić pracę na taką, która będzie cię satysfakcjonować? Poszukaj takiej, która będzie zgodna z twoją pasją. W firmie pełnej niezadowolonych pracowników klienci i kontrahenci źle się czują, nie są dobrze obsługiwani i w efekcie nie wracają. Taniej jest utrzymać stałego klienta niż pozyskać nowego.
W czasie naprawy firmy rozmawia pan z każdym pracownikiem na osobności?
Rozmawiam z pracownikami i właścicielami firm zarówno indywidualnie, jak i grupowo. To niezbędne, aby ją dobrze zdiagnozować. Ci ludzie mają takie same problemy jak ja, jak my wszyscy. Czasem te problemy są związane z życiem osobistym, a czasem z relacjami w pracy. Zdarza się też, że problemem jest wynagrodzenie pracownika.
Powiedział pan, że ci ludzie mają takie same problemy, jak pan. Jakie problemy ma człowiek sukcesu Tomasz Sztreker?
Od czasu, kiedy weszliśmy na drogę „Wiary w biznesie”, zaczęło się ich trochę. Rogaty niestety nie śpi. Sprawy rodzinne, zdrowotne…
Zaczynacie robić coś dobrego i Pan Bóg tak was doświadcza?
Jeżeli to Pan Bóg, to przyszła chwila próby, ale On wie, że Mu zaufamy. Myślę, że kiedy robi się dobre rzeczy, to nigdy nie jest łatwo. Diabeł ma doktorat czy nawet profesurę z psychologii, ale my mamy swój jasno sprecyzowany cel, do którego dążymy. „Wiara w biznesie” to tworzenie chrześcijańskich standardów w biznesie, stworzenie chrześcijańskiej marki jako symbolu najwyższej jakości, otwarcie na drugiego człowieka, wzajemna współpraca, wsparcie, edukacja i ewangelizacja. Ale żeby to wszystko zrobić, trzeba zacząć zmianę od samego siebie, a wiemy, że to jest największe wyzwanie.
Siedzimy w restauracji w środku Warszawy. Co by pan tu zmienił?
To sieciówka. Mają naprawdę niezły system. Niewiele jest do zmiany. Przychodzę tu czasem. Wiem, że brat jednej z pań był w seminarium. Innej pani było źle w poprzedniej firmie, a tu jej się dobrze pracuje. Tworzą zespół. Małą społeczność. Nie ma w pracy niczego ważniejszego.
Oceń