Skrupulatom na ratunek
Chrześcijaństwo jest religią opartą na Osobie, a nie na idei. Tak to Pan Jezus wymyślił, że jeden słaby człowiek drugiemu słabemu człowiekowi ma do końca świata przekazywać kerygmat.
Katarzyna Kolska: Kiedy pierwszy raz świadomie pomyślałeś: Należę do Kościoła?
Szymon Hołownia: Chyba w dzieciństwie. I od początku wiedziałem, że to jest moje miejsce. Czułem się tam jak ryba w wodzie – zarówno w budynku, jak i w otoczeniu księży, czy parafialnych aktywistów. Po dziecięcemu budowałem też moją relację z Panem Bogiem.
Nigdy nie myślałeś o Kościele w kategorii my – wierni i oni – duchowieństwo?
Nigdy. Wiem, że w Kościele jest taki podział i nawet sam, kilka lat temu prawie mu uległem. Patrząc na Episkopat Polski, miałem wrażenie, że należący do niego biskupi w znacznej części są chyba z innej planety niż ja, mimo że jesteśmy w tym samym Kościele. Miałem poczucie, że gdy działają osobno, robią wiele sensownych rzeczy, ale gdy zmieniają się w „Episkopat Polski”, głuchną na to, co się dzieje wokół nich. Ale czy to coś zmienia dla mojego bycia w Kościele? Nic. Bo to nadal jest mój dom.
Należysz do wyjątków. Przeciętny Polak myśli sobie: Kościół to wikary, proboszcz, biskup, papież.
To tylko świadczy o pewnej bierności świeckich katolików. Myślenie, że Kościół to inni, zwalnia z odpowiedzialności za to, co ja mam w tym Kościele zrobić.
Dla wielu osób Kościół zaczyna się z momentem wejścia w niedzielę do świątyni i kończy się 50 minut później, gdy organista gra pieśń na wyjście.
To dowód na tezę, którą próbuję ostatnio wykrzykiwać, gdzie tylko się da, że Kościołowi w Polsce pilnie potrzebna jest rechrystianizacja. Religijność obrzędowa, kulturowa to za mało. Jako katolicy mamy unikatową propozycję, coś, czego inni nie mają, a my nie potrafimy się tym pochwalić. To tak, jakby ktoś miał w domu płótno Van Gogha, a pokazywał znajomym obrazki, które kupił na jarmarcznym straganie. My mamy Jezusa! Czy umiemy Go pokazać? Rozmawiamy o sprawach ważnych, ale jesteśmy kompletnie bezradni, gdy mamy mówić o tym, co najważniejsze. Wyjdź na ulicę i zapytaj przeciętnego przechodnia (który statystycznie prawie na pewno jest katolikiem) o sprawę profesora Chazana – będzie z tobą debatował przez kwadrans. Zapytaj go o Jezusa: Odpowiedzią jest zwykle: „Eee”, „Aaa”, a później: „O co chodzi?! To moja prywatna sprawa”.
Nigdy nie wstydziłeś się Jezusa?
Nigdy. A niby dlaczego miałbym się wstydzić?
Niektórzy mają problem z otwartym przyznaniem się do swojej wiary.
Naprawdę nie rozumiem dlaczego.
Bo zaraz się dowiadują, że należą do ciemnogrodu. Nikt nie chce takiej łatki.
Może to strasznie zabrzmi, ale po dwudziestu latach pracy w mediach słyszałem już o sobie wszystko i jestem dość odporny na opinie innych. Najważniejsze dla mnie jest to, co się dzieje w mojej relacji z Jezusem i Jego Kościołem. Wiele lat temu mój kolega twierdził, że w TVN 24, dokąd byłem zapraszany od czasu do czasu jako tzw. ekspert, nie można powiedzieć słowa Jezus. Bo, jak powszechnie wiadomo, ITI – właściciel stacji, jest pod rządami Szatana. Założyliśmy się o butelkę whisky. Przy najbliższej okazji, uczestnicząc w jakiejś audycji, w ciągu dwóch minut chyba dwanaście razy powiedziałem na antenie imię Jezus i nikt nie miał z tym problemu. I nie ma do dzisiaj. Nadal jestem tam czasami zapraszany.
Proponuję, by zamiast patrzeć na tych, którzy się wstydzą, spojrzeć na tych, którzy zawstydzają. Zobaczmy, co nam to mówi o naszym rzekomo katolickim społeczeństwie. Dlaczego ludzie reagują agresją czy szyderstwem, gdy ktoś mówi, że jest wierzący? Bo mają swoje nieprzepracowane sprawy z Panem Bogiem. To są bolesne miejsca, które od wielu lat leżą odłogiem – Kościół instytucjonalny, z którym mieli styczność, w ich odczuciu nie poświęcił im dość uwagi, nie potraktował tak jak oczekiwali, z miłością. Zajmował się wypełnianiem papierków w kancelarii albo prowadzeniem nabożeństw triumfalnych lub uczeniem dzieci do komunii. Albo był zmęczony i miał wszystkiego dość. Problem nie był w doktrynie, a w komunikacji. Mam wrażenie, że w Polsce mamy nie tyle kryzys wiary, ile kryzys relacji z Kościołem, kryzys świadomości chrześcijańskiej.
Są osoby, które nie wstydzą się Jezusa i publicznie nas reprezentują – ciebie i mnie. Tyle że są agresywne, często niedouczone, niezbyt mądrze mówią. Jak się wtedy czujesz?
Źle. Bo dla wielu ludzi, zwłaszcza tych, którzy stoją z dala od Kościoła, zachowanie tych osób jest potwierdzeniem, że słusznie postąpili, rozluźniając swoje więzi z Kościołem. Tragedią jest, gdy wykrzywiona złością twarz staje się dla nich twarzą Jezusa. Dlatego ręce mi czasami opadają, gdy czytam albo słucham naszych dyżurnych obrońców katolicyzmu, którzy utożsamiają Ewangelię ze swoimi dziwnymi przyzwyczajeniami z dziedziny obyczajowości, a nawet gastronomii. Swoje wychowanie, które nie jest moim wychowaniem, obwieszczają światu jako dobrą nowinę. Ja jestem katolikiem i mam na przykład zupełnie inne podejście do kwestii tzw. praw zwierząt albo inne preferencje polityczne niż niektórzy moi bracia pokazywani w mediach. Oni są katolikami i ja też jestem katolikiem.
Ale przecież oni to wszystko robią w dobrej wierze. Co tydzień w dobrej wierze w jednym z katolickich tygodników ktoś mi sugeruje, które filmy i programy mam oglądać, a których, jako katoliczka, powinnam unikać. Czuję wtedy, że ktoś robi ze mnie wariata.
W polecaniu i recenzowaniu filmów nie ma nic złego, natomiast jeżeli ktoś ex cathedra mówi, że np. jakiś program telewizji śniadaniowej jest niedobry dla katolików, od razu mnie korci, by samemu to sprawdzić. W przestrzeganiu innych przed niebezpieczeństwem nie należy przekraczać dwóch granic. Po pierwsze trzeba pamiętać, że większość z nas była bierzmowana, jesteśmy więc wyposażeni w dar rozumu, chrześcijanin nie jest zwolniony z myślenia (choć niektórym się wydaje, że jest) i powinien sam rozeznawać, co oglądać i na kogo głosować. Nie potrzebuję więcej ojców, już mam ojca – jeden Ojciec jest w niebie, drugi w Białymstoku, basta. Po drugie: trzeba „znać proporcjum” i nie robić z chrześcijaństwa wyłącznie systemu ostrzegania przed katastrofami. Na każde jedno zdanie przestrogi przed Szatanem niech przypada pięć zdań o Jezusie, zachwyćmy ludzi Jego osobą, opowiadajmy o Nim, przekazujmy Dobrą Nowinę, prowadźmy ludzi do Jezusa i pozwólmy, by resztę zrobił Duch Święty. On nas pouczy i o grzechu, i o sądzie.
Tymczasem my wolimy straszyć się Szatanem, który jest wszędzie – w muzyce, w teatrze, w filmie, w lekarstwach…
Szatan działa w świecie, działa wielokanałowo. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Natomiast, powtarzam: powinniśmy znać proporcje. Mamy głosić Dobrą Nowinę, a nie lęk przed złem. Bo jak ludzie przyjmą Dobrą Nowinę, zła sami będą unikać, nie z lęku – a z przekonania, że po prostu dobro smakuje lepiej niż zło, ze złem dealować nie warto.
No właśnie. Dlaczego ludzi bardziej pociągają rekolekcje, podczas których ktoś mówi o Szatanie, a nie pociąga ich Dobra Nowina, którą przynajmniej raz w tygodniu słyszą w kościele?
Bo to jest prostsze technicznie. Jeśli hukniemy na ludzi, to oni się przestraszą, zbiją w gromadę i łatwiej wówczas nimi zarządzać. Tyle że to jest dość prymitywna metoda, która – po pierwsze – nie jest ewangeliczna, a po drugie trywializuje złego ducha i jego działanie, które jest dużo bardziej zniuansowane, dyskretne i przebiegłe.
Czy ktoś obraził kiedyś twoje uczucia religijne i w związku z tym miałeś ochotę pikietować, skandować, protestować?
Trudno obrazić moje uczucia religijne, być może mam przytępiony jakiś zmysł. Mam dużo współczucia dla ludzi, którzy robią takie głupie rzeczy.
Dla tych, którzy pikietują?
Nie, dla pseudoartystów, którzy zanurzają krzyże w moczu. To, co robią, jest żenujące, świadczy o braku ich wrażliwości i empatii. I jest to nie tyle problem braku formacji chrześcijańskiej, ile braku formacji ludzkiej. Czy jest sens pikietować? Pewnie niewielki. Ale szanuję tych, którzy w taki sposób dają wyraz swoim odczuciom. Mają do tego święte prawo.
Inną sprawą są bojkoty konsumenckie – Empiku, bo promuje Nergala, i Lidla za to, że nie mówi Merry Christmas. Czy należałoby zbojkotować całą Wielką Brytanię, bo tam też nie ma Christmas, tylko są Season’s greetings albo Seasonal celebration? W takich warunkach funkcjonujemy i żyjemy. Dlaczego mam karać ludzi, którzy tam pracują i dla których jest to jedyne źródło utrzymania? Niech wszystkich zwolnią, żebym ja mógł dać świadectwo prawdzie, a jakaś rodzina nie będzie miała na chleb? Może dziś większym świadectwem jest zachowanie wewnętrznej integralności w coraz bardziej rozedrganym systemie, niż toczenie z nim walki, by się zmienił? Przekładając to na konkret: może więcej dobrego zrobi dla Ewangelii chrześcijanin, który każdego dnia z uśmiechem, troską i cierpliwością dba o klientów owego symbolicznego Empiku (bo ten realny już sprawę przecież załatwił i wyjaśnił), niż ten, który się zeń zwolni, a następnie oflaguje?
Odwołam się jeszcze do tego krzyża zanurzonego w moczu. Co powinniśmy twoim zdaniem zrobić? Udawać, że nic się nie stało?
Nie. Powinniśmy głośno powiedzieć, że to jest kretyństwo. Nie wiem natomiast, czy ma sens ciąganie się z tym po sądach. Nie mówię, że nie ma. Trzeba natomiast głośno powiedzieć: Czy zdajesz sobie sprawę, człowieku, który uważasz się za artystę, że jest mi przykro z powodu tego, co zrobiłeś? Bo dla ciebie Jezus Chrystus jest znakiem marketingowym tak jak coca-cola czy coś innego, ale dla mnie to jest bliska osoba. Zastanów się, co byś czuł, gdybym to samo zrobił ze zdjęciem twojej matki albo twoich dzieci? Czy też nazwałbyś to sztuką? Czy naprawdę twoje nazwanie się „artystą” stawia cię ponad ogólnoludzkimi prawami?
Powinniśmy mówić o tym, co nas boli, oczywiście, że tak. Natomiast powinniśmy unikać histerii, oddawania ciosów, emocjonalnego zapędzenia, bo dużo większą siłę oddziaływania ma świadectwo spokojnego człowieka niż tego, który się rzuca. Jezus też mógł się bronić, w Ogrójcu miał do tego świetną okazję. Był przecież niesprawiedliwie traktowany, doszło do zamachu na Boga, obrażano uczucia religijne. A On nic z tym nie zrobił, nikogo nie pozwał. Mówię o tym, bo mam wrażenie, że w naszym bardzo emocjonalnym przeżywaniu tajemnic Triduum Paschalnego zbyt często umyka nam logika postępowania Jezusa, która w zupełnie szokujący sposób wymyka się ziemskiemu porządkowi prawnemu, ziemskiemu porządkowi dawania świadectwa i żądania sprawiedliwości. Gdybym był Jezusem, to natychmiast po zmartwychwstaniu poszedłbym do Sanhedrynu i pokazał im wszystkim gest Kozakiewicza. To samo zrobiłbym z Piłatem. Po prostu dałbym świadectwo prawdzie. Powiedziałbym: Słuchajcie, zmartwychwstałem. Oni wszyscy by natychmiast uwierzyli. Czy Jezus to robi? Nie. Bo Jemu nie zależy na triumfalizmie ani na powiedzeniu: A miałem rację. Jego interesują tylko relacje.
Ale my jednak częściej bronimy swojej wiary nie merytorycznie, tylko emocjonalnie.
Emocje są bardzo ważne. Trzeba jednak zachować umiar. I proporcje: 10 procent obrony, 90 procent sił na wymyślanie, jak ludziom powiedzieć nie o pobożnych praktykach, nie o Episkopacie Polski, nie o bioetyce, nie o stanowisku Kościoła w sprawie komisji majątkowej, tylko o Jezusie, żeby oni spotkali Go tak, jak spotkali Go apostołowie, którzy przecież nie poszli za koncepcją etyczną, za wykładem intelektualnym, za abstraktem, tylko za Człowiekiem!
No tak, a my zamiast mówić o Jezusie trzęsiemy się nad naszym Kościołem i obawiamy się, że inni nam go zniszczą, a tymczasem my sami, swoją letniością i obojętnością rozkładamy go na łopatki.
Bo to jest moment z Ewangelii, w którym zerwały się wichry i wezbrały potoki. To nie jest wina wiatru, że wieje, ani potoku, że wezbrał. Problemem jest to, że my ten dom źle zbudowaliśmy i dlatego on dzisiaj trzeszczy. Stoimy na murach i wypatrujemy wroga, który przyjdzie z zewnątrz. Tymczasem on jest wewnątrz. Ja jestem wrogiem Kościoła, ty jesteś wrogiem Kościoła.
Jeśli moja decyzja jest taka, że ja w tym Kościele jestem, to może przyjść pięćdziesięciu Palikotów, stu aborcjonistów, sto pięćdziesiąt Unii Europejskich – nieważne, ja w tym Kościele zostanę. Największymi wrogami Kościoła w Polsce nie są ani liberałowie, ani agnostycy, ani ateiści. Największymi wrogami Kościoła jesteśmy my, sami katolicy.
Dlaczego apostołowie zostawili wszystko i poszli za Jezusem, a my tak nie potrafimy?
Może dlatego, że chrześcijaństwo kojarzy nam się ze światopoglądem, utopiliśmy je w moralności, w rachunku zysków i strat? Przecież w każdym wieku byli ludzie, którzy lecieli za Chrystusem jak oszalali. Patrzymy na tych wariatów i się zastanawiamy: Dlaczego we mnie tego nie ma? Dlaczego ja jestem poprawnym katolikiem, ale oczy mi się nie świecą, gdy opowiadam o Jezusie? Dlaczego ludzie za mną do Niego nie idą? Może dlatego, że za bardzo skomplikowałem moją wiarę, może zintelektualizowałem, może zbytnio przykroiłem pod siebie, może pomyliłem obyczajowość z Dobrą Nowiną? A może rację ma pewien dominikanin, który powiedział kiedyś, że my w Kościele cały czas głosimy ludziom dekalog, ale nie ogłosiliśmy jeszcze Ewangelii? Boimy się, że gdy ogłosimy im Ewangelię, to oni pobiegną grzeszyć. Wciąż jesteśmy w Starym Testamencie. Jesteśmy katolikami, ale Chrystus jeszcze do nas nie przyszedł, jeszcze do głębi nie przejęło nas to, że On naprawdę z miłości do nas umarł i dla nas zmartwychwstał.
Masz nawet o to pretensje do hierarchów. Piszesz na swoim blogu, że Kościół nas przestrzega, uwrażliwia, kładzie na serce, zwraca uwagę na zagrożenia, z zasmuceniem stwierdza, generalnie… zrzędzi.
Bo jeśli ktoś wytrwale prezentuje się jako zrzędząca ciotka, zbiera później tego owoce: takiej ciotki nikt nie lubi i do niej nie przychodzi, a jeśli już przyjdzie, to z obowiązku, raz do roku na imieniny. Na szczęście w polskim Kościele jest coraz więcej biskupów i księży, którzy nie są zrzędzącymi ciotkami, tylko naprawdę ekscytującymi wujkami, którzy o wierze mówią interesująco i mądrze. Nigdy nie byłem takim optymistą co do przyszłości Kościoła w Polsce, jakim jestem teraz. Pięć lat temu nie widziałem światełka w tunelu, a teraz widzę całkiem konkretne. Ten Kościół rzeczywiście się fantastycznie zmienia! Ta ewangelizacyjna rewolucja idzie od dołu, nie od góry.
Ale nie będzie im się łatwo przebić – ani tym fajnym biskupom, ani zaangażowanym księżom – bo biskupi wciąż nam się kojarzą z wypasionymi furami, a proboszczowie z tymi, którzy pobierają od nas opłaty za usługi sakramentalne.
Parafie, w których proboszcz tak się zachowuje, za dwadzieścia lat będą puste. Nie będę płakał nad miejscem, w którym wierni umieli tylko zrzędzić na księdza i traktować go jako punkt dystrybucji usług religijnych, nie widząc w nim człowieka, a kapłan nie potrafił się przebić do wiernych, bo trzymał się sztywno modelu pasterz – owce i zaganiał wiernych kijem do zagrody.
Mam nadzieję, że obowiązujący model wkrótce się zmieni i powstaną w Polsce parafie terytorialno-personalne, a ludzie będą sobie znajdowali miejsce w Kościele niezależne od tego, gdzie mieszkają. Już teraz churching jest coraz bardziej popularny. Gdy ktoś narzeka, że ma niemożliwego do zniesienia proboszcza, to mówię: Żyje pani w mieście, w którym jest czterysta tysięcy mieszkańców, przecież to jest fizycznie niemożliwe, żeby wszyscy tacy byli. Może pani ruszyć to i owo i jechać do dowolnego kościoła autobusem, tylko że się pani nie chce. Ale słyszę na to: A on mnie później nie pochowa. Na co ja: A jak pani nie pochowa, to pani taką straszną różnicę zrobi? Jeżeli ma pani przez dwadzieścia lat spieprzoną relację z Panem Bogiem, ale za to pochówek się pani uda… Przecież pani będzie już w innym miejscu.
Pani z czterystutysięcznego miasta ma dokąd pojechać, a pani z pipidówki…
Pani z pipidówki też może wsiąść do samochodu lub do autobusu i pojechać pięć albo dziesięć kilometrów dalej, do kościoła, w którym jest fajny proboszcz i wikary, który mówi dobre kazania. Na promocję do supermarketu, do kina czy z dzieckiem na zakupy jedzie, a do kościoła nie może? Bo kościół powinien być cudowny w każdym miejscu, powinien być wychuchany i jednocześnie łączyć w sobie Józefa Tischnera, fantastycznego papieża Franciszka i trochę kostycznego, ale jednak fajnego Jana XXIII. Powinien być ideałem. I żeby jeszcze był tak piękny jak Miss Polonia, to już w ogóle by było super.
My wciąż chyba jeszcze parafii nie traktujemy jako czegoś swojego.
Nie traktujemy, bezwzględnie. I nie jesteśmy konsekwentni w naprawianiu tego. Spójrz: mamy katechezę w szkołach, bo udało się to wywalczyć z komunistami. Teraz trzęsiemy się nad tym jak nad stanem posiadania i dorabiamy do tego piętrowe ideologie o tym, że nigdzie indziej byśmy tej dziatwy nie spotkali. Co za bzdury! Wielu księży idzie na osiem godzin do gimnazjum nie po to, żeby ogłosić Jezusa, tylko żeby przetrwać. A można by ich energię spożytkować inaczej, w parafii! Stworzyć z niej prawdziwą ambasadę Boga, wspólnotę ewangelicznego życia, prawdziwą bramę do nieba! Z jednej strony mówimy ludziom: Rodzina jest tym miejscem, w którym człowiek wzrasta w wierze. Chrońmy rodzinę! A później zabieramy tej rodzinie dzieci, mówimy: My je wychowamy religijnie lepiej, i oddajemy, gdy mają osiemnaście lat. Cała para, moim zdaniem, powinna dziś iść nie w dzieci, a w dorosłych. To rodzice mają uczyć dziecko wiary, Kościół ma im tylko dać do tego środki.
Ale rodzice wcale nie chcą, by ktoś się nimi zajmował. Nie tak dawno słyszałam u fryzjera, jak pewna pani skarżyła się na swojego proboszcza, który zaprosił na katechezy rodziców dzieci przygotowujących się do pierwszej komunii. Dziecko idzie do komunii za dwa lata, a ksiądz chce, żeby rodzice raz w miesiącu poświęcili 40 minut na spotkanie w kościele. I to, zdaniem tej pani, świadczy o tym, że księża zwariowali i nie mają wyobraźni. Ona nie ma czasu latać do kościoła.
To niech nie posyła dziecka do komunii. Koniec, kropka. Komunia to nie zasiłek, który się należy. To chyba dość oczywiste.
No co ty mówisz. Do komunii trzeba dziecko posłać i do bierzmowania. Bo co by ksiądz na kolędzie powiedział…
Nie trzymajmy nikogo na siłę. Przyzwyczajajmy się do myśli, że będzie nas mniej. Będziemy budować kościoły takie, na jakie będzie nas stać, będziemy mieć parafie takie, na jakie będzie nas stać. Biskupi będą mieli takie samochody, na jakie będzie nas stać, nabożeństwa będą takie, na jakie nas będzie stać. Papież też ma spodnie takie, na jakie go stać, płaszcz taki, na jaki go stać, i samochód taki, jakim jego zdaniem powinien jeździć człowiek ze średniej klasy i jakim wielu wiernych jeździ. To jest kolejny moment próbowania nas w ogniu. Ten ogień jest czasami bolesny, ale on wypala w nas to, co już uschło. Codziennie gromadzimy się wokół tego, co jest pamiątką paschy. Pascha to jest posiłek ludzi ruszających w drogę. Mamy cały czas mieć tylko tyle, ile jest nam potrzebne do przejścia. Powinniśmy być w blokach startowych i czekać na przyjście Pana. Na szczęście mamy w Kościele biskupa Grzegorza Rysia, biskupa Andrzeja Czaję, biskupa Edwarda Dajczaka, biskupa Rafała Markowskiego, prymasa Wojciecha Polaka, kardynała Kazimierza Nycza. To są ludzie, którzy wiedzą, że albo będziemy żyli Ewangelią, albo rozpłyniemy się w świecie. I umieją pokazać, że to życie Ewangelią naprawdę daje człowiekowi więcej egzystencjalnej frajdy. Gdy ich słucham, czytam, rozmawiam z nimi, wiem, że będzie dobrze.
Chcesz powiedzieć, że księża nie głoszą nam Dobrej Nowiny?
Głoszą, ale nie wszyscy. Ja też nie zawsze głoszę Dobrą Nowinę tym, których spotykam. Biję się najpierw we własne piersi.
Nie wszyscy, bo część zajęła się budowaniem kościołów, zarządzaniem drukarniami, tysiącem innych rzeczy, które z powodzeniem mogliby robić ludzie świeccy. Co więcej, nawet gdy próbujemy być w jakiejś radzie parafialnej, to patrzą na nas jak na dopust Boży. Oni są gospodarzami.
To jest doświadczenie Kościoła, który jest liczny i w którym jest wielu księży. Ale nie wszędzie tak jest. Jeden z moich kolegów został duszpasterzem akademickim w Londynie i dzieli kościół z anglikanami i jeszcze jedną wspólnotą. Wynajmuje pokój w domu, w którym mieszkają studenci z różnych krajów. Opowiadał mi o tym, jak dwie studentki, które mieszkają w sąsiednim pokoju i spotykają się z nim we wspólnej kuchni, zapytały go po dwóch miesiącach: Ty jesteś księdzem? On mówi: No tak, jestem. Ale takim prawdziwym, jak papież? On na to: Tak, takim. I one były pod wielkim wrażeniem, że mają księdza w domu. Może u nas też tak będzie. W takim Kościele musisz mieć świeckich, bo sam nie jesteś w stanie nic zrobić.
Czasami ludzie z zatroskaniem mówią: Co my takiego zrobiliśmy – albo czego nie zrobiliśmy – że nasze dzieci odchodzą od Kościoła, że wartości, które staraliśmy się im wpoić, nie są dla nich ważne. Dlaczego tak się dzieje?
Nie wiem, każdy przypadek jest inny. Może problem leży właśnie w tym, że chcieli przekazać wartości i one w zetknięciu z innymi wartościami okazały się mało interesujące. A chrześcijaństwo jest religią opartą na Osobie, a nie na idei. Tak to Pan Jezus wymyślił, że jeden słaby człowiek drugiemu słabemu człowiekowi ma do końca świata przekazywać kerygmat. Boję się, że sam kiedyś popełnię ten błąd w stosunku do swoich dzieci i że będę je uczył, jak żyć, a nie z Kim żyć. A to przecież jest najważniejsze. Kościół założony przez Jezusa to nie jest klub dyskusyjny doskonalących się jednostek, tylko miejsce, w którym prostytutka, pedofil i człowiek, który zabił czyjąś matkę, też ma prawo być i szukać ratunku. I ma prawo do mojej pomocy w zmaganiu się ze swoją słabością. Tu łączy nas Jezus, który każdego podnosi z jego grzechu.
Ale nasze miłosierdzie nie sięga tak daleko. My nie chcemy siedzieć w ławce obok prostytutki, pedofila i mordercy.
Ale Chrystus takim ludziom dał prawo do bycia w Kościele. I to jest oburzające, to jest coś, co się nie mieści w głowie. To jest tak wstrząsające i tak nie w porządku, jak przypowieść o najemcy, który wszystkim robotnikom wypłacił po denarze, bez względu na to, czy pracowali cały dzień, czy tylko godzinę. Taki jest Kościół, który Chrystus założył. Zapisujesz się do takiego Kościoła? OK. Nie? Twój wybór. To jest whisky on the rock, jak mówił dominikanin ojciec Joachim Badeni, nie każdy może to pić. Ostrość, która jest w chrześcijaństwie, jest tak porażająca, że rozdziera nasze poczucie sprawiedliwości, poczucie miłosierdzia.
Mam nadzieję, że Pan Bóg wysłucha naszych modlitw i da papieżowi Franciszkowi jeszcze parę lat życia. Bo przy nim mamy szansę dojść do takiego punktu, z którego nie będzie już odwrotu. To jest jak ze startem samolotu, który przy nabraniu pewnej prędkości musi wystartować, nie ma innej opcji.
Oceń