Zabić biskupa
fot. jakub dziubak / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%
Wyczyść

Ktoś, nie wiadomo kto, uderzył biskupa od tyłu jakimś ciężkim przedmiotem. I gdzieś, na Wawelu lub na Skałce znaleziono zakrwawione zwłoki biskupa Stanisława, z rozwaloną głową.

Maciej Müller: Szedłeś w tym roku w procesji ku czci św. Stanisława z Wawelu na Skałkę?

Tomasz Gałuszka OP: Chodziłem na te procesje jako brat student, teraz w tym czasie zazwyczaj odprawiam mszę świętą w podwawelskim kościele św. Idziego, ufundowanym przez kuzyna nieszczęsnego króla Bolesława II Szczodrego, zwanego też – nie bez przyczyny – Śmiałym.

A może nie chodzisz raczej dlatego, że jako historyk masz wątpliwości co do tego, czy św. Stanisław zasługuje na kult, jakim go w Polsce otaczamy?

Nie. Biskup Stanisław był i jest postacią ważną dla wspólnoty Kościoła. Inspiruje nas od dziewięciu wieków; niedawno jeden z biskupów, nawiązując do męczeństwa św. Stanisława, powiedział o sprawdzianie, przez który przechodzi współczesne chrześcijaństwo w obliczu takich problemów, jak Państwo Islamskie. Męczeństwo przestało być domeną dawnej hagiografii. Ze św. Stanisławem wiąże się głęboka prawda, która motywuje ludzi do wielkiego, nadludzkiego dobra.

Mówisz o „prawdzie”, tymczasem wybitny XIX-wieczny historyk Stanisław Smolka skomentował sprawę św. Stanisława słowem: ignorabimus – nie będziemy wiedzieć. Badania źródłoznawcze poszły oczywiście do przodu od jego czasów, ale nadal nie potrafimy zrekonstruować, co się właściwie stało, dlaczego biskup zginął z ręki króla…

Rzeczywiście nie znamy do końca okoliczności, które doprowadziły do śmierci Stanisława. Prawdą jest, że 11 kwietnia 1079 roku biskup krakowski został zamordowany. I że w wyniku tego Bolesław Szczodry musiał wraz z rodziną uciekać na Węgry.

Przyjrzyjmy się wiarygodnej relacji Anonima zwanego Gallem, którego kronika jest kluczem do „sprawy św. Stanisława”: „Jak zaś doszło do wypędzenia króla Bolesława z Polski, długo byłoby o tym mówić; tyle wszakże można powiedzieć, że sam będąc pomazańcem, nie powinien był drugiego pomazańca za żaden grzech karać cieleśnie. Wiele mu to bowiem zaszkodziło, gdy przeciw grzechowi grzech zastosował i za zdradę wydał biskupa na obcięcie członków. My zaś ani nie usprawiedliwiamy biskupa-zdrajcy, ani nie zalecamy króla, który tak szpetnie dochodził swych praw – lecz pozostawmy te sprawy, a opowiedzmy, jak przyjęto go na Węgrzech” [tłumaczenie Romana Grodeckiego].

Gall, jak widać, nie podaje zbyt wielu szczegółów, jednak z jego narracji możemy wywnioskować, w jaki sposób na te wydarzenia patrzono na dworze książęcym trzydzieści lat później.

Przed chwilą stwierdziłeś, że biskup został zamordowany. A przecież Gall używa sformułowania truncatio membrorum (obcięcie członków), które jest terminem prawnym. Niektórzy historycy sądzą, że doszło do sądu nad Stanisławem. Trudno więc mówić o morderstwie – raczej o egzekucji.

Moim zdaniem skupianie się na pojedynczych słowach użytych przez kronikarzy prowadzi na manowce. Będziemy mnożyli mniej lub bardziej prawdopodobne hipotezy, ale z tych elementów nie ułożymy żadnych puzzli. Jeden historyk chwyci się słowa traditor (zdrajca), inny – peccatum (grzech), jeszcze inny – christus (pomazaniec). Każdy z nich ma jeden element, a uważa, że widzi cały obraz. Tymczasem, żeby ułożyć układankę, musimy wiedzieć, do czego dążymy, jak wygląda wzór. Zanim zabierzemy się za puzzle, proponowałbym więc refleksję na temat tego, jak na sprawę biskupa Stanisława patrzyli jej świadkowie. Anonim miał w swoim otoczeniu członków dworu osoby, które być może znały to wydarzenie z pierwszej ręki, a nawet były naocznymi świadkami.

Co wynika z proponowanego przez ciebie spojrzenia na kronikę Galla?

Po pierwsze to, że współcześni nie widzieli tu żadnej walki państwa z Kościołem (co my dzisiaj jesteśmy skłonni widzieć – przenosząc nasze schematy myślowe do XI wieku). W średniowieczu nie rozdzielano Kościoła i państwa, to wymysł dziewiętnastowieczny! Te dwa podmioty nie stały naprzeciwko siebie, jak dwie wrogie partie. Ludzie średniowiecza nie potrafili patrzeć na państwo przez pryzmat świeckości, wyprania z aspektu religijnego. Znali koncepcję jednego ciała albo lepiej: jednej rodziny. Spór Stanisława i Bolesława był prawdziwym dramatem wewnątrz rodziny!

Gall przekazał nam de facto następującą informację: Nie będę o tym zbyt wiele pisał, ponieważ nie warto się tym szczegółowo zajmować, zostawmy to. A między słowami zakomunikował: Mam już dość tej dyskusji. Na pewno na dworze Bolesława Krzywoustego, którego członkiem był Gall, wiele dyskutowano o śmierci biskupa i wygnaniu króla. Jedni uważali biskupa za zdrajcę, inni za świętego. Kronikarz wyczuwał zmęczenie tymi dywagacjami i nie widział potrzeby opowiadania wszystkiego jeszcze raz.

Niektórzy historycy twierdzą, że Gall wiedział więcej, ale nie mógł tego napisać, bo się bał. Na dworze Krzywoustego jego kroniki słuchali ludzie być może odpowiedzialni za odsunięcie od tronu Szczodrego, a sam książę zawdzięczał władzę temu, że 30 lat wcześniej stracił ją jego stryj. Dlatego Gall musiał być ostrożny.

Doprawdy nie wiem, jak czytając kronikę Galla, można zobaczyć człowieka zalęknionego… Nie ma na taką teorię żadnych dowodów. Gall przysłuchiwał się gorącej debacie, widział, że ludzie są skłóceni. Dostrzegał różne opcje, ale nie chciał się opowiadać za żadną z nich. Wiedział jedno: że tak nie powinno się dziać w rodzinie. Zdawał też sobie sprawę, że szczegółowe opisanie ostatniego aktu rządów Bolesława mogłoby przesłonić całą jego działalność jako wielkiego dobrodzieja Kościoła.

Jesteśmy dzisiaj skażeni myśleniem, że ludzie są prawdziwi tylko wtedy, gdy są źli. Gall Anonim podkreślił: nie podchodźmy do Bolesława jak do mordercy, bo człowiek jest prawdziwy wtedy, gdy czyni dobro. Kronikarz zdawał sobie sprawę, że ma do czynienia z problemem zawikłanym, w którym dobro wymieszało się ze złem, czerń z bielą. Niemożliwe było wskazanie, kto był „dobry”, a kto „zły”.

Mimo że jasne było, kto kogo zabił?

W latach 70. XI wieku Stanisław miał około 35–40 lat, w podobnym wieku był Bolesław. Nie waham się powiedzieć, że byli nie tylko bliskimi współpracownikami, ale i przyjaciółmi. Świadczą o tym wszystkie ich wspólne dzieła.

Zacznijmy od tego, że to Bolesław doprowadził do powołania Stanisława na stanowisko biskupa w 1072 roku…

Tak, dopiero w XIII wieku biskupów powołują kapituły, a od XIV wieku prawo to rezerwuje sobie Stolica Apostolska. Wcześniej biskupa wskazywał władca świecki. Nikomu nie przyszłoby na myśl, że mogło być inaczej – przecież wraz z nominacją władca nadawał biskupowi ziemię, odbierał przysięgę posłuszeństwa i włączał go do ciała zarządzającego państwem. Biskup był zawsze najbliższym doradcą króla. I to nie w kwestii nauki pacierza: chodziło o najważniejsze sprawy państwowe.

Tak więc Bolesław uczynił Stanisława swoim najbliższym współpracownikiem. Na pewno niejeden wieczór przesiedzieli wspólnie na Wawelu, zastanawiając się, jak odnowić strukturę Kościoła w Polsce. Bo pamiętajmy, że organizacja kościelna utworzona na zjeździe gnieźnieńskim w 1000 roku legła w gruzach podczas powstania ludowego, reakcji pogańskiej i najazdu Czechów w latach 30.

Co uradzili książę z biskupem?

Że aby odnowić Kościół, należy zbudować bliską relację z wybitnym papieżem Grzegorzem VII. Wysłano do niego poselstwo, które odniosło sukces, ponieważ w latach 1075–1076 do Polski przyjechali legaci i doszło do odtworzenia polskiej metropolii w Gnieźnie, a także założenia biskupstw w Płocku, Krakowie i na Śląsku (ze stolicą, jak sądzimy, we Wrocławiu). Bolesław i Stanisław przeforsowali jednak jeszcze coś więcej: przekonali papieża, że Polska zasługuje na koronę królewską. I tak w Boże Narodzenie 1076 roku, w Gnieźnie odbyła się koronacja Bolesława Szczodrego.

Gdyby nie śmierć biskupa Stanisława, to Bolesława uznawalibyśmy za jednego z największych dobrodziejów Kościoła, obok Bolesława Chrobrego i królowej Jadwigi. Struktury utworzone za jego panowania funkcjonują do dzisiaj!

Powtórzmy więc: mamy dwóch ludzi, którzy przez lata wspólnie przeżywają ogromne radości, wspierają się, współpracują – byli jak jedna rodzina, jedno ciało. Tragedia roku 1079, kiedy to przyjaciel doprowadził do śmierci drugiego przyjaciela, wydarzyła się w łonie rodziny. Tak na to patrzyli współcześni.

Skoro mówimy o odnowieniu organizacji kościelnej, to warto zauważyć, że Stanisław, najbliższy współpracownik królewski, nie został arcybiskupem gnieźnieńskim. Może jego rozczarowanie leżało u podstaw późniejszego sporu?

Musimy się uwolnić od przypisywania ludziom średniowiecza chęci wspinania się po szczeblach kariery. W XI wieku wciąż pamiętano o starożytnych kanonach z soboru nicejskiego, według których biskup zostaje zaślubiony swojej diecezji. W IX wieku papież Formozus już po śmierci został osądzony za… cudzołóstwo, ponieważ zanim objął biskupstwo Rzymu, był biskupem Porto.

Przypuszczam poza tym, że dla Stanisława istotniejsze od paliusza arcybiskupiego mogło być przebywanie w otoczeniu króla. Bolesław, wzorem swojego pradziadka Bolesława Chrobrego, prowadził nieustanne wojny. W imieniu króla władzę w kraju sprawowali prawdopodobnie palatyn Sieciech i biskup krakowski… Obecność Stanisława w Krakowie była zatem jak najbardziej uzasadniona.

Stanisław zdawał też sobie sprawę, że jego przyjaciel król jest raptusem i gwałtownikiem, którego interesowała przede wszystkim wojna. W tamtych czasach królowie raczej nie zajmowali się nauką czy sztuką, ale skupiali na twardej polityce, umacnianiu struktur państwa. Ktoś taki jak Stanisław był Bolesławowi niezbędny.

Jeśli uświadomimy sobie, że mamy do czynienia z ludźmi, którzy przez lata osiągnęli tak wiele i nigdy się na sobie nie zawiedli, zrozumiałe się staje, że kiedy już doszło między nimi do konfliktu, odbijał się on echem przez długie wieki.

Musimy więc zrekonstruować przebieg wydarzeń. Opierając się na relacji Wincentego Kadłubka, dochodzimy do wniosku, że podczas jednej z wypraw wojennych Bolesława w kraju zdarzyło się coś bardzo złego.

Kadłubek ma na myśli zapewne wyprawę kijowską: Bolesław postanowił wmieszać się w wewnętrzne sprawy Rusi, Kijowa i rozstrzygnąć, kto obejmie tam tron. Wyprawa ta musiała być dla rycerzy królewskich bardzo frustrująca. Utrzymywali się z łupów, tymczasem król zakazał rabunku: skoro chciał umocnić pozycję swojego kandydata Izasława, jego wojsko nie mogło dokonywać gwałtów… Jakby tego było mało, z Polski zaczęły docierać niepokojące sygnały o powstaniu ludowym. W dodatku – jak pisze Kadłubek – żony rycerzy miały zdradzać ich z czeladzią, „niewolnymi”.

W rezultacie wielu rycerzy samowolnie wróciło do kraju, chcąc dociekać sprawiedliwości oraz ratować honor swój i rodziny. Z punktu widzenia Bolesława była to dezercja. Wyprawa zakończyła się fiaskiem. Król, wściekły, że problemy rodzinne rycerzy popsuły jego wielką politykę, wraca do Polski i zaczyna wymierzać sprawiedliwość. Wybitny mediewista prof. Tomasz Jurek nie waha się mówić o megalomanii Bolesława. Był to człowiek sfrustrowany, zawiedziony, niespełniony, za to z gigantycznymi ambicjami. Wielki wódz, któremu prozaiczne sprawy pokrzyżowały plany budowy wielkiego państwa dyktującego warunki sąsiadom.

Bolesław staje się człowiekiem okrutnym. Karze zarówno rycerzy dezerterów, jak i kobiety, których wiarołomstwo było główną przyczyną klęski wyprawy. Karze je w straszliwy, upokarzający sposób: kobiety muszą patrzeć na swoje umierające z głodu dzieci, jednocześnie przystawiając do piersi szczenięta.

Czy to się działo naprawdę? Kadłubek lubił adaptować starożytne legendy…

Niektórzy przypuszczają, że opowieść o niewiernych żonach pochodzi od Justyna. Nie ma to większego znaczenia: chodziło o pokazanie dramaturgii sytuacji.

I wtedy na scenę wychodzi biskup Stanisław.

Według Kadłubka biskup ujął się za prześladowanymi rycerzami i ich żonami. Podobnie Jan Chrzciciel przyszedł niegdyś do Heroda i powiedział mu: „Nie możesz obcować z żoną swojego brata” (por. Mt 14,1–12). Jan był jedynym człowiekiem na dworze, który miał odwagę mówić prawdę, a Herod go za to szanował. Jednocześnie był jednak uwikłany we własne szaleństwa, gry, właściwą ludziom władzy nadpobudliwość – co doprowadziło do śmierci Chrzciciela.

Stanisław powiedział zapewne Bolesławowi: „Nie możesz robić takich rzeczy, jesteś niesprawiedliwy. Ty, który jesteś Bożym pomazańcem, zaczynasz uderzać we własną owczarnię”.

Wróćmy do Galla, który napisał, że nie może być tak, iż christus in christum peccatum quodlibet corporaliter vindicare (pomazaniec na pomazańcu karze grzech cieleśnie). Pomazańcem był zarówno biskup, jak i król. To była walka dwóch ludzi odpowiedzialnych za Kościół. Stąd zgorszenie i potępiający ton Anonima.

I według twojej rekonstrukcji Bolesław, wściekły za upomnienie, podniósł rękę na przyjaciela?

Był gwałtownikiem, przeżywał ogromny zawód, może też jego serce było skażone nieufnością, podszeptami dworaków, że biskup pewnie chce go obalić… Do Polski mogły dotrzeć wieści z dalekiej Italii, gdzie papież Grzegorz VII ekskomunikował Henryka IV i zwolnił jego poddanych ze ślubu posłuszeństwa wobec króla. Być może Bolesław przeraził się, że Stanisław byłby zdolny do czegoś podobnego? To przykład dowodzący, że władcy znajdują się w grupie podwyższonego ryzyka szaleństwa.

Mistrz Wincenty podaje istniejącą na dworze książęcym tradycję na temat „sprawy św. Stanisława”. Według niej król oskarżał Stanisława o bezeceństwa, nieobyczajne zachowania, o zdradę i knucie z możnymi pod jego nieobecność. To są słowa, które wypowiada człowiek opętany manią prześladowczą. Frustracja i przemęczenie przerosły Bolesława i doprowadziły do finału, którym była śmierć Stanisława. Pewne jest jedno: zginął w sposób gwałtowny, doszło do uszkodzenia ciała, które Gall opisał jako truncatio membrorum.

Wróćmy do pytania o to, czy nad biskupem odbył się sąd.

A jak taki proces miałby wyglądać? Nie było żadnych procedur przewidzianych na wypadek oskarżeń wobec biskupa. Gall określa biskupa słowem traditor – zdrajca, ale nie oznacza to bynajmniej, że Stanisław miałby wejść w kooperację w królem niemieckim lub węgierskim. „Zdrada” oznacza, że w jakiś sposób sprzeniewierzył się swojemu królowi, a mogło to polegać choćby na wspomnianym upomnieniu Bolesława! To wystarczyło, żeby zostać rebeliantem. Gdyby chodziło o zdradę państwa, kronikarz użyłby słowa proditor – zdrajca „na rzecz kogoś innego”. Traditor oznacza kogoś, kto wykazał wewnętrzne nieposłuszeństwo wobec władcy.

30 lat po śmierci Stanisława uważano, że być może nie powinien był mówić tego, co mówił. Tylko że łatwo oceniać fakty z perspektywy czasu. Rzeczywistość na ogół nie ma precedensów, dlatego biskup w swoim rozeznaniu uznał, że dla dobra państwa i samego Bolesława należy go upomnieć, nawet w ostrych słowach.

Reakcja Bolesława doprowadziła do śmierci biskupa. Nie mamy pojęcia, czy odbył się sąd, nie wiemy też, z czyjej ręki zginął Stanisław. Czy rzeczywiście sam Bolesław poszedł na Skałkę i w czasie mszy przebił biskupa mieczem, ponieważ inni rycerze, którym to zlecił, nie byli w stanie tego zrobić?

Wincenty Kadłubek, który tak właśnie opisał scenę śmierci biskupa, z pewnością miał w pamięci głośne w całej Europie morderstwo z 1170 roku, kiedy to rycerze króla angielskiego Henryka II rozsiekali mieczami Tomasza Becketa – który właśnie odprawiał mszę.

Kto wie, może to późniejsze wydarzenie dostarcza wskazówki co do tego, co zdarzyło się naprawdę? Bo proces morderców Becketa wykazał, że król nie wydał im żadnego rozkazu. Po prostu kiedyś podczas uczty westchnął: „Któż uwolni mnie od tego klechy?”. I kilku rycerzy, chcąc się przypodobać królowi, dokonało morderstwa. Być może do podobnej sytuacji doszło sto lat wcześniej w Krakowie? Może pogrążający się w szaleństwie Bolesław powiedział o kilka zdań za dużo i ktoś spełnił jego życzenie?

Jest jeszcze jedno źródło zaprzeczające możliwości odbycia się sądu nad biskupem. Na Wawelu przechowywana jest czaszka, która według wiarygodnych badań jest prawdziwą relikwią św. Stanisława…

Badacze odkryli na jej części potylicznej sześciocentymetrowe wgniecenie, powstałe wskutek uderzenia tępym narzędziem. Podobne można zaobserwować z przodu i po bokach.

To ewidentnie wskazuje, że doszło do zamachu. Niektórzy przekonują, że biskup opierał się podczas wymierzania kary truncatio membrorum, dlatego został ogłuszony – ale to niewiarygodne. Ta kara nie polegała na rzuceniu się na kogoś z mieczem, tylko na świadomym obcięciu uszu, nosa, rąk. Zresztą wspomniane wgniecenie z tyłu czaszki nie jest śladem po ogłuszeniu, tylko po śmiertelnej ranie.

Zadanej nie mieczem, tylko czymś, co było pod ręką. Może lichtarzem?

Nie wiemy – ktoś, nie wiadomo kto, uderzył biskupa od tyłu jakimś ciężkim przedmiotem. Wiemy jedno – że gdzieś (na Wawelu, na Skałce?) znaleziono zakrwawione zwłoki biskupa Stanisława, z rozwaloną głową.

Gdybym miał zaproponować własną rekonstrukcję wydarzeń, powiedziałbym tak: biskup Stanisław, chcąc przywrócić pokój i zgodę, w trosce o prześladowanych przez króla ludzi, wszedł w spór z Bolesławem, który chciał za wszelką cenę dociekać sprawiedliwości tak, jak się to czyni w warunkach wojennych, czyli za pomocą agresji. To starcie doprowadziło w końcu do rękoczynu w jakimś zamkniętym pomieszczeniu. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby Bolesław świadomie zaplanował zamach. Chyba możemy mówić raczej o nieszczęśliwym splocie rozmaitych okoliczności.

Nie możemy pominąć jednak innego fragmentu kroniki Galla. Syn Bolesława Szczodrego, Mieszko, wraca po dziesięciu latach do Polski i zostaje otruty przez „jakichś wrogów”, „z obawy, by krzywdy ojca nie pomścił”. Są historycy, którzy na tej podstawie wnioskują, że istniał jakiś spisek, w którym uczestniczył biskup. I że samo morderstwo nie było jedyną przyczyną wygnania króla.

Znowu wracamy do współczesnego sposobu myślenia. Doszło do konfliktu dwóch pomazańców – czy to niewystarczający motyw do powstania silnej opozycji antykrólewskiej?

To prawda, że Mieszko umiera nagle. Nie możemy wykluczyć, że w czyjejś głowie zrodziła się myśl, iż wkrótce tron może objąć władca, który będzie chciał dociekać sprawiedliwości tak, jak czynił to jego ojciec. To nie jest dowód na to, że król został wygnany na skutek działania jakiegoś spisku, w którym miałby w dodatku uczestniczyć biskup Stanisław.

Gall używa słowa iniuria – krzywda, niesprawiedliwość, bezprawie. Czyli były jakieś rachunki do wyrównania.

Wystarczyło to, że Bolesław musiał uciekać. Czy może być większa krzywda i niesprawiedliwość dla króla niż wygnanie i śmierć na obczyźnie?

Stanisław przez wszystkie lata ściśle współpracował z królem i nie ma żadnych przesłanek, by miał uczestniczyć w spiskach. Zresztą z kim? Z Władysławem Hermanem, z którym Bolesław miał zawsze dobre relacje? Nie ma żadnych dowodów na zdradę skierowaną przeciwko królowi. Stara teza Tadeusza Wojciechowskiego o rzekomych kontaktach Stanisława z królem niemieckim Henrykiem IV i obozem antygregoriańskim jest wierutną bzdurą.

Powiedziałeś, że Gall chciał, żebyśmy zapamiętali Bolesława jako dobrodzieja Kościoła. Chyba się nie udało…

Bardzo szybko zaczęły się pielgrzymki do grobu Stanisława, zaczęto o nim mówić jako o męczenniku. Jednak nie możemy zapominać, że aż do czasu kanonizacji Stanisława w 1253 roku Bolesław Szczodry był wspominany w księgach wielu klasztorów, uważano go więc za kogoś, kto zasługuje na dobrą pamięć. Dopiero po kanonizacji biskupa z króla zrobiono mordercę, jednoznacznie czarny charakter.

Dlaczego kanonizacja do tego doprowadziła?

Dlatego że ludzie XIII wieku nie rozumieli już do końca wieku XI. W czasach Stanisława i Bolesława porządki doczesny i duchowy były ściśle powiązane. Dwieście lat później, po reformach gregoriańskich, biskupów wybierały już wyłącznie kapituły katedralne, czyli duchowni, władca świecki nie miał prawa w to ingerować. W XIII wieku pojawiły się dystans, chłód i pewnego rodzaju nieufność pomiędzy duchownymi i świeckimi. Wcześniejsza wspólnota rodzinna, z całą gamą rodzinnych smutków i radości, przerodziła się w sąsiedztwo, z wysokim płotem. Niestety, z czasem stawał się on coraz wyższy, a sąsiedzi, duchowni i świeccy, coraz bardziej podejrzliwi w stosunku do siebie. Ale to już temat na inną rozmowę…

Mimo wszystko, dzieło Stanisława przetrwało: jego męczeństwo wydało owoce, przez wieki umacniało Polskę. Ale przetrwało również dzieło króla Bolesława Szczodrego. Jestem przekonany, że jeśli ktoś szczerze czci Stanisława, to pewnego dnia odkryje też Bolesława. I wtedy, podobnie jak Gall Anonim w XII wieku, na pytanie, czy biskup był świętym, czy zdrajcą, odpowie z zakłopotaniem i zmartwioną miną: To naprawdę trudna, rodzinna historia.

Zabić biskupa
Tomasz Gałuszka OP

urodzony 4 czerwca 1978 roku w Jarosławiu – dominikanin, historyk, mediewista, doktor habilitowany historii Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktor teologii, profesor Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, dyrektor Dominikańskiego Instytutu Historycznego, nauczyciel...

Zabić biskupa
Maciej Müller

urodzony w 1982 r. – studiował historię na Uniwersytecie Jagiellońskim i dziennikarstwo w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera. W „Tygodniku Powszechnym” odpowiedzialny za dział „Wiara”. Współpracuje r...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze