Elżbieta Strzałkowska: Trzeba mówić o śmierci?

dr Paweł Grabowski: Trzeba. I rozmawiać o tym nawet z dziećmi w przedszkolu. Trzeba mówić, że jeśli ktoś jest niedołężny i pomarszczony, to nie znaczy, że jest mniej wart niż ten piękny i młody. Trzeba mówić o wykluczeniu w chorobie, uświadamiać, jak złożonym zjawiskiem jest cierpienie. I że człowiek stary i umierający też pragnie czułości. Nie rozmawiając o tych sprawach, wtłaczamy się w fałszywą rzeczywistość bez choroby i śmierci. Bez szacunku dla starości.

Dlatego napisał pan książkę dla dzieci?

Dziadek Franek to rzecz o stracie i umieraniu. W wielu rodzinach śmierć to temat tabu. Tymczasem szczera rozmowa jest wszystkim bardzo potrzebna. I umierającym, i tym, którzy zostają. Trzeba dziecko przytulić i powiedzieć prawdę. Otwartym tekstem.

Niektórzy mówią o panu Doktor Judym z Podlasia. To pana cieszy czy denerwuje?

Sam nie wiem. Jestem marzycielem, jednak mocno się przygotowałem do tego, co dziś robię, skończyłem nawet studia z zarządzania. Przedtem leczyłem chorych z nowotworami głowy i szyi. Także ludzi, którym trzeba było powiedzieć, że nic więcej nie da się dla nich zrobić. Tak dotknąłem hospicjum i zakochałem się w medycynie paliatywnej. Pracowałem w Krakowie i Warszawie, uczyłem też studentów pracy z pacjentem u kresu życia.

A potem rzucił pan wielkomiejski świat, szpitale, wykłady, przyjechał na Podlasie i założył chyba pierwsze w Polsce wiejskie hospicjum domowe. Teraz w zabitej dechami wiosce stawia pan hospicjum stacjonarne. Dlaczego właśnie tu?

Chciałem pracować w miejscu, w którym hospicjum domowe jest naprawdę potrzebne, ale nikt przy zdrowych zmysłach go nie założy, bo to się nie kalkuluje. Ta część Podlasia była właśnie takim czarnym punktem. Działamy na terenie pięciu nadgranicznych gmin. To jakieś 1900 kilometrów kwadratowych i odległości są realnym kłopotem. Młodzi wyjechali do miast, starzy zostali. To wsie, w których nie ma sklepu, nie ma apteki. Do autobusu daleko, zresztą jeździ bardzo rzadko. Pacjentowi, który potrzebuje codziennej opieki, nie pomoże pracownik ośrodka pomocy społecznej ani lekarz rodzinny, ani pielęgniarka środowiskowa.

Hospicjum działa od dziewięciu lat, przez pierwszych pięć nie mieliście nawet kontraktu z NFZ-etem, a pan dorabiał, lecząc zęby.

Tak było. Długo działaliśmy bez grosza ze strony państwa, dzięki sponsorom i dotacjom. Teraz mamy trzech lekarzy, pięć pielęgniarek, fizjoterapeutę i psychologa. Współpracujemy z miejscowymi duchownymi. Dogadujemy się i uzupełniamy z lekarzami rodzinnymi, z ośrodkami pomocy społecznej. No i zatrudniliśmy pię

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się