fot. fot. julian-hochgesang/unsplash

Niestety, żyję

Katarzyna Kolska: Ile lat minęło?

Marta: Trzydzieści jeden.

Próbujesz sobie czasem wyobrazić, jak by dziś wyglądał?

Tak, nieustannie. On cały czas żyje.

Myślisz o nim jako o dziecku?

Wyobrażam go sobie jako dorosłego faceta, miałby dziś trzydzieści pięć lat.

Porównujesz go z pozostałymi dziećmi, projektujesz jego życie?

Nie. Myślę sobie najwyżej o tym, jakim byłby synem, jakim byłby bratem.

Był najstarszy z rodzeństwa?

Tak, był naszym pierwszym dzieckiem. Owocem naszej ogromnej miłości.

Co cię zaniepokoiło, że poszłaś z nim do lekarza?

Zaczął się skarżyć, że bolą go oczka, że samochodzik mu skacze, gdy na niego patrzy, że nie widzi dobrze. Kiedy byliśmy na spacerze w parku, zaczął gonić ptaki i zauważyłam, że tak dziwnie biegnie i stale się potyka. To wszystko działo się z dnia na dzień. A ja byłam dopiero co po porodzie. Nasz drugi synek, Mikołaj, miał dwa tygodnie.

Od razu poszliście do lekarza?

Tak, do pediatry. Pediatra skierował nas do okulisty i neurologa. Okulistka nic nie stwierdziła, natomiast neurolog od razu podejrzewała jakieś zmiany w mózgu i wysłała nas do szpitala na badania. Termin przyjęcia mieliśmy za kilka dni, ale nie doczekaliśmy go, bo stan naszego synka bardzo się pogorszył. Trafiliśmy na ostry dyżur. Kazano nam jak najszybciej zrobić tomograf komputerowy. W tamtych czasach takie badanie to był jakiś kosmos. Ale udało nam się to dość szybko załatwić.

Ile Adaś miał wtedy lat?

Niecałe cztery.

Szybko usłyszeliście diagnozę?

Tak, ale człowiek nie chce w to uwierzyć. Słyszysz, że lekarz mówi: nowotwór, ale do ciebie to zupełnie nie dociera. Guz okazał się tak duży, że zatykał ujście kanału kręgowego i zablokował krążenie płynu rdzeniowego, w związku z czym zaczynało się robić wtórne wodogłowie, bo ten płyn zalegał w czaszce. Trzeba było zrobić operację wstawienia zastawki. Adaś strasznie cierpiał, potwornie bolała go głowa. I tylko krzyczał: Moja główka, moja główka. Pamiętam, jak wjeżdżał na salę operacyjną. Wygolili mu z boku włoski i on tak mówił: Mamusiu, moje włoski, moje włoski. I tylko tyle go widziałam. To niewyobrażalnie straszne, kiedy bezsilnie patrzysz na cierpienie swojego dziecka. Chcesz mu zabrać ten ból, chcesz, żeby bolało ciebie, jesteś gotowa zrobić wszystko, oddać własne życie za chwilę ulgi dla niego. Ale nie możesz zrobić nic.

Dalsze leczenie odbywało się w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie na neurochirurgii, gdzie na szczęście można było być razem z dzieckiem, a rodzice mogli mieszkać w hostelu przy szpitalu. Nie było tam wolnych miejsc, ale ludzie tak się solidaryzowali, że przyjmowali innych rodziców do siebie i często w jednym pokoju spało po kilka osób. Spędzaliśmy tam tylko noce, bo od rana do późnego wieczora warowaliśmy przy łóżkach naszych cierpiących dzieci.

To tam po dwóch tygodniach usłyszeliśmy ostateczną diagnozę. Medulloblastoma, IV stopień złośliwości.

Zaczęło się leczenie. Najpierw operacja, później chemioterapia. Dzisiaj w takim leczeniu kolejność jest odwrotna: cytostatyki, operacja, cytostatyki, naświetlania. Wtedy zaczynało się od operacji.

A co się działo z twoim nowo narodzonym dzieckiem?

Pełną opiekę przejęła moja mama, która doskonale zajmowała się Mikołajem. Ja byłam w takim stanie psychicznym, że specjalnie nie interesowało mnie to, co się dzieje w domu. Skupiałam się wyłącznie na Adasiu. W amoku, dosłownie. To straszne, jak sobie teraz o tym pomyślę. Mam z tego powodu ogromne wyrzuty sum

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się