Święty Józef. Niedopowiedziana historia
Wielu świeckich odczuwa w sobie silne pragnienie czy potrzebę ewangelizowania, nie znaczy to jednak, że najwłaściwszą metodą jest wpychanie osobom niewierzącym czy poszukującym Jezusa na siłę.
Zazwyczaj przy redakcyjnym podziale obowiązków przypadają mi w udziale zadania o wiele bardziej wdzięczne niż to: Napisz, czego ci brakuje u świeckich. Gapię się w ekran laptopa od kilkudziesięciu minut i się zastanawiam, jak zgrabnie wytłumaczyć się przed czytelnikami z tego, że w ogóle zabieram się za ten tekst? Czy mam prawo oceniać innych?
Może i nie mam, ale też nie będę udawać – przecież od razu potrafię precyzyjnie wskazać, które postawy, zachowania, a niekiedy i zagrania budzą mój sprzeciw, niezrozumienie, smutek czy złość. Jednak żeby zachować przynajmniej pozór sprawiedliwości i przyzwoitości, najpierw sama uderzę się w piersi.
Gdzie jest Kościół, który budujesz
W czasie jednego ze swoich wystąpień (zdaje się, że było to na II Ogólnopolskim Kongresie Nowej Ewangelizacji) bp Grzegorz Ryś, poruszając kwestię churchingu, postawił w pewnym momencie pytanie: „Gdzie jest ten Kościół, który budujesz?”. Czyli gdzie jest ta konkretna wspólnota, w którą się angażujesz, w którą wkładasz jakiś kawałek siebie? To pytanie zaczęło we mnie intensywnie rezonować, ponieważ uświadomiłam sobie, że – mimo szlachetnych deklaracji przywiązania do Kościoła – mój udział w jego tworzeniu jest zawstydzająco mały i sprowadza się właściwie do ofiary składanej na tacę.
Kojarzą państwo takie historie? Organizujemy wielką rodzinną imprezę, dzielimy między siebie obowiązki, ustalamy, kto robi sałatkę, a kto piecze ciasto. Wszystko idzie zgodnie z planem, tylko ten jeden kuzyn, jak co roku, wszystko ma w nosie i przychodzi na gotowe. Denerwujące, prawda? Ja też przychodzę do Kościoła na gotowe. Jak wielu z nas. Co nie przeszkadza nam nabożnie sięgać po dobroci ze stołu eucharystycznego.
Hasła w stylu: zaangażowanie w Kościół, odpowiedzialność za Kościół przywodzą na myśl konieczność przyłączenia się do jakiejś wspólnoty działającej przy parafii lub sięgającej swoimi strukturami o wiele dalej. Trop ten jest tyle słuszny, co niejedyny. Bo przecież nie każdy odnajdzie się w neokatechumenacie czy wśród charyzmatyków, nie każdy też ma potrzebę zasilania swoją osobą jakiejkolwiek innej komórki Kościoła, by wreszcie poczuć się jego częścią. I co wtedy?
Wtedy warto przeskanować swoje umiejętności, możliwości, zdolności i pomyśleć chwilę, jak można je wprząc w rytm życia lokalnego Kościoła, z którym jestem/chcę być związany. Pan Bóg obdarzył cię aksamitnym barytonem? Co w takim razie powiesz na odciążenie księdza w kwestii liturgicznych czytań? Masz świetny kontakt z dziećmi? Twoja pomoc na pewno bardzo się przyda w parafialnej świetlicy. Jesteś złotą rączką? Wyręcz biednego wikarego w zbijaniu bożonarodzeniowego żłóbka. Funkcjonujesz w totalnym zabieganiu i twój kalendarz na pewno nie pomieści już żadnych dodatkowych zajęć? To może zaczniesz się szczególnie modlić za księży ze swojej parafii i to będzie twój wkład w tę wspólnotę?
Gdyby starczyło nam chęci i determinacji do poszukania takiego obszaru, na którym realnie zaangażujemy się w budowanie swojego Kościoła, na pewno mielibyśmy mniejszy problem ze zrozumiem słów o Kościele – naszym domu. I pewnie przestalibyśmy używać (jeśli się nam to zdarza) w różnych gorących dyskusjach argumentu, że przecież Kościół to czarni (chociaż w przypadku dominikanów raczej biali).
Wpychanie Pana Jezusa
Scenka rodzajowa nr 1. Dość luźna atmosfera, kilka osób, rozmowy o niczym ważnym. Jedna z kobiet, świdrując spojrzeniem pewnego mężczyznę, zaczyna ni stąd, ni zowąd recytować mu fragment psalmu. (Odbiorca jest raczej zdystansowany do Kościoła). Konsternacja. Dyskretna wymiana znaczących spojrzeń między świadkami zajścia. Kobieta ma głębokie przekonanie, że to była ewangelizacja. Mężczyzna (jak i część świadków) ma głębokie przekonanie, że ta kobieta jest wariatką.
Scenka rodzajowa nr 2. Znowu niewielka gromada, znowu towarzystwo religijnie mieszane, atmosfera znacznie poważniejsza. Rozmowy o trudnej sytuacji. „Pan Jezus to załatwi”, „Pan Jezus mi powiedział”, „Pan Jezus nie pozwoli” – przekonuje jedna z osób. Efekt spotkania – podobnie jak wyżej.
Scenka rodzajowa nr 3, będąca – w przeciwieństwie do dwóch poprzednich – tylko i wyłącznie wytworem wyobraźni. Niewielkie grono ledwie znających się ludzi. Wśród nich ona. Zaczyna i nie przestaje: „Mój mąż podarował mi”, „Mój mąż szepnął mi”, „Mój mąż dotknął mnie”, „Mój mąż…”. Po chwili wszyscy mają jej dość, a ona ma opinię emocjonalnej ekshibicjonistki. Jak to się wiąże z Panem Bogiem?
Ci, którzy doznali różnych duchowych poruszeń, doskonale wiedzą, że On rzeczywiście do nas mówi, dotyka nas, napełnia, prowadzi, strzeże etc. Jednak nasze osobiste doświadczenie Boga jest bardzo często czymś niezwykle intymnym i szafowanie nim na prawo i lewo – nawet jeśli robimy to w celach ewangelizacyjnych – może przypominać rzucanie pereł przed wieprze. Weźmy dwoje dojrzałych kochających się ludzi. Czy oni rozpowiadają wokół o swoich tajemnicach, o tej szczególnej więzi, która ich łączy? No oczywiście, że nie! Natomiast to, co się między nimi wydarza, ich wzajemna miłość i bliskość, sprawiają, że emanują spokojem, radością, siłą, dobrocią. Podobny mechanizm działa w naszej relacji z Bogiem.
Wielu świeckich odczuwa w sobie silne pragnienie czy potrzebę ewangelizowania, nie znaczy to jednak, że najwłaściwszą metodą jest wpychanie osobom niewierzącym czy poszukującym Jezusa na siłę. Trochę roztropności, subtelności i cierpliwości, siostry i bracia! Zanim ujawnicie swoją bliską więź z Bogiem, pokażcie, że i człowiek w swojej złożoności, w wierze albo niewierze, w poharataniu, ze swoim kontekstem nie jest wam obojętny. I że naprawdę chodzi wam o jego dobro, a nie o możliwość osobistego zabłyśnięcia w roli przykładnego katolika.
Żebyśmy się dobrze zrozumieli – ja nie postuluję tu milczenia o Bogu. Sama miałam wiele takich spotkań, kiedy odsłoniłam przed kimś jakiś ważny kawałek mojej historii z Bogiem. Ale musi być po temu i odpowiedni moment, i grunt.
Wojenko, wojenko
Rzeczą, która mnie niezwykle w Kościele od jakiegoś czasu dotyka, są nasze wewnętrzne wojenki i przepychanki o to, kto ma rację bardziej. Kiedy ten tekst powstaje, trwa właśnie zacięta dyskusja, czy na drzwiach domów prawdziwych katolików powinien widnieć napis „K+M+B” czy jednak „C+M+B”. Oczywiście każda ze stron operuje całym zestawem słusznych argumentów. Za chwilę – daję sobie głowę uciąć – wybuchnie coroczny przecież spór o to, czy katolik powinien wspierać Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. A nie może być tak, że jeden wesprze, bo uzna to za słuszne, a inny tego nie zrobi?
Naprawdę zadziwiające jest to, jak nas uwiera różnorodność i jakie potrafi w nas wywołać poczucie zagrożenia. Tymczasem, jak mówił w rozmowie z Peterem Seewaldem Benedykt XVI, „potrzebujemy ogromnej tolerancji wewnątrzkościelnej, która uznaje wielość dróg za coś zgodnego z rozległością katolicyzmu – i która ich nie odrzuca, również tych, które, by tak powiedzieć, nie odpowiadają naszym indywidualnym upodobaniom. Na przykład – zauważa trzeźwo Ratzinger – Niemiec na słowa Opus Dei, Europejscy Skauci i tym podobne, musi okazywać oburzenie, w przeciwnym razie nie uznają go za dobrego katolika. Wiele zjawisk nie odpowiada »normalnemu« czy, powiedzmy, »niemieckiemu« gustowi. Wskazana jest tu tolerancja, która akceptuje całą rozległość katolicyzmu” (Bóg i świat). No właśnie, nic dodać, nic ująć.
W związku z tymi naszymi wojenkami ujawnia się oprócz niezdolności do różnienia się jeszcze jeden istotny mankament: brak pokory. W różnych dyskusjach – zarówno tych zażartych, jak i eleganckich – albo też w naszym cichym i upartym trwaniu przy swoim, można by niekiedy usłyszeć echo słów: Któż jak ja?, a nie: Któż jak Bóg? A przecież chrześcijanin jest kimś – to myśl jezuity o. Wojciecha Ziółka – kto potrafi zanegować samego siebie. Konfrontacja z tym, co inne, często niezrozumiałe, może oburzające wyprowadza nas z ciepełka, w którym bezpiecznie tkwimy; każe nam ruszyć na poszukiwanie prawdy i zmusza nas do zadania sobie pytania o to, jakie jest moje doświadczenie Boga. Być może dojdziemy dokładnie do tego samego punktu, z którego wyszliśmy, ale na pewno będziemy trochę przez tę wędrówkę przemienieni.
Na koniec chcę jeszcze oddać głos bp. Grzegorzowi Rysiowi: „Gdy ktoś szuka wiary, gdy chce dotknąć Chrystusa, powinien dotknąć nas – dotknąć Kościoła. Ale czy człowiek stykający się z Kościołem, który tworzymy, zyska wiarę? Czy dotknięcie Kościoła buduje? Czy prowadzi ludzi do wiary? To bardzo bolesne pytania” (Wiara z lewej, prawej i Bożej strony).
Oceń