Sycylijczyk
fot. michal mikulec / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Dwa grosze. O Bogu bliskim

0 votes
Wyczyść

Zioło-lecznictwo, czyli wywary na przywary, z Wojciechem Ziółkiem SJ rozmawia Anna Sosnowska, Wydawnictwo WAM, Kraków 2015

Wszystko, co najważniejsze w tej książce, zaczęło się na Sycylii. Duchowe przełamanie i uzdrowienie po latach bezradności. A skoro tak, to proszę wybaczyć żartobliwe skojarzenie z najsłynniejszym filmowym Sycylijczykiem, który mówił. „Znamy się od wielu lat, ale o pomoc prosisz po raz pierwszy. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zaprosiłeś mnie na kawę. Nie chciałeś mej przyjaźni. Aż do teraz, kiedy przychodzisz do mnie. Co ja ci zrobiłem, że mnie tak nie szanujesz?”. To fragment Ojca chrzestnego i rozmowy Don Corleone z „nawróconym” na jego pomoc Amerigo Bonaserą. Czyż to dalekie skojarzenie, przywołane bardzo na wyrost, nie przypomina trochę naszych rozmów z Bogiem? Na szczęście Bóg w wyznaniach ojca Wojciecha Ziółka SJ jest kompletnie inny. Dla niedawnego przełożonego krakowskich jezuitów osoba Pana Jezusa nie definiuje się w tytułach Logosu, Mesjasza, Odkupiciela czy Mistrza, choć te określania są mu z pewnością znane. W pierwszej kolejności Wojciech Ziółek mówi do Jezusa czule: „Mój Jezu”, bo takiego Go w swoim życiu doświadcza i takiego Go pamięta. I choć takie wyznanie nie pada wprost w treści jego rozmowy z Anną Sosnowską, to jego echo przebija w wielu jej miejscach. Zwłaszcza wtedy, kiedy ojciec Wojciech przywołuje swoje wewnętrzne dialogi z Jezusem, w których Ten mówi do niego „Wojteczku”, „Ziółas” lub podwórkowo per „Ziółek”.

Iskrzy…

…w tej rozmowie od błyskotliwych porównań i chwytliwych metafor. Jak choćby tych o nawracającej mocy pieluchy, byciu prezesem Klubu Niedojrzałych Duchowo, spowiadaniu się na kebaba i hot doga, o Bogu, który przypomina GPS i Jezusie jeżdżącym w dwudziestoczterogodzinnym pogotowiu ratunkowym. Perełką jest przedstawienie wspólnoty jezuitów jako oddziału intensywnej opieki medycznej, na który pacjentów z różnymi dolegliwościami kieruje ordynator w osobie prowincjała.

Rozmowa Wojciecha Ziółka i Anny Sosnowskiej to nie popis elokwencji, ale duchowa literatura faktu, której mottem mogłaby być taka oto myśl: Patrząc na siebie, nie mamy prawa spodziewać się życia, które jest młode, zielone i kwitnące. Ale jest Bóg, który ma nadzieję w stosunku do każdego z nas, niezależnie od tego, czy wyglądamy na martwych, wyschłych i bez oznak życia. W sumie nie ma w tej książce nic takiego, o czym nie słyszelibyśmy kiedyś, przy innej okazji. Ot historia, która dziwnym trafem najczęściej przydarza się księżom i służy potem przez lata jako umoralniający przykład do wykorzystania na kazaniach. Co więcej, mogą znaleźć się i tacy, którzy uznają taką rozmowę za gorszącą, bo w końcu, po co ksiądz opowiada o swoich życiowych upadkach i depresyjnych myślach?

A więc, po co?

W rozdziałach poświęconych wierze, miłości, przebaczeniu, spowiedzi i pojednaniu, uważny czytelnik dostrzeże jedynie hasła wywoławcze. W sumie jest to intymna opowieść o szukaniu Boga, Jego obrazu w życiu, ciemnych dolinach własnego ducha, nawróceniu i zmaganiu z własną słabością i grzechem. I samo to jest już odpowiedzią na pytanie, po co nam taka książka.

Jak lustra w naszej wierze potrzebujemy takich postaci, które, jak ojciec Wojciech, doświadczyły zmagania i „tylko” przeżyły dotychczasowe życie, starając się być dobrym księdzem i chrześcijaninem. Potrzebujemy takich wyznań, żeby zmobilizować się do życia, choćby za pomocą niezbyt eleganckiej pociechy, że ten to miał gorzej, a ostatecznie jednak dał radę.

Czytając takie rozmowy, zdajemy sobie sprawę, że pociąga nas trudne piękno czyjegoś istnienia, składające się z wysokich postanowień, wyborów, heroizmu i pokory. Zabarwione najzwyklejszą i dobrze nam znaną codziennością – spowiedzi lepszych i gorszych, pytania o miłosierdzie, szukania pomocy i uczenia się zgody na własne ograniczenia.

Wojciech Ziółek, opowiadając o duchowości i wierze, osadza te rozważania zupełnie nieświadomie w pejzażu chwil trywialnych, przeciekających przez palce, drobnych radości, satysfakcji, wstydów, wpadek i sytuacji komicznych, a nade wszystko zwykłego i cichego dobra (szczególnie wtedy, kiedy wspomina swoją pracę w hospicjum).

Bardzo nam potrzeba spotkania z taką historią, opowiedzianą szczerze i chwilami chropowato, bo przywraca ona kilka ciągle gubionych w życiu duchowym prawd o tym, że w życiu to, co wysokie, miesza się z tym, co niskie, to, co zwykłe, z tym, co świąteczne, a jedno bez drugiego żyć nie może. A nade wszystko, że jedno i drugie tworzy przestrzeń, w której może urzeczywistnić się dar powierzenia swojego życia Jezusowi na zawsze. Bo do tego ostatecznie zmierza ta rozmowa, w której znajdziemy naprędce sformułowaną definicję tego, czym jest chrześcijaństwo, czyli naśladownictwo Jezusa. Ojciec Wojciech odnajduje je w postawie Piotra. „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz o moich świństwach, podłościach, ale kłamałbym, gdybym powiedział, że Cię nie kocham (…) wiem, to skrajna bezczelność tak mówić, z mojej strony, ale tak właśnie jest i nie mogę powiedzieć inaczej”.

Jest to też opowieść…

…o sile Słowa Jezusa, które ma swój czas i w przeciwieństwie do nas jest bardzo cierpliwe i hojne, mimo że na co dzień zdajemy się tego nie dostrzegać. To Ono szuka szczeliny w naszym sercu, przez którą może się przedostać i być przyjęte, a kiedy już ją znajdzie, to spada na człowieka, stając się żywym ogniem. Bo, jak wyznaje bohater, opisując swoje duchowe uzdrowienie, nie pomogły mu pobożne rozważania, pogłębiona refleksja nad własną sytuacją i cenne porady odnośnie do tego, co należy robić. Nawróciły go trzy słowa: „Pewien zaś Samarytanin” – fragment przypowieści z Ewangelii św. Łukasza. To one zmieniły jego życie, nie dlatego, że ktoś je wypowiedział z namaszczeniem. Wysłuchane po raz enty podczas jednych z wielu rekolekcji miały w sobie to „coś”, co na dobre, jak mówi ojciec Wojciech, rozdarło jego serce i stało się „wydarzeniem” założycielskim nowego życia trwającego do dziś. Za odwagę dzielenia się takim doświadczeniem trzeba być bohaterowi wdzięcznym. Ale tym wszystkim, którzy wietrzą w tej historii łatwy przepis na duchowe bolączki, autor daje przestrogę – to jest moje doświadczenie, nie wasze. Wasze, drodzy czytelnicy, może być inne. „Bo niestety tak jest, że dopóki możemy – walczymy. Najpierw o to, żeby przeżyć, a potem, aby nie stracić kontroli nad swoim życiem, bo przecież chcemy rozwiązać problem po swojemu, za wszelką cenę, sami chcąc siebie zbawić. Tymczasem pragnienie samo-zbawienia jest diabelską pokusą. Jedyne, co naprawdę możemy zrobić, to dać się zbawić”.

Sycylijczyk
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, były Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu (2018-2022), autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze