Przyjęłabym każde dziecko świata
Oferta specjalna -25%

List do Galatów

0 opinie
Wyczyść

Romana Brzezińska, Jan Grzegorczyk: Historia Pani rodziny jest niezwykła. Gdybyśmy Pani nie znali, moglibyśmy ją uznać za wręcz niewiarygodną. Sprawy nadprzyrodzone pomieszane z całkowitą i bolesną prozą życia. Wiemy, że nie chce Pani za bardzo o tym mówić, ale ta opowieść może niejednemu człowiekowi pomóc. Jak to się stało, że została Pani matką dziesięciorga nieswoich dzieci?

Bogna Wagner: Nigdy nie używam określenia: nieswoje dzieci. No cóż, jeśli chcecie tego wysłuchać, to musicie od początku. Miałam swoich rodzonych dwoje. Był rok 1986. Skończyłam 38 lat i dojrzałam do spotkania się z sobą samą. Zobaczyłam bezsens swojego życia. Sądzę, że prawie wszyscy ludzie myślący muszą sobie w pewnym wieku zadać ważne pytania. Zrodziło się we mnie pragnienie: jeżeli jest Bóg, to chcę w niego uwierzyć. Pan Bóg nie pozwolił mi czekać, tylko mnie rzucił trzy razy na kolana. Potem już poszło jak po sznurku. Najpierw wpadła mi w ręce taka książka — myślę, że nie przypadkiem, bo, jak powiada mój znajomy ksiądz, przypadki są tylko w gramatyce — Ludzie, którzy żyli Ewangelią. Tam przeczytałam o Edycie Stein. Zobaczyłam, że światły człowiek mógł uwierzyć i z całą odpowiedzialnością przyjąć tę wiarę do końca. Drugą postacią była Stanisława Leszczyńska, położna z Oświęcimia. Komentarzy nie trzeba, bo raport położnej z Oświęcimia mówi za siebie. Jak ona to wszystko robiła, że nigdy nie było przy połogu zakażenia? Czyli On jest, żywy, On zainterweniował. Zobaczyłam, że ci ludzie mieli odwagę żyć Ewangelią w XX wieku. Potem wpadł mi w ręce życiorys Maksymiliana Kolbego. Tam przeczytałam, że jedyne, co się zachowało z jego ciała, to zdjęcia rentgenowskie. Jedno płuco miał bez miąższu płucnego. Jak to jest możliwe, że mnie zwykłe zapalenia oskrzeli powalały, a ten człowiek z podziurawionymi płucami żył, chodził, nosił ciężary? Ujrzałam poprzez tych ludzi moc Bożą w człowieku otwartym na Niego. Czy jest możliwe życie Ewangelią tu i teraz — w naszym konsumpcyjnym społeczeństwie? Chciałam to pytanie postawić komuś uczciwemu, kto tak żyje. I spotkałam takiego księdza. Podeszłam kiedyś do niego i mówię: „Ksiądz jest bardzo młody, ale proszę mi powiedzieć, czy w obecnym czasie można żyć Ewangelią?”. „Czy pani sobie zdaje sprawę, o co pyta?”. A ja: „Proszę mi odpowiedzieć: tak czy nie”. Popatrzył mi w oczy i powiedział: „Tak”. Powiedziałam: „Dziękuję, z Bogiem” i poszłam. Od tej chwili wiedziałam, że przyjmę każde słowo Pana Jezusa.

I Pan Bóg kazał zaadoptować dzieci?

Była jeszcze przede mną długa, a raczej skomplikowana droga. W tym czasie ciężko zachorował mój brat. Bardzo go kochałam. Postanowiłam, że będę chodziła cały maj za niego na nabożeństwa. Mój udział we Mszy św. z racji tej ofiary, jakoby przypadkiem, spowodował otrzymanie łaski świątecznego, radosnego nastroju, który kojarzył mi się z dzieciństwem. Nie mogłam doczekać się następnego dnia i Mszy. Mąż lubił swego szwagra, rozumiał moją ofiarę. Przychodził pod kościół i potem szliśmy na brydża. Graliśmy w niego namiętnie. Kiedy zaczęły się nabożeństwa czerwcowe, zaczęłam chodzić również na nie. Mój mąż zaprotestował. „Ja Andrzeja lubię, ale Panu Bogu te 31 dni maja wystarczy. Bez przesady”.

Pewnego dnia córka powiedziała mi: „Mamusiu, chcesz nauczyć się modlić?”. A mi się wydawało, że ja jestem na szczytach. Ale nic, poszłam na spotkanie i zobaczyłam grupę osób wielbiących Boga — nie znałam takiej modlitwy. Na którymś ze spotkań ksiądz powiedział, że gdzie dwóch lub trzech spotka się w imię Jezusa, tam On jest. I ja poczułam Jego Osobę. Zaczęłam płakać, szlochać. Poczułam się tak czysta, jakby w moich łzach zmył się cały brud. Pamiętam, wstydziłam się, że tak płacząc, nie będę się mogła na osiedlu pokazać, bo ludzie powiedzą, że tak może płakać po wyjściu z kościoła tylko jawnogrzesznica. Nigdy tak w życiu nie płakałam. Tak się dokonało moje nawrócenie, nie z mojej woli, ale z łaski Jezusa. W krótkim czasie wielu najbliższych i przyjaciół odżegnało się ode mnie, bo z taką dewotką nie chcieli mieć nic wspólnego.

Czym ta dewocja się manifestowała? W chodzeniu na spotkania modlitewne? Może zapragnęła Pani wszystkich nawracać?

Zdarzyło się coś takiego jak w Ewangelii. Jeżeli znajdziesz skarb, to wykop go i dziel się tą radością.

I Pani się zaczęła dzielić tą radością.

Tak, mówiłam, że beznadziejnie żyjemy. I ludzie mnie zniecierpieli. Poza moim mężem. On jedynie powtarzał, że chce mnie mieć taką jak przedtem. Byliśmy dobrym małżeństwem, 17 lat po ślubie, byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni. A rozwód wisiał na włosku. W sierpniu doznałam uzdrowienia z raka. Stało się to na rekolekcjach w Jutrosinie. Kiedy się nawracałam, to jeszcze nie wiedziałam, że jestem chora. To nie miało z tym nic wspólnego.

Skąd się Pani dowiedziała, że ma raka?

Poszłam na badania za namową męża. Kiedy usłyszałam diagnozę, siły uszły ze mnie jak powietrze. Nagle zobaczyłam siebie w myślach jako kupę gnoju. Ile pożyję, rok, pół roku? Wiedziałam, że to jest konkretne, że to się stało i że od tego nie ucieknę. Po drodze do domu nieświadomie skręciłam w kierunku kościoła. Myślałam, że nie dojdę. Szłam tip–topami, łzy ciekły mi mimo woli. Podeszłam do balasek i zobaczyłam obraz „Jezu ufam Tobie”. O miłosierdziu nie wiedziałam wtedy nic. Pierwszy raz płakałam nad sobą. Moje życie się kończyło, byłam młoda, miałam plany, tysiąc pomysłów na życie. Żal mi było siebie samej, moich dzieci. Syn miał dziesięć lat, a córka szesnaście. Spojrzałam na napis „Jezu, ufam Tobie” i nie mogłam go zrozumieć. Nagle coś mi przemknęło przez głowę. Było to zdanie z Ewangelii: „Włos ci nie spadnie z głowy bez mojej wiedzy”. Wtedy sobie uświadomiłam, co ono znaczy. Jezus chciał, abym zaufała. A ja wcale nie ufałam, tylko się bałam. I nagle otrzymałam łaskę. Weszłam do kościoła, szlochając, a wyszłam, śpiewając i tańcząc.

To wszystko dokonało się w ciągu jednego dnia?

Nie tylko, że jednego dnia, ale w ciągu paru minut. Wracałam z badań jak kupka nieszczęścia, a doszłam do domu radosna. Mój mąż wiedział o moim raku wcześniej, ale to ukrywał i tylko delikatnie wysłał mnie do przychodni, bo na niego napierano, mówiąc, że kobieta umrze i nie będzie wiedziała dlaczego. Po powrocie z kościoła musiałam go pocieszać. Kiedy się dowiedział, że ja wiem o swoim raku, omal nie zemdlał.

I wtedy poczuła się Pani zdrowa?

Stało się, że ktoś mnie wpisał na rekolekcje. Zapierałam się, nie chciałam jechać. Ale już wcześniej postanowiłam Jezusa słuchać. Powiedziałam: jeżeli Jezu chcesz, żebym jechała na te rekolekcje, to daj mi jakiś znak. I przyszedł do mnie list od księdza, który w życiu do mnie nie napisał. List następującej treści. „Już dziś dziękuję Bogu za wszystkie łaski, jakich pani udzieli w czasie tych rekolekcji”. Przedtem byłam na wakacjach. Byłam tak słaba, że ledwo niosłam ręcznik na plaży. Po rekolekcjach wróciłam całkiem zdrowa. Namaszczono mnie na nich olejami. Modlono się nade mną. Kiedy mój mąż mnie zobaczył, opanowała go euforia. Ale na krótko. Właśnie wtedy nastąpił okres spięć między nami.

Jak się Pani przekonała, że nie ma już raka?

Wycinków mi wtedy nie pobrano. Dopiero po czterech latach, ale to odrębna historia. No cóż, poczułam się zdrowa jak koń, miałam siły dwudziestoletniej dziewczyny.

Dobrze, jest Pani zdrowa, przejdźmy teraz do adopcji dzieci.

Nie, tak tego nie mogę zakończyć. Musi być zakończenie, czyli nawrócenie mojego męża. Mąż mnie wówczas prześladował i mówił: „Ty święta, czy można cię dotknąć?”. Był szorstki, mało przyjemny, innego słowa nie chcę użyć. Nasze drogi się rozchodziły.

Wiedziałam, że albo będę musiała nagiąć się do niego, albo nasze małżeństwo się rozleci. On nie ulegnie, bo to był człowiek z kręgosłupem, nie podejmował decyzji na pięć minut, by potem ją zmienić. Powiedział mi, że chce mnie mieć taką jak dawniej.

Ale Pani została uzdrowiona. To nic dla niego nie znaczyło?

To nie szkodzi. Mąż był typowym… Ja zresztą byłam przedtem taka jak on, więc mu nie miałam tego za złe.

Groził nam rozwód. Powiedziałam. „Panie, przecież to niemożliwe, żeby z Twojego powodu miało się rozpaść nasze sakramentalne małżeństwo”. Pan Jezus zadziałał natychmiast. Następnego dnia mąż mnie obudził jak za dawnych czasów i mówi: „Kotku, kawka… I jak to jest z tym Duchem Świętym?”. Powiedziałam mu dwa zdania, a on trzasnął drzwiami… ale za dwie godziny wrócił z powrotem i znowu mi postawił pytania, i znowu trzasnął drzwiami. Wcześniej nigdy tego nie robił. Tak długo trzaskał drzwiami i pytał, aż przyjął do swego życia Jezusa. Miesiąc i chłop został pokonany miłosierdziem Boga. Szliśmy teraz ręka w rękę. W następnym roku przyjęliśmy dzieci. Nie mogłabym podjąć się tego zadania sama.

Jak to się stało?

Po moim nawróceniu zaczęłam bardziej dostrzegać potrzeby innych ludzi. Byliśmy na Mszy, podczas której siostra zakonna z domu dziecka prosiła, żeby zabierać choć na parę dni dzieci z tego domu, żeby miały rodziny zaprzyjaźnione i jakiś punkt odniesienia w swoim życiu. Usłyszałam to, ale stwierdziłam, że to mnie nie dotyczy. Miałam dwójkę swoich i nie przepadałam za dziećmi. Usprawiedliwiałam się w duchu, że jedni mają takie powołanie, a drudzy inne. Nie cierpiałam na brak zajęć. Miałam życie po brzegi wypełnione. Mąż zawsze mówił, że jeśli chcę mieć trzecie dziecko, to mam iść do sąsiada. Staraliśmy się być rozważnymi ludźmi.

Wiele osób po wspomnianej Mszy zareagowało impulsywnie. Zaczęło zapraszać dzieci do domu na weekendy. Znajomi mieli nam za złe, że my nie bierzemy, a ja pamiętam jeszcze swoje przemyślenia z tamtego czasu: nie chcę być dobrą panią. Jeżeli bym zaprosiła jakieś dziecko do siebie, to nie mogłabym mu powiedzieć: już się znudziłam i więcej cię, dziecko, nie zapraszam. Wziąć dziecko to jest decyzja na całe życie, a nie na pięć minut. Nie wolno sobie za pomocą dziecka robić uciechy. Znajomi zapraszali taką Kasię, miała chyba osiem lat. W czasie wizyty u nich pierwszy raz widziałam na własne oczy prawdziwą sierotkę — nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Byłam taktowna, miła — wszystko. Po tym spotkaniu osobą o wiele bardziej wzruszoną był mój mąż. On stracił ojca w wieku ośmiu lat. Po przyjściu do domu mąż powiedział, że nie mógł patrzeć na to jej osierocenie. Tej Kasi by nieba przychylił. Wkrótce Kasia mi powiedziała, zapłakana, że jej młodszą siostrę, Ilonkę, ktoś chce adoptować i ona mnie błagała: „Ciociu, nie pozwól, bo ja mam na świecie tylko Ilonkę. Nie pozwól Ilonki zabrać”. I to mnie naprawdę wzruszyło. Autentycznie zadrżałam. Nie mówiłam przyjaciółce, że powinna wziąć te obie siostrzyczki. Wiedziałam, że muszę się rozprawić sama z sobą, że Jezus czeka na moją decyzję. Dotąd nie nosiłam się z zamiarem adopcji. Przyszłam do domu, opowiedziałam wszystko mężowi. Wysłuchał, wzruszył się ogromnie, ale nic z tego nie wynikało. Dni mijały. A ja znowu bardzo ciężko zachorowałam, tym razem na nerki. Moja choroba się ciągnęła, było bardzo źle, potworne bóle. I pewnego dnia wszystko minęło w jednej chwili. Mąż był świadkiem tego wyzdrowienia. Kiedy to zobaczył, pierwsze słowa, jakie powiedział, to że dziś pojedziemy po Kasię i Ilonkę. Dotrzymał słowa. Okazało się jednak, że dzieci nie można adoptować. Miały nieuporządkowane papiery, a opowieści Kasi o Ilonce podobno były fantasmagorią tego dziecka. Temat Kasi się skończył. Wtedy pierwszy raz w życiu przekroczyłam próg domu dziecka. Zobaczyłam na sali kilkanaście małych dziewczynek w wieku 5–10 lat. Siedziały w kucki, wlepiając oczy we mnie i mojego męża. Łakome oczy. Wbite w nas jak szpileczki, wyczekujące, łaknące spojrzenia. Ten obraz mnie przeniknął. Mąż poczuł się zwolniony z problemu.

A Pani?

W drodze do domu postawiłam mu pytanie, czy nie wzięlibyśmy innych dzieci. Powiedział, że absolutnie nie, że dotyczyło to tylko Kasi. Mnie też zrobiło się lżej. Był luty. Tak trwało do Wielkanocy. W Wielki Czwartek wróciłam z zakupów. Prowadziłam wtedy swój warsztat. Koło godziny 18. wzięłam się do mycia okien. Weszła moja córeczka i z takim przechernym wzrokiem powiedziała: „Jesteście, mamusiu, ładnymi hipokrytami”. Ja tak słucham. Miałam się za taką dobrą, taką prawowierną. „Czemu?”. „Taki stół, tyle żarcia, a te biedne dzieci w domu dziecka…”. Na to wyszedł z drugiego pokoju mąż i powiedział: „No wiesz, gdybyś jakieś dziecko zaprosiła na święta, nie miałbym nic przeciwko temu”. Pomyślałam sobie, że to chyba Pan Bóg mówi, bo takie słowa w jego ustach? Nagle poczułam jakiegoś bluesa. Samochodu nie mieliśmy, ale stać mnie było na taksówkę. Poszłam na postój, nakupiwszy dużo bezów, bo do dzieci bez słodyczy nie można, a bez kartek były tylko bezy. Stoję w kolejce i myślę: Maryjo, jakie to miałyby być dzieci? Nie potrafię wybierać. Dla Anety nie będę przywoziła rówieśniczki, bo to już nie dziecko. To dla Arka, który miał 11 lat. A więc pomyślałam o chłopcu. Byłam bardzo praktyczna, nie miałam czasu zabawiać się z dzieciakami. Arek jest silną indywidualnością, więc musiałoby to być dwóch chłopców. Jednego to by Arek zjadł i przyporządkował sobie. Wobec tego najlepiej byłoby dwóch braciszków, bo to z jednego domu, jeden kierunek wychowania. Powiedziałam Matce Bożej: „Zostawiam Ci wybór, ale weź pod uwagę moje preferencje”. Wtedy też pomyślałam po raz pierwszy, że skoro tyle się najeżdżę do tych dzieci, jeśli miałabym je ciągle przywozić, to lepiej je zaadoptować. „Wybierz mi, Maryjo, zatem takie dzieci, które mnie pokochają, a ja je pokocham”. Przychodzi siostra Teresa, składa rączki i mówi pokorniutko: „Paniuńcio, ja mam taką wielką prośbę, ja mam takich dwóch braciszków. Nikt ich nie chce na święta, weź, paniuńcia, tych dwóch”. Widzicie, że przypadki są tylko w gramatyce! Kiedy zobaczyłam tych dwóch… Takie przedszkolaczki, tylko łepyszki im było widać znad stołów. Takie mordki sympatyczne, a sznupki wpatrzone we mnie i błyszczące oczka. Byli w pasiastych piżamkach. Wdzięczyli się do mnie. Zapytałam ich: „Chcecie mieć ciocię?”. Pokiwali, ale nic nie odpowiedzieli. „A chcecie z ciocią pojechać na święta?”. Znowu pokiwali główkami. Powiedziałam im, że jutro po nich na pewno przyjadę. Musiałam przygotować dom. Całą noc pracowałam, żeby mieć święta tylko dla nich. Święta łączyły się z feriami, więc dzieci były u nas tydzień. Doświadczyliśmy radosnego przyglądania się sobie. Dzieci były tak zabiedzone, tak zagłodzone i tak niewyrośnięte, że dziesięcioletniemu kupowałam rzeczy na metr trzynaście. Brałam obu na ręce i hop siup. Takie były maleńkie.

Że nie sposób już było je odstawić?

Tak. Po tym tygodniu uważałam, że jest niegodziwością oddać te dzieci, one nas już potrzebowały. Ale mój mąż był człowiekiem rozważnym. Mówił: głową jestem w chmurach, ale nogami stąpam po ziemi. Kazał mi je odwieźć, w sposób bezwzględny. Wiedziałam, że w pewnych sytuacjach nie wolno mi było wywierać na niego nacisków, ale w myślach skomentowałam: „Ty, człowieku, masz kamień, nie serce”. Musiałam odwieźć dzieci wbrew sobie. Wzbudziły się nagle we mnie potężne uczucia macierzyńskie.

Po powrocie mąż mi oświadczył: „Dominika zaadoptujemy, Gabrysia nie”. Gabryś był dzieckiem bardzo nerwowym. Przeszkadzał we wszystkim mojemu bardzo poukładanemu mężowi. Wszystko mu rozbrajał i rozkręcał. Nie chciałam pogodzić się z tą decyzją, mówiłam, że to jest krzywda dla dzieci. Trwały między nami rozmowy, przyszedł maj i komunia Gabrysia. Siostra zadzwoniła, żebyśmy koniecznie przyjechali. Wyglądało na to, że Gabryś będzie jedynym dzieckiem przystępującym do komunii św. bez rodziców. Siostra błagała nas, żebyśmy byli rodzicami zastępczymi na komunii, że dziecko tego nie przeżyje. W domu dziecka nawet najgorsi rodzice zjawiają się na komunię. Pojechaliśmy i tak się złożyło, że przed katedrą proboszcz powiedział: „A wy, rodzice, połóżcie ręce na swoje dzieci i błogosławcie im”. Nie potrafiliśmy już nic robić, nie wypełniając tego treścią. Po obiedzie mąż powiedział: „Zgoda. Gabrysia zaadoptujemy też. Dziś to się stało. Będę mu ojcem, ja już się nim stałem, wypowiadając błogosławieństwo”.

No i tacy zachwyceni swoją dojrzałością do decyzji komunikujemy to siostrze, która nas zaprosiła na kawkę, a ona mówi: „No to weźcie jeszcze Mirka”. „Jakiego Mirka!?”. Po czym okazało się, że tam jest jeszcze cały ogon, że jest jeszcze czworo rodzeństwa, czyli razem sześcioro. Jak ona to powiedziała, to ja prawie upadłam pod stół. Dzieci nie wspominały o jakimkolwiek rodzeństwie. One wygrywały swoje życie. Mój mąż w ogóle nie zareagował. Nie wiedziałam, czy to przyjął, czy to do niego dotarło. Nasze mieszkanie nie było już w stanie pomieścić tylu dzieci. Kiedy potem zapytałam męża, co on myśli o Mirku, bo nic nie odpowiedział siostrze, wzruszył ramionami i powiedział: „Słuchaj, na głowę to ja jeszcze nie upadłem. Dwójkę tak, ale dalej to już chyba nawet nie potrzeba rozmowy”.

A jednak postawiła Pani na swoim…

Pewnego dnia byłam na Mszy z całą rodziną. Był dzień powszedni. Nie myślałam wtedy o dzieciach, które mieliśmy zaadoptować. Poszłam do komunii. Przyjęłam Pana Jezusa, obróciłam się na pięcie i w tym momencie przestrzeń kościoła się skończyła… przeniosłam się w inną rzeczywistość, znalazłam się w domu dziecka przy stojącej tam figurze, której wcześniej nie widziałam. Stałam, a cała szóstka dzieci obiegała mnie. Wykrzykiwały coś radośnie, a Pan Jezus mówił do mnie: „Ani dwóch, ani trzech nie weźmiecie. Sześciu weźmiecie. To są moje dzieci, ja je poślę w świat, wy jesteście moimi narzędziami. Ja zatroszczę się o wszystko…”.

W tym momencie wszystko się skończyło, na powrót byłam w kościele. Stałam dokładnie w tym miejscu, z jakiego wyszłam do komunii. W tym moim widzeniu doznałam uczucia takiej miłości, jakiej nie znałam. Zawsze byłam osobą kochliwą, kochałam się w wielu chłopakach. Ale tego typu miłości nie znałam. To była miłość Pana Jezusa. Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że będę musiała powiedzieć to mojemu mężowi. I momentalnie z tego uniesienia wpadłam w dół nieszczęścia. I krzyknęłam w sobie: „Jezu, czemu Ty tego jemu nie powiedziałeś. Przecież on nawet na trzecie nie chce się zgodzić!”. To było niewykonalne. Powiedziałam o tym córce. Z mężem nie miałam nawet co próbować. Po wyjściu z kościoła był zgryźliwy, uszczypliwy, a przecież nic nie wiedział o całym moim przeżyciu. Miał tak czarny humor, że to uniemożliwiało powiedzenie mu czegokolwiek. Nie chciałam postąpić nieroztropnie. Drugiego dnia zaczęło się ze mną dziać coś złego. Wiedziałam, że jeżeli tego nie powiem, to się chyba rozpadnę. Postawię wszystko na jedną szalę, ale muszę to powiedzieć. I powiedziałam. Mąż nic nie odparł, tylko zaczął gwizdać. To był objaw jego najlepszego humoru. Za chwilę przyszedł i powiedział: „To musi ktoś rozeznać i myślę, że nie jedna osoba”. I rzeczywiście doszło do tego rozeznania. To była ważka decyzja, wymagała zmiany miejsca zamieszkania. Prawdziwość mojego widzenia rozważało sześć osób duchownych. Orzeczenie było pozytywne.

I co mąż na to?

Zaakceptował i był pełen pokoju. Przez dwa tygodnie. Po tym okresie stwierdził, że niestety chodzi zbyt mocno po ziemi i o tym, by miał stać się ojcem ośmiorga dzieci, nie ma mowy. Dwójka tak, nie więcej. Przeżywałam rozdarcie. Ale wiedziałam, że nie mogę zrezygnować z wypełnienia słów Jezusa dla czegokolwiek i dla kogokolwiek. Osoby duchowne, Boże, mówiły, że obowiązuje mnie posłuszeństwo mężowi i miały rację, ale ja nie mogłam zapomnieć o tym, co było i wyrzec się posługi Panu Jezusowi. Zgodzę się z wolą męża, ale nie wymażę tego, co się stało. Nie mogłam powiedzieć, że ten obrus jest czarny, skoro jest biały. Po jakimś czasie mąż się zgodził, żebyśmy na duże wakacje wzięli czwórkę dzieci. Po tych wakacjach stwierdził, że przyjmie tę czwórkę. Ale nie sześcioro, bo to jest ponad jego siły, ma pięćdziesiąt lat. Rozumiałam go.

W te wspomniane wakacje dostałam do wiwatu. Dzieci się odkryły, bo przedtem sprzedawały się świątecznie. Po dwóch tygodniach zaczęły pokazywać swoje prawdziwe oblicza. Musiałam wstawać za piętnaście szósta, a nie mogłam się kłaść wcześniej niż między pierwszą a drugą. Mąż chyba chciał, żebym siebie samą wypróbowała, czy fizycznie dam radę. Wytrwałam do końca wakacji, ale byłam potwornie zmęczona. Zostałam powalona, powiem uczciwie, przez odkrycie ich charakterków. Nie byłam przyzwyczajona, że dzieci mogą być tak uparte w swoich zachciankach, tak niedające się naprawić, niechcące wypełniać mojej woli w żadnym zakresie. Skończyły się wakacje, odwiozłam je do domu dziecka, bo tak musiałam postąpić. Wróciłam do domu, zamknęłam drzwi i poczułam taką wolność… jakiej nigdy nie doświadczyłam, to znaczy nie zauważałam tej wolności. Wiedziałam, że nie mam ochoty wrócić po dzieci, ale muszę to zrobić.

A nie próbowała się Pani targować z Panem Jezusem?

Nie targowałam się i nigdy się nie targuję. Dobrze na tym wychodzę.

Mąż, jak mówiłam, zgodził się na czworo. I powiem teraz jak wypełnia się w życiu człowieka posłuszeństwo wobec Ewangelii. Doszło między nami po raz kolejny do zachwiania. Sytuacja trwała, straciliśmy ze sobą kontakt. Przyznawałam mu rację, ale nie mogłam się na nią zgodzić. Siedzieliśmy przed telewizorem, łączył nas tylko ekran. I nagle jakaś niewidzialna, ale zdecydowana ręka wypchnęła mnie z mojego siedziska i zrobiłam coś wbrew swojej woli, co nie mieściło się w moich zachowaniach. Mianowicie ta siła wypchnęła mnie do mojego męża, przykucnęłam przy jego fotelu i pocałowałam go w rękę. Nie zrobiłam tego nigdy w życiu. To mnie tak upokorzyło, że zaczęłam płakać. Mój mąż też widać doznał szoku. Nigdy tego nie komentował. Wstał, przygarnął mnie i powiedział: „Idziemy do księdza. Dobra, biorę wszystkie dzieci”. I tak jak powiedział, tak zostało. Poszliśmy i mąż uroczyście zakomunikował, że zgadza się na sześcioro dzieci. Pojawił się problem zmiany mieszkania… Pan Jezus to wszystko poukładał, ale to są tak obszerne tematy, że tego już nie ruszajmy. To był październik, a w listopadzie mieszkaliśmy już w nowym mieszkaniu z dziećmi. Sprawy formalne w sądzie załatwiliśmy w niecały tydzień. To jest absolutny precedens.

Mówiła Pani, że z trudem podołała opiece nad nimi w trakcie wakacji. Jak zatem możliwe stało się codzienne życie z taką gromadą?

Niech się nikt nie waży brać dzieci — jednego czy dwojga, to nie ma znaczenia — sierot społecznych… bez Jezusa. Trzeba sobie najpierw uświadomić, kto to jest sierota społeczna. To są najczęściej dzieci alkoholików z silnym zagłodzeniem. A zagłodzenie w pierwszych latach ma tragiczne skutki, bo mózg dziecka nie chce ruszyć. Jest ono przymulone, jak po obozach koncentracyjnych. W wieku pełnoletnim dzieci osiągają umysłowość ośmiolatka. Ono jest upośledzone. My sobie nie uświadamiamy, że w normalnej rodzinie tak czy owak wychowujemy dzieci, a te dzieci przez nikogo nie były wychowywane. Czemu ma się przypatrywać dziecko w rodzinie alkoholików? Moje dzieci „ruszyły”, ale to była sprawa Jezusa.

Moje dzieci nie potrafiły mówić. Kazałam im powtarzać, Ola, a one mówiły Ala; Kraków — a one Krakew, Krakiw. Wszystko, byle nie powiedzieć poprawnie. Takie dziecko nie chce się nauczyć. Ta nasza pierwsza szóstka to były dzieci bardzo wysportowane, pomimo zabiedzenia — chowały się bez mała w lesie. Jedyną ich zabawą było łamanie gałązek, zabijanie ptaszków. Kiedy wzięłam je do miasta, to ich zabawy polegały na celowaniu kamieniami w psy, w dzieci, we wszystko, co żywe. Ale czy one były okrutne? Po prostu nie znały innego zachowania. I to się przenosiło na wszystkie sfery życia. Jeden, gdy mu coś nie pasowało, to za karę załatwił się w pokoju, wytarł się najlepszą koszulką siostry… Kupowałam nieraz takie ekstra rzeczy gdzieś w komisach, żeby zachować równowagę, żeby dzieci rodzone nie poczuły, że wraz z nowym rodzeństwem obniża się poziom ich życia. Chciałam im pokazać, że nic się nie stało. Kupiłam więc dziecku piękną koszulkę, a on się nią podtarł i wszystko wsadził za kaloryfer. Były dwie ubikacje w domu, ale on to zrobił ze złości. Chciał udowodnić, że jest ważny. U tych dzieci żadne prawa nie rządzą. Jak każecie włożyć łyżkę do buzi, to właśnie ją wsadzi do ucha. On będzie jadł zupę uchem.

To jak żeście to przeszli po ludzku, Pani mąż, dzieci?

Kiedy dyskutowaliśmy o Mirku, o trzecim dziecku do adopcji, to Arek kiedyś przyszedł, dla mnie wtedy był jeszcze berbeciem, i mówi: „Mamusiu, czemu wy nie chcecie tego Mirka wziąć?”. Odpowiedziałam: „My może byśmy chcieli, ale już nie ma go gdzie położyć”. „Nie żal ci tego Mireczka? On jest taki malutki, taki osmarkany. Ja mu oddam swoje łóżko”. „A gdzie ty będziesz spał?”. „Nie wiesz? Są piętrowe łóżka”. „Ale to nie wystarczy”. „To dobudujemy drugie piętro. Ja będę spał na samej górze, bo im będzie ciężko wchodzić, ale weź tego Mirka”. To nie myśmy właściwie brali dzieci. To dzieci chciały te dzieci, choć nie wiedziały, jaką to rewolucję wywoła w ich życiu.

Mieliśmy piękne, luksusowe mieszkanie. Tak wykończone, że nie było gdzie gwoździa wbić. Przeprowadziliśmy się do rudery, do ruiny. Przez pół roku mieszkaliśmy na kartonach. Moje dzieci nie wiedziały, co to znaczy wyjść z luksusu. Mój mąż przez dwa lata to remontował, robił za konserwatora zabytków. Dzieci musiały to zaakceptować. Nie było już na wszystkie zachcianki, jak dotąd.

 Kosztów nie da się zliczyć. Mąż był wytrwały jak skała. Jego patronem stał się św. Józef. Te dzieci teraz są wspaniałe. Co było niedociągnięte do śmierci męża, potem się wygoiło.

Jak Wam się to wszystko udało?

Od początku była zasada, że nie ma podziału. Nasze dzieci i adoptowane. Najstarsze dzieci się oczywiście czasem przeciw temu czasem buntowały, ale to było normalne. Pamiętam, jak kiedyś Arek, rodzony syn, wszedł do kuchni i zaczął sobie smarować bułkę. Mąż powiedział, że zjadł już swoje dwie. A on się zbuntował: „To ja we własnym domu nie mam prawa zjeść tyle, ile chcę?”. „Masz takie same prawa, jak wszyscy”.

Jest jeszcze jeden sposób na sukces wychowawczy. Kiedy po wielu latach rozpłakałam się i stwierdziłam: choćbym na stosie spłonęła i tak nie uczynię ich dobrymi. Czułam się okaleczona, bo uczyniłam wszystko łącznie z modlitwą, trwaniem przed Bogiem i oddaniem siebie do końca dzieciom, a jednak owoc był fatalny. Wtedy stary franciszkanin mi powiedział: „Msza święta czyni cuda”. Dawniej ludzie zamawiali Msze święte, a teraz kto? Jeżeli nam zbawienia potrzeba po śmierci, to tym bardziej w życiu, ja to zrozumiałam i zaczęłam za dzieci zamawiać Msze święte. Byłam nieustępliwa. Mówiłam: „Panie Jezu, nie ustąpię”. I Pan Bóg uczynił poprzez te Msze święte moje dzieci dobrymi. To dało mi taką wiarę, iż pomyślałam sobie, że nie bałabym się żadnego dziecka świata, że każde dziecko mogłabym przyjąć, nawet nie widząc go ani nie myśląc, skąd ono jest i jak głęboko jest zdeprawowane. Na sto procent wiem, że człowiek nie uczyni człowieka dobrym. To jest pewne, że tego sobie przypisać nie możemy, to jest poza nami. Nawet, jeżeli sami będziemy świętymi, możemy tylko prosić.

Czy kiedy miała Pani kłopoty materialne, udała się Pani po pomoc do jakichś instytucji państwowych?

Raz spróbowałam, ale po upokorzeniu, jakie mnie spotkało, dałam sobie spokój. Pewien znany działacz społeczny, wówczas bardzo władny, wziął mnie za naciągaczkę. Państwo w takich przypadkach jak mój praktycznie nie pomaga. Przepisy są stworzone dla rodzinnych domów dziecka, a nie dla rodzin zastępczych. Trzeba dopomóc tym ludziom, którzy się decydują adoptować dzieci poprzez zmianę przepisów. W rodzinie zastępczej jest pełnia odpowiedzialności rodzicielskiej, ale czasem nie wystarcza pieniędzy. Otrzymałabym pomoc, gdybym uzyskała status rodzinnego domu dziecka. Nie byłoby to jednak dobre dla dzieci, bo na pytanie: „Skąd jesteś?”, dziecko musi odpowiedzieć — z domu dziecka. Myśli: wmawiasz sobie, że masz mamusię, tatusia, ale ty jesteś z domu dziecka i wszędzie o tym musisz mówić. Fastrygowany tatuś i mamusia. I nigdy im nie zacerujesz tej przedziurawionej psychiki. Te dzieci chcą mieć przynależność do ojca i do matki, to było u nich zawsze najważniejsze. Ludzie tego nie mogą pojąć. Namawiają: „Niech pani stworzy rodzinny dom dziecka, przecież miałaby pani korzyść, my pani damy…”.

Zrezygnowaliśmy więc świadomie z mężem z możliwości pomocy materialnej za taką cenę, bo najważniejsza jest godność dziecka, odbudowanie jego psychiki, normalność życia. To ważniejsze niż profity materialne.

W zeszłym roku zmarł Pani mąż. Niedługo potem zdecydowała się Pani wziąć jeszcze czwórkę dzieci, „kolejną turę”, jak Pani powiada. Dla wielu ludzi jest to niepojęte…

Człowiek, kiedy służy tyle lat, sam sobie nie uświadamia, że się otwiera. Oglądałam rok temu film Zanussiego o Ojcu Świętym. Akurat trafiłam na moment, kiedy Papież był w Brazylii. Przychodzą do niego tubylcy z darami. Widok szokujący, kobieta przyszła z pustym, wyszorowanym garnkiem, robotnik, do połowy rozebrany, a potem kamera objęła taplające się w błocie dzieci — brudne, głodne… Nigdy nie widziałam Papieża tak zdenerwowanego i zdeterminowanego. Krzyczał, wręcz z głębokości: „W imię tych dzieci, w imię dzieci całego świata otwórzcie wasze serca!”. On już nie prosił, on nakazywał. Mnie jakby piorun przeszedł. Siedzę w tym ciepełku, dzieci wychowane, problemy z głowy, a we mnie porażenie. Nie spodziewałam się takiej reakcji. Myślę: a ty byś mogła jeszcze otworzyć swoje serce i przyjąć jakieś dzieci? Policzyłam, ile mam miejsca w domu…

Dziękujemy.

* Imiona i nazwisko zostały zmienione.

Przyjęłabym każde dziecko świata
Bogna Wagner

matka adoptowana wielu dzieci....

Przyjęłabym każde dziecko świata
Romana Brzezińska

Romana Brzezińska-Lajborek, dziennikarka „Gazety Poznańskiej” zmarła w 2005 roku, w wieku 51 lat, po długiej, ciężkiej chorobie. Zajmowała się tematami społecznymi związanymi z Kościołem. W zawodzie dziennikarza pracowała...

Przyjęłabym każde dziecko świata
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze