Niewykorzystane źródła energii

Niewykorzystane źródła energii

Wychowywany byłem twardą ręką mojego ojca. Za to, że nie pozdrowiłem księdza Zygmunta Nabzdyka, wieloletniego ojca duchownego w seminarium w Nysie, dostałem od ambitnego ojca lanie. Idąc do ciotki, mówiącej lepiej po niemiecku niż po polsku, długo ćwiczyłem: Gelobt sei Jesus Christus.

Wchodząc do czyjegoś domu — szczególnie, jeśli mieszkała tam rodzina — miałem mówić: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Stało się to ważne zwłaszcza podczas wakacji, kiedy odwiedzaliśmy krewnych w Małopolsce. W mieście raczej mówiło się „dzień dobry”. Potem w szkole omawialiśmy Norwida i jego wiersz Moja piosnka II, w którym kraj ojczysty kojarzył się poecie z pozdrowieniami. „Gdzie pierwsze ukłony są — jak odwieczne Chrystusa wyznanie:«Bądź pochwalony!»”. Polacy tak są do tego przyzwyczajeni, że używają owego pozdrowienia przy każdym spotkaniu, z kimkolwiek. Nawet, wszedłszy do mieszkania żyda, witają się w ten sposób, co zauważył Wiktor Gomulicki, wydawca Norwida…

Maciej Morawski, długoletni paryski korespondent radia Wolna Europa, zawsze zaczynał ze mną rozmowę od: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Podobno tak wydzwaniał nawet do ówczesnej ambasady. Robił to nawet z pewną nutą warcholstwa i przebojowości.

Kiedy podczas przesłuchań w Pałacu Mostowskich w Warszawie mówiłem przesłuchującym mnie panom: „Szczęść Boże” — to w odpowiedzi usłyszałem pewnego razu grzeczne: „Dziękujemy, dziękujemy”.

Ostatnio, przebywając w Lublinie na KUL–u, gdzie głosiłem misje jubileuszowe, po drodze do kościoła akademickiego spotykałem wielu młodych mężczyzn, ubranych na szaro i mijających się w milczeniu ze wzrokiem spuszczonym ku ziemi — zadrżałem. Mój ojciec by tego nie wytrzymał. Rozglądałby się już za paskiem… „Gęby nie masz, nie potrafisz jej otworzyć, by pochwalić Pana Boga?” — słyszę jego głos zza świata.

Wpadłem zatem na pomysł, ażeby co ładniejsze dziewczyny i co bardziej męscy i pełni własnej tożsamości chłopcy zaczęli się wreszcie w wolnej Polsce normalnie pozdrawiać. Jakież byłoby to wspaniałe, gdyby w urzędach i biurach ci metrykalni katolicy, nareszcie odzyskawszy tożsamość, tłumioną przez lata peerelki, otwarli gęby w normalnym pozdrowieniu. Takie pozdrowienie skasowałoby cały problem korupcji, z którym z takim zaangażowaniem walczy nasz prezydent. Bo czyż możliwe, by katolik wchodzący do urzędu i pozdrawiający obecnych imieniem Chrystusa, był jeszcze w stanie wyciągnąć przygotowaną wcześniej nielegalną kopertę.

Jakaż siła i moc objawiłaby się, gdyby wszyscy ludzie starsi, staruszkowie, wszyscy ci nie mający nic do stracenia stali się straceńcami Bożymi i wysyłali pobożne petardy, chrześcijańskie pozdrowienia, akty uwielbienia Boga ku sobie nawzajem, ku młodzieży. Toż byłby to mistyczny trotyl, przed groźbą którego chowałyby się po kątach bezbożne szczury i myszy.

Męczy mnie już ta ukrywana nieśmiałość, ten katolicyzm zza flanki, to przyklejanie niezobowiązującej rybki na samochodzie.

Pozdrowienie kojarzy mi się z twarzą, odkrytym czołem. Na takich ludzi czekamy. Staram się robić, co mogę, przynajmniej w swoim otoczeniu. Proszę zatem uprzejmie, aby na mój widok wszyscy chwalili Chrystusa.

Niespodziewanie przypomniała mi się Ala, lekarka, wychowanka naszego duszpasterstwa, która podczas jakiejś rozmowy o swojej pogańskiej rodzinie zwierzyła mi się, że chciałaby mieć dom, gdzie wszyscy pozdrawialiby się po Bożemu, skąd wychodzący zawsze mówiliby: „Z Bogiem”.

Jakiejż mocy potrzeba, aby odwiecznym słowom chrześcijańskiego pozdrowienia, którym grozi bezmyślność i tonacja banału, ze względu na częstotliwość ich wypowiadania, nadać świeżość i moc, z jaką te słowa wypowiada zawsze Jan Paweł II.

Niewykorzystane źródła energii
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...