Przycisk alarmowy
fot. jake weirick / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Skrupulatom na ratunek

0 votes
Wyczyść

Młodzi ludzie żyją dziś w świecie mediów społecznościowych i zamiast obraźliwych słów używają na przykład emotikonów albo memów. To też jest przemoc, ale na pewno bardziej zawoalowana i bardziej kreatywna.

Anna Sosnowska: Czy młody ambasador polszczyzny czasem przeklina?

Bartek Chaciński: Oczywiście, że tak. Nie wiem, czy zostałbym ambasadorem polszczyzny, gdybym nie znał tych rejonów naszego języka. Nie przeklinam natomiast nigdy w sytuacjach publicznych.

Jaką rolę odgrywają w naszym życiu wulgaryzmy?

Pełnią wiele funkcji i są uzasadnione od strony psychologicznej. Czasem pozwalają szybko i skutecznie rozładować emocje. Działają też odstraszająco – chcemy, żeby świat dał nam spokój, więc za pomocą słów próbujemy wywołać takie wrażenie, jakie robi nastroszony kot czy zwierzę szczerzące kły. Przekleństwa bywają także wyrazem bezradności, sygnalizują, że dzieje się z nami coś niedobrego. Są jak przycisk alarmowy znajdujący się za szybką, którą w pewnych okolicznościach można stłuc.

A jeśli tę szybkę tłuczemy raz za razem?

To przekleństwo traci wtedy swoją funkcję, a zaczyna określać nasz sposób mówienia w ogóle – opisuje nas pod kątem środowiska, z którego się wywodzimy, temperamentu, a w wielu wypadkach i pod kątem preferowanego przez nas dowcipu.

Mówi pan, że przekleństwo rozładowuje emocje, ale przecież w niektórych sytuacjach może je jeszcze bardziej nakręcać.

Tu dochodzimy do rozróżnienia między powiedzeniem „motyla noga!”, kiedy się uderzymy w palec, a wyzwiskami kierowanymi pod adresem innych. Kiedy wulgaryzm przestaje służyć do czegoś, a zaczyna służyć przeciwko komuś, to przechodzimy już na ciemną stronę mocy.

Mam wrażenie, że ta ciemna strona mocy dość swobodnie się dziś panoszy w przestrzeni publicznej.

Chodzi pani o mowę nienawiści?

Tak, choć użył pan bardzo upolitycznionego określenia.

To prawda, ale ono się wiąże też w tej chwili mocno z internetem. Moi koledzy po fachu, którzy jeszcze niedawno rzadko zaglądali na fora internetowe, teraz robią to z przerażeniem, ponieważ „hejt się leje”. Jak widać, to zjawisko doczekało się nawet oddzielnego wyrażenia.

Ale dlaczego tak się dzieje?

Ponieważ zostaliśmy znieczuleni przez język debaty publicznej – a raczej powinienem powiedzieć: komentarzy politycznych walczących ze sobą obozów, bo to nie jest przecież żadna debata – która w zasadzie opiera się głównie na hejcie. I nie mówię nawet o przekleństwach, bo internet nauczył nas je obchodzić.

Użycie niecenzuralnego słowa grozi zablokowaniem komentarza i świat się nie dowie, co myślimy na dany temat.

Internauci doskonale zdają sobie sprawę z tego, że najostrzejsze polskie wulgaryzmy na „k”, „p” i „j” z dużym prawdopodobieństwem będą automatycznie moderowane, więc nauczyli się to ograniczenie obchodzić. Czasem robią to w zabawny sposób, używając na przykład słów „rukwa ćma”. Ale generalnie ten hejt językowy przybrał dziś bardziej zakamuflowaną formę – on się kryje raczej w intencjach i sposobie opisywania niż w samych przekleństwach.

W ten sposób obelgą mogą się stać słowa zupełnie niewinne. Zwracał pan na to uwagę kilka miesięcy temu na łamach „Polityki”.

Napisałem ten tekst, ponieważ byłem już trochę zmęczony obciążaniem niewulgarnych słów ponurym i negatywnym znaczeniem.

Weźmy na przykład takie lemingi.

Do języka polityki wprowadził je Stefan Niesiołowski. Oczywiście znamy legendę o lemingach idących bezmyślnie jeden za drugim prosto w przepaść, kompletnie nieprawdziwą z punktu widzenia biologii. Ale ten obraz działa na wyobraźnię, więc zaczęto go używać przed jedną z kampanii wyborczych. Na tamtym etapie słowo „leming” miało jeszcze precyzyjną definicję – opisywało bezkrytycznych wyznawców lidera partii.

Dziś lemingami są ci, którym się w życiu udało.

Tak, ci, którzy odnieśli sukces, mieszkają w Warszawie albo innym dużym mieście, mają mieszkanie – oczywiście na kredyt, i to we frankach. Robert Mazurek opublikował w „Uważam Rze” tekst „Alfabet leminga”, będący, moim zdaniem, w dużej części żartem – znam Roberta, wiem, że jest prowokatorem. Niestety, artykuł został odebrany serio i tylko utrwalił taki właśnie obraz leminga.

Leming pije „czianti” albo „ekspreso”, je „gnoczczi”, ma białą „toyotę auris”, a z Miasteczka Wilanów jeździ do rodziców do Parczewa po jajka i kury. Sporo w tym opisie żółci.

Pewnie dlatego leming z taką łatwością wszedł nawet nie tyle do języka nienawiści, co do języka frustracji. Kłopot w tym, że dziś lemingiem jest mieszkaniec Miasteczka Wilanów, jutro może się nim stać sąsiad z większym metrażem, a pojutrze ktoś z rodziny, kto po prostu ma pracę. To słowo całkowicie zatraca swoje pierwotne znaczenie i zaczyna być jednym z epitetów, którymi obrzucamy innych.

Wróćmy jeszcze na chwilę do klasyki gatunku, czyli typowych wulgaryzmów. Z badania przeprowadzonego przez CBOS w sierpniu 2013 roku wynika, że przekleństw używa raz na jakiś czas ośmiu na dziesięciu dorosłych Polaków. Jednocześnie 9,1 procent z nich deklaruje, że razi ich, kiedy inni używają niecenzuralnych słów. Jesteśmy zakłamani?

Nie, ponieważ jedno nie wyklucza drugiego. Gdybym miał pociągnąć myśl z pierwszego zdania naszej rozmowy, powiedziałbym, że chociaż zdarza mi się używać brzydkich słów, to generalnie one mnie rażą. Jeśli wulgaryzm ma coś znaczyć, to musi nas boleć. Brak bólu będzie oznaką znieczulenia i utraty wyczucia, po co w ogóle wulgaryzmy są. A wymyślają je zapewne wszystkie ludy, w każdym języku, łącznie z Inuitami czy małymi społecznościami mieszkającymi na pustyni w Afryce.

Pan się zajmuje między innymi śledzeniem trendów w młodej polszczyźnie. Nie odnosi pan wrażenia, że poziomem chamstwa bijemy na głowę naszych rodziców i dziadków?

Nie sądzę, żeby dzisiaj wulgarnych treści było więcej niż kiedyś. Pamiętam na przykład język pokolenia moich dziadków. Mój dziadek był szewcem.

Ale takim, jak w słynnym powiedzeniu?

Nie. W każdym razie ja nigdy nie słyszałem, żeby dziadek użył brzydkiego słowa. Zresztą to był bardzo elegancki człowiek, który przez całe życie chodził w garniturze. Od pewnego momentu w trudnych warunkach ówczesnej gospodarki wolnorynkowej zaczął prowadzić warsztat szewski, w którym zatrudniał kilku pracowników. To pozwoliło mi się zorientować, że starsi ludzie przeklinają niekiedy ostrzej niż młodzi. Siarczyście zdarzało się przekląć także mojej opiekunce, przyszywanej babci z podwarszawskich Marek, która przez wiele lat się mną zajmowała. Ale to było coś, co wpisywało się w jej pochodzenie społeczne. Ta niezwykle serdeczna, miła, uprzejma, wielkoduszna i wspaniała kobieta potrafiła jednocześnie użyć rynsztokowego języka, co pozwala nam zobaczyć, że same słowa na „k” i na „p” nie definiują człowieka do końca. Liczą się również jego intencje.

Choć kiedy w telewizji przemawiał Edward Gierek, uczyłem się od mojej przyszywanej babci i innej funkcji wulgaryzmów…

Myśli pan, że jesteśmy językowo zdeterminowani przez środowisko, w którym wyrośliśmy?

Nie. Wierzę, że od pewnego momentu człowiek jest w stanie sam świadomie kształtować swój sposób mówienia.

Czy młodzi Polacy w dziedzinie słownej agresji przejmują te słowa na „k”, „p” i „j”, czy są jednak bardziej wyrafinowani?

Na pewno są bardziej wyrafinowani w okazywaniu wyższości, wyśmiewaniu i dręczeniu innych, choć to niekoniecznie ma charakter werbalny. Ponieważ młodzi ludzie żyją dziś w świecie mediów społecznościowych, zamiast obraźliwych słów używają na przykład emotikonów albo memów. To też jest przemoc, ale na pewno bardziej zawoalowana i bardziej kreatywna. Nie chciałbym jednak wyciągać jakichś wniosków dotyczących ogółu, mówiąc, że wszyscy tak robią. Te zjawiska śledzi się z trudem i wycinkowo, one są w dużej mierze zależne od środowiska, miejsca zamieszkania, poziomu wiedzy, dostępu do edukacji i pewnych środków komunikacji. Dlatego jedni nadal będą mówić, że Janek to ch…, a inni będą szkalować Janka właśnie za pomocą memów albo podszywając się pod niego na Facebooku czy Twitterze.

À propos obraźliwej opinii o Janku. Rzucenie takim epitetem zwalnia nas w pewnym sensie z konieczności precyzyjnego nazwania – również w swojej głowie – tego, co faktycznie mi w Janku przeszkadza.

To prawda, tracimy wtedy pewne niuanse.

Które czasem mogą być kluczowe.

Oczywiście. Choć akurat wulgarna polszczyzna nie zawsze nam je odbiera. Bogactwo form tych klasycznych wulgaryzmów pozwala wyrazić całe spektrum emocji. To jest coś, co zauważają obcokrajowcy uczący się naszego języka i co świadczy o jego elastyczności. Polszczyzna po prostu bardziej się rozwinęła w tych rejonach.

Fajnie by było, gdyby rozkwitła w podobny sposób w innych obszarach.

Owszem, ponieważ niuanse, o których rozmawiamy, znacznie bardziej odbiera nam język dwunasto-, trzynastolatków, nie tylko przez nich używany. Mówimy, że coś jest super, ekstra, mega, cool. Albo zaje… Tego słowa znaczna część młodych ludzi w ogóle nie uznaje za wulgarne.

Ku rozpaczy wielu. Chociaż mamy dziś sporą tolerancję na wulgaryzmy, to nadal określamy je mianem brzydkich słów.

Brzydkie, bo nie wypada ich używać w określonych sytuacjach, np. w mediach. Wychodzimy z założenia, że ze względu na szacunek do pewnych osób nie powinno się przeklinać przy kobiecie, przy starszych osobach czy przy rodzicach. Powstrzymujemy się przed wulgaryzmami także wtedy, kiedy chcemy być odbierani przez naszego rozmówcę poważnie albo wyglądać na mądrzejszych. Niewątpliwie tych, którzy używają brzydkich słów, uznaje się za ludzi głupszych, czyli mniej wykształconych i z mniejszą ogładą.

Wspomniał pan o mediach. Przeskakując jakiś czas temu po kanałach telewizyjnych, trafiłam na show Kuby Wojewódzkiego, którego z zasady nie oglądam, jednak zaciekawił mnie zaproszony do programu gość. Rozmowa była zbudowana wokół takiej oto tezy prowadzącego, że siedzący z nim w studio aktor Piotr Głowacki jest popier… Oczywiście to słowo zostało wypikane, ale jako widz poczułam, że ktoś dopuszcza się na mnie werbalnej przemocy.

To pokazuje pewną łatwość, z jaką wulgarny język przenika do mediów. Ale obrazuje też różne poziomy wrażliwości. Ja nie reaguję na podobne sytuacje w ten sam sposób, jak pani, ponieważ zakładam, że oglądam program rozrywkowy, w którym prowadzący się popisuje, próbując rozbawić widzów w mniej lub bardziej tani sposób. W tym przypadku zdecydowanie tańszy. Na szczęście można tego nie oglądać, czyli nie dać się atakować. Choć, niestety, kiedy przełączy się pani na inne kanały, to znajdzie pani mniej więcej to samo. Więc problem nie tyle polega na tym, że taniość pojawia się w jednym programie lub kanale, ale raczej na tym, że brakuje oferty, która prezentowałaby w tym samym momencie język głęboki i oparty na racjonalnych argumentach.

Nie smuci to pana?

Oczywiście, że mnie smuci. Tak samo, jak smuci mnie to, że na TVP Kultura głównym punktem programu jest dyskusja o disco polo. Telewizja, która była momentami medium dość elitarnym, dziś bardzo się pauperyzuje. Ostatnio jeden z kolegów włączył wiadomości pewnej stacji i to, co zobaczył, wywołało u niego szok oraz wprowadziło go w głęboką depresję. Najpierw obejrzał dwie minuty niezbyt pogłębionej informacji o ważnych wydarzeniach społecznych i politycznych, po czym nastąpiła seria reportaży o umierających dzieciach. Temat sam w sobie jest istotny i przejmujący, ale wiadomości nie powinny być miejscem epatowania emocjami.

W wielu obszarach nawet tak zwana poważna telewizja nie różni się dziś niczym od tabloidów.

À propos tabloidów. Zauważyła pani, że kiedy bierzemy do ręki tabloid, to na pierwszej stronie musi był słowo „zwyrodnialec”? Granica języka używanego przez te czasopisma została przesunięta tak daleko, że już nic innego nie działa na emocje czytelników. Zwyrodnialec zgwałcił dziecko, zwyrodnialec pobił matkę, zwyrodnialec ukradł książkę z biblioteki. Kiedy wszystko sprowadzimy do poziomu zwyrodnialca, to nie mamy się już jak wycofać i tracimy grunt pod nogami.

Dlaczego?

Dlatego że język emocji traci całe swoje spektrum i przesuwa się gwałtownie w stronę tego, co wyłącznie negatywne. Proszę zwrócić uwagę – w tabloidzie nigdy nie pojawia się piękno, które jest na przeciwnym biegunie zwyrodnialca. Piękno stało się już pojęciem tak abstrakcyjnym, że nawet nie majaczy na horyzoncie tabloidowego języka.

Jak się z tego wyplątać?

Myślę, że potrzebne są przede wszystkim dobre wzorce. W radiowej Dwójce prowadzimy z Jackiem Hawrylukiem długie rozmowy z muzykami, którzy opowiadają o swojej sztuce i nie muszą tego robić w trzydziestosekundowych interwałach między reklamami. Mogą po prostu przez godzinę mówić o sprawach dla siebie ważnych, a mówią tak pięknie, że naprawdę chce się tego słuchać – dostajemy wiele takich sygnałów. Nie jest to wprawdzie ani popularna audycja, ani popularne pasmo, ani popularne medium, ale wierzę, że kontakt z osobami pokroju naszych gości na szerszą skalę przekonałby ludzi do używania słów, o których dawno zapomnieli. Nie wiem, może jestem idealistą?

Przycisk alarmowy
Bartek Chaciński

urodzony 18 stycznia 1974 r. w Wołominie – Bartłomiej Chaciński, polski dziennikarz i publicysta zajmujący się przede wszystkim tematyką związaną z muzyką, kulturą popularną (komiks, gry, telewizja) oraz nowym językiem. Członek Rady Języka Polskiego i Akademii Fonograficznej...

Przycisk alarmowy
Anna Sosnowska

urodzona w 1979 r. – absolwentka studiów dziennikarsko-teologicznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie Współpracowała z kanałem Religia.tv, gdzie prowadziła programy „Kulturoskop” oraz „Motywacja...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze