Pospieszny

Pospieszny

Jakieś dwa tygodnie temu dotarło do mnie, że jestem w ślepym zaułku.

W poniedziałek po rannej mszy wszedłem do trójki i spytałem, kto chce przyjąć Pana Jezusa. Zgłosił się Przybylak. Na sali leżał nowy pacjent, Waldemar Marciniak. To znaczy leżał już od tygodnia, ale nie udało mi się do tej pory nawiązać z nim kontaktu. Zwykle, gdy wchodziłem, albo spał, albo nie reagował na mnie. Był w depresji. Przed miesiącem dowiedział się, że zrezygnowano z operacji kręgosłupa, czyli uznano, że dalsze leczenie nie ma sensu i pozostaje mu opieka paliatywna. Prawdopodobnie zorientował się w swoim położeniu. Wydawało mi się, że coś szepnął. Podszedłem do niego z komunią. On jednak pokręcił głową. Odwróciłem się i zamierzałem wyjść. Kiedy byłem już w drzwiach, usłyszałem:

— Co ksiądz taki pospieszny?

Odwróciłem się.

— Gdzie tak się ksiądz spieszy? — powtórzył.

Uśmiechnąłem się przepraszająco.

— Niestety, obowiązki, za dwadzieścia minut rozpoczynam lekcje w szkole.
— A przygotowanie człowieka do najważniejszej decyzji w życiu nie jest dla księdza ważnym obowiązkiem?

Jakby we mnie piorun strzelił. Cofnąłem się i stanąłem przy jego łóżku. Chciałem usiąść na krześle.

— Proszę iść — zaprotestował. — Tak żartowałem.

Zobaczyłem stanowczość w jego twarzy. Nie było sensu przeciągać. Postanowiłem wrócić do niego wieczorem. Zaniosłem paramenty do kaplicy i zbiegłem do samochodu. Spojrzałem na zegarek. Pięć minut do rozpoczęcia lekcji. Wrzuciłem wsteczny. W ostatnim ułamku sekundy zahamowałem. W tylnej szybie ukazała się postać oddziałowej. „Boże!”. Czoło oblał mi zimny pot. Tylko cud sprawił, że jej nie przejechałem. Otworzyłem drzwiczki.

— Bardzo przepraszam, nie widziałem pani…
— Moja wina, wpadłam jak idiotka, ale dzwonił profesor Jełowicki. Pytał, czy nie mógłby ksiądz przyjść do niego z sakramentem chorych.
— Tak źle? — Jełowicki był pacjentem z domowego hospicjum.
— Nie, powiedział, że jest człowiekiem przedwojennej daty i lubi mieć wszystko uregulowane na czas.
— Po południu pojadę. Przepraszam, ale jestem już spóźniony…

* * *

Cisza, która panowała na szkolnym korytarzu, wydała mi się podejrzana. Nacisnąłem delikatnie klamkę, jakby można w ten sposób stłumić hałas, który miał zaraz dotrzeć do mych uszu.

W klasie było cicho jak makiem zasiał. Za stołem nauczyciela siedział dyrektor Walczak.

— Proszę, kolega już jest… — uśmiechnął się serdecznie, ale nietrudno było wyczuć w jego głosie ironię. Podszedłem i chciałem się usprawiedliwić. Zamknął oczy i rozumiejąco pokiwał głową. — Nie teraz, prosiłbym, żeby przyszedł do mnie po lekcji — rzucił dyskretnie.

Kiedy wyszedł z sali, poczułem się całkowicie bezsilny. Obcięto mi dziś już dwa skrzydła. Jedyne co mogła zrobić klasa, to wyskubać mi resztę piór. Chyba poczuli, że zrobili świństwo, sprowadzając swoim zachowaniem dyrektora. Właściwie żadne świństwo. Norma, trudno oczekiwać, że będą czekali na katechetę potulnie jak baranki. Tak czy owak pozwolili mi w spokoju przeprowadzić lekcję.

Walczak zamknął drzwi od pokoju, by sekretarka nie była świadkiem rozmowy. To zabezpieczanie „intymności” było nieomylnym zwiastunem reprymendy.

— Kolego, jak wiecie, jestem troszkę innej opcji światopoglądowej. Nie należałem do tych, którzy twierdzili, że bez religii w szkole świat się zawali, ale skoro już jest, to traktuję ten przedmiot poważnie. Chciałem tylko szczerze zapytać, po cholerę tak pchaliście się z tą katechezą do szkoły, skoro nie macie czasu, by się nią porządnie zająć? — zrobił pauzę, żeby jego słowa mogły dobitniej wybrzmieć. — To nie jest księdza pierwsze spóźnienie. Rodzice też mają pretensje, że lekcje są nieprzygotowane. No jest w tym coś chorego. To ja, niewierzący, mam was bronić? Sztukować za was?
— Proszę pana, jestem jednocześnie kapelanem w hospicjum, zdarza się, że nie sposób się wyrwać na czas.
— Rozumiem. Doskonale księdza rozumiem. Tylko że ja jestem dyrektorem szkoły i odpowiadam za to, żeby ta instytucja sprawnie funkcjonowała. Co mi ksiądz radzi?

Nic nie odpowiedziałem. Spuściłem głowę. Kiedy katecheza wracała do szkoły w 1990 roku, miałem 15 lat. Nie ja więc się pchałem. No ale reprezentowałem w gabinecie dyrektora cały Kościół.

Na plebanię wróciłem chyba o szesnastej. Zjadłem obiad i padłem nieprzytomny na łóżko. Powinienem przygotować na jutro trzy lekcje i pojechać z sakramentem chorych do Jełowickiego. Oprócz tego o osiemnastej miałem godzinny dyżur w konfesjonale. Moje obowiązki w parafii są ograniczone do minimum, niemniej jednak też pochłaniają trochę czasu.

Po kwadransie nerwowego zaciskania oczu — nie zasnąłem ani na sekundę — wstałem i zacząłem układać jutrzejszą katechezę. Zdołałem przygotować jeden temat. Resztę postanowiłem zrobić po powrocie. Poszedłem do konfesjonału.

* * *

Po dziewiętnastej zaparkowałem przed starą willą profesora Jełowickiego. Tynk na domu nosił jeszcze ślady ostrzałów z czasów drugiej wojny. Otworzyła mi jego siostra, kobieta po osiemdziesiątce. Nic nie powiedziała, tylko uśmiechnęła się ciepło. Wprowadziła mnie do ogromnego salonu z fortepianem, przerobionego na sypialnię. Z racji choroby ulokowano tu łóżko profesora, aby mógł on oglądać telewizję, przyjmować gości, a przede wszystkim być obok swego ukochanego fortepianu.

— Dziękuję księdzu, że od razu spełnił moją prośbę.

W pokoju paliła się jedynie lampka przy łóżku.

— Pan profesor w znakomitej kondycji… psychicznej. Głos jak dzwon.

Zacząłem pleść typowe androny, które serwuje się umierającym. Nigdy tego wcześniej nie robiłem.

— Nie narzekam. Ale widzi ksiądz, moja dusza jest tam. — Spojrzał w kierunku fortepianu. — Od roku jestem przykuty do tego łoża. Wierzę, że na drugim brzegu dobry Bóg pozwoli mi znowu zasiąść do klawiatury.
— Jest pan niesamowitym człowiekiem, bardzo dużo mi daje kontakt z panem… Z pana emanuje taki spokój…
— Cóż, widzi ksiądz, jestem szczęśliwym człowiekiem, całe życie miałem do czynienia z doskonałością. Chopin, Brahms, Mozart to są szczeliny nieba. Nie mogę się już doczekać spotkania z nimi… Idę do Źródła piękna i harmonii. To fascynujące. Ludzie boją się śmierci, a mi coś podpowiada, że to jest najpiękniejszy moment życia.

Przez chwilę wydało mi się, że profesor gra, że ten patos… Jednak delikatny uśmiech świadczył, że to wszystko prawda. Zamknął oczy i pławił się w świetle nocnej lampki niczym w jesiennych promieniach słońca. Po paru sekundach spojrzał na mnie.

— No to księże, trzeba się przygotować do tej drogi…

* * *

Zdjąłem stułę. Spojrzałem na profesora.

— Jakie to dziwne uczucie, jestem gotowy — uśmiechnął się. — Całkowicie. Już nic się nie da zrobić. Wszystko przygotowane do startu. No… Ale jeszcze jedna prośba. Tam na kredensie stoi butelka araku. Siedmiogwiazdkowy. Nie ma nic ponad ormiański koniak. Proszę podać dwa kieliszki. Trzeba uczcić tę okazję. W końcu tylko raz w życiu się umiera.

Przemknęło mi przez głowę, że prowadzę, ale… nie wyobrażałem sobie, że można mu odmówić. Wszelkie tłumaczenie byłoby w tej chwili małodusznością.

Wyjechałem od profesora po dziewiątej. Ulice puste. Cisza i spokój. Jakby działanie sakramentu chorych udzieliło się całej okolicy. Myślałem o jutrzejszych lekcjach. Do dwunastej przysiądę i będzie dobrze. Zjeżdżałem z ronda Armii Krajowej, gdy kątem oka zauważyłem, że z prawej pcha się na mnie czarny golf. Kierowca był pijany albo zasnął. Żadnej próby wyhamowania. Usłyszałem tępy huk. I zobaczyłem siebie, jak w zbroi rycerza spadam z konia ugodzony dzidą. Kiedy się ocknąłem, ujrzałem nad sobą twarz dwudziestolatka z fryzurą na żel.

— Wszystko w porządku? Zaraz będzie pogotowie.

Kiwnąłem głową, nie bardzo wiedząc, co potwierdzam. Kiedy zrozumiał, że żyję, nagle zmienił ton i zaczął mnie ochrzaniać.

— No k… nie widział pan, że wjeżdżam na rondo!?

Rzeczywiście, widziałem. Poczułem się nawet winny. Otępiały, nie odparowałem mu, że to ja znajdowałem się na rondzie, więc on powinien grzecznie poczekać.

Po paru minutach przyjechała policja. Powoli uprzytomniłem sobie przebieg zdarzeń. Ustalono, czyja była wina, ale ponieważ został zgłoszony wypadek, poddano nas próbie alkoholowej.

Policjant odciągnął mnie na bok. Jego mina była mieszanką politowania i wściekłości.

— Proszę księdza, czy wy, cholera, nie rozumiecie, że nie jesteście ponad prawem? Przecież ja bym księdzu pomógł, chodzę co tydzień do kościoła, ale nie jestem sam, kolega akurat to zwolennik Urbana. Muszę, do jasnej… no muszę zatrzymać księdzu prawo jazdy. Dlaczego, do jasnej cholery, to robicie?…

— To był jeden kieliszek. Nie miałem wyboru… — odparłem i chyba, sądząc po minie policjanta, zabrzmiało to idiotycznie.

Straciłem więc tego wieczoru prawo jazdy i samochód. Po paru minutach wciągnięto na przyczepę mojego sześcioletniego peugeota. Podarunek od rodziców na prymicje. Pewien etap kapłaństwa się zakończył. Do tej pory nie miałem nawet najdrobniejszej stłuczki. Byłem tak przybity, że w ogóle nie zastanawiałem się nad materialnym wymiarem straty. Na pogotowiu prześwietlono mnie. Miałem zostać na obserwacji w szpitalu, ale na własną odpowiedzialność wyszedłem.

Wróciłem do domu po dwunastej. Nastawiłem budzik na piątą. Dostałem wprawdzie skierowanie do neurologa, ale miałem jedynie w głowie, żeby się nie spóźnić na lekcje. Przyrzekłem dyrektorowi, że sytuacja już więcej się nie powtórzy.

Kiedy rano rozległ się budzik, nie mogłem się zorientować, w jakiej jestem rzeczywistości. Powoli, powoli zacząłem sobie wszystko układać. Mam wstać, umyć się, napić się kawy. I zacząć myśleć. Przezwyciężyć stan rozkładu i stać się atrakcyjny na tyle, by utrzymać przez cztery godziny uwagę młodzieży, która myśli o wszystkim, tylko nie o tym, co miałbym im do przekazania.

I nagle się poddałem. Moja psychika, organizm, wszystko się we mnie zbuntowało. Stwierdziłem, że nie jestem w stanie — ani przygotować się do lekcji, ani w ogóle pójść do szkoły. Przed ósmą zadzwoniłem do sekretariatu i powiadomiłem, że idę na badania. I poszedłem. Lekarz nie stwierdził nic niepokojącego. „Wygląda w porządku, ale nikt nie da stuprocentowej pewności, że coś nie wyjdzie… trzeba leżeć i jakby coś było nie tak, proszę się zgłosić”. Dostałem trzy tygodnie zwolnienia. Na szczęście na lewej skroni miałem przyklejony plaster, bo inaczej czułbym się jak skończony symulant.

O dwunastej poszedłem odprawić mszę w hospicjum. Przed wejściem do kaplicy dowiedziałem się, że nad ranem zmarł profesor Jełowicki. Zamurowało mnie. Udzieliłem zatem rzeczywiście, jak to część ludzi mówi — ostatniego namaszczenia.

— Zawał… — dodała po chwili oddziałowa.

Zatem nie rak, z którym walczył od roku i wydawało się, że powalczy jeszcze parę tygodni albo miesięcy.

Może to niestosowne, ale poczułem rodzaj ulgi, a nawet satysfakcji, że wydarzenia wczorajszego wieczoru miały swoje uzasadnienie. To była rzeczywiście „ta jedyna okazja”.

3.

Tego dnia nigdzie się nie spieszyłem. Rano do hospicjum przywieziono dwoje nowych chorych. Jednym z nich okazała się polonistka z mojego liceum. Krystyna Urbańska. W klasie maturalnej chodziłem do niej na fakultety — zajęcia dodatkowe z literatury. Momentalnie przypomniałem sobie chwilę, kiedy na pytanie, na jakie studia się wybieram, oznajmiłem jej, że idę do seminarium. „Żartujesz?” — to był jej jedyny komentarz i jeszcze jakieś niewypowiedziane politowanie w oczach.

Wszedłszy do jej pokoju, nie wiedziałem, jak się zachować. Leżała sama, w jedynce. Nie byłem pewien, czy mnie poznała. Przypomnieć się? Od tamtej chwili minęło dwanaście lat. Nie widziałem jej od tego czasu ani razu.

Życie pisze scenariusze nie do wyobrażenia. Na fakultetach każdy z nas musiał przygotować referat. Temat mogliśmy wybrać sobie sami spośród kilkudziesięciu, które nam zaproponowała. Zdecydowałem się na „Średniowieczne ars moriendi a młodopolskie pragnienie śmierci”. „Jesteś pierwszą osobą, która wybrała ten temat. Sugerowałabym ci, abyś we wstępie ustosunkował się do wyznania Epikura: »Śmiercią nie warto się zajmować, bo kiedy my jesteśmy — nie ma jej, a kiedy ona przychodzi, nas już nie ma«”.

Pamiętam doskonale jej minę. Zadowolona z siebie, że błysnęła wiedzą filozoficzną.

Siedziała teraz oparta o poduszkę, patrzyła niby na mnie, ale byłem chyba tylko szybą, przez którą widziała coś zupełnie innego. Na szafce przy łóżku leżała książka. Kątem oka dostrzegłem tytuł: Gdzie słońce wschodzi i kędy zapada Czesława Miłosza.

Wyglądała jak własna babcia. Zawsze miała krwistorude włosy, teraz była całkowicie siwa. Łatwo jednak rozpoznałem ją po gęstych brwiach, nosie ŕ la Kościuszko i brodawce nad górną wargą, z której teraz wyrastały centymetrowe kłaczki. Miała przezwisko „Osa” — nie było właściwie lekcji, na której nie użądliłaby kogoś złośliwą uwagą. Nie kryła się nigdy z tym, że złośliwość uważała za oznakę inteligencji. Teraz na jej twarzy nie było już triumfalnego złośliwego uśmieszku.

Stałem przy niej bezradny.

— Miałem przyjemność chodzić na pani fakultety — wydukałem wreszcie.
— Tak mi się zdawało, że skądś pana znam.

Zrobiło mi się głupio, choć nie pierwszy raz zwracano się do mnie per pan. Teraz jednak zabrzmiało to jak przedmaturalne „żartujesz”. Nadal nie chciała we mnie zobaczyć księdza.

— Przepraszam, ale zapomniałam nazwiska…
— Tobiasz Nowaczyk.
— Tak, tak, przypominam sobie. Tylko jednego Tobiasza uczyłam. Kiedy była matura?
— W 94.

Zapadła cisza. Spojrzałem na książkę.

— Widzę, że czyta pani Miłosza.

Pokręciła głową.

— Przypominam sobie… Nic już nie czytam. Tylko przypominam sobie. — I nagle zaczęła recytować. Z niezwykłym spokojem i namysłem. Jakby ta strofa rzeczywiście do niej należała. — „Tak mało powiedziałem, krótkie dni. Krótkie dni, krótkie noce, krótkie lata. Tak mało powiedziałem, nie zdążyłem…”. Piękne…
— Tak… „Porwał mnie z sobą w otchłań biały wieloryb świata. I teraz nie wiem, co było prawdziwe” — dokończyłem.
— No proszę, znasz na pamięć…

Chyba ją zaskoczyłem. Intensywnie zaczęła o czymś myśleć. Miałem wrażenie, że dzięki temu mojemu dopowiedzeniu poczuła się nagle bezpiecznie, jakby usłyszała w odległym zakątku świata rodzimy język.

— Miłosz… — westchnęła. — Wy już mieliście go oficjalnie w programach… Ale kiedyś ryzykowałam. Przynosiłam uczniom jego utwory drukowane na powielaczu. Po tym, gdy dostał Nobla, wszyscy chcieli go czytać.

* * *

W środę rano pierwsze kroki na obchodzie skierowałem do „Pospiesznego”. Chyba na mnie czekał. Zagadnął pierwszy. Był ożywiony. Może pod wpływem leków.

— I jak tam? Zdążył ksiądz?
— Nie.
— A dziś, na którą ksiądz biegnie?

Przysunąłem krzesło do łóżka.

— Dzisiaj nigdzie, panie Waldku. Wziąłem sobie do serca pana rady…

Zrelacjonowałem mu pokrótce swoje przygody z feralnego poniedziałku. Rozmowę z dyrektorem. Sprawę wypitego kieliszka naświetliłem odrobinę inaczej. Pominąłem okoliczność, że byłem z sakramentem chorych. Powiedziałem o wypadku, o zwolnieniu lekarskim… Wyznałem mu szczerze, że nie mam ochoty wracać do katechezy. Słuchał z dużym przejęciem. Tak mi się przynajmniej wydawało.

— Chodziłem do tego samego liceum co ksiądz… — spuentował moją opowieść.
— Naprawdę? Co za zbieg okoliczności. Powiem panu więcej. Piętro wyżej leży nauczycielka z naszej szkoły. — O mało bym zapomniał podzielić się z nim tą nowiną.
— Zbieg okoliczności? W miasteczku, w którym są dwa licea… A cmentarz tylko jeden… Istnieje duże prawdopodobieństwo, że tam się wszyscy spotkamy… Wcześniej czy później… — Marciniak nagle bez powodu zmienił klimat rozmowy.
— A co to za nauczycielka? — jednak się zainteresował, po chwili.
— Urbańska, polonistka.
— Boże… — westchnął z wyraźną niechęcią.
— Domyślam się, że nie należała do pana ulubionych…
— Ulubionych? Ja jej nienawidziłem. Życzyłem jej śmierci… Wysłałem jej nawet parę anonimów.

Zamilkł. Przeczuwałem, że za chwilę wyjaśni powód swej niechęci.

— Wyjątkowa wiedźma. Nie dopuściła mnie do matury. Chociaż z polskiego byłem najlepszy w klasie. No ale ona umiała udowodnić, że ktoś jest zerem. Nie cierpiała mnie, bo czuła się zagrożona. Zawsze jej stawiałem niewygodne pytania. Próbowała mnie za to ośmieszyć przed klasą. Miała ten swój kanonik lektur i w ogóle nie wiedziała, co to jest literatura współczesna. Tępa polonistka. Ja jej co chwila zadawałem jakieś pytania o literaturę z drugiego obiegu. Ksiądz wie, co to drugi obieg?

Kiwnąłem głową.

— Nie miała pojęcia, co to Folwark zwierzęcy, Kundera, nowy Andrzejewski, Miłosz, Konwicki. Nic nie kumała. Stara komuszyca, zetempówka. W trzeciej klasie, 78 rok, wybrali Wojtyłę na papieża. Na drugi dzień po mszy pontyfikalnej coś mi odbiło i napisałem przed lekcją temat na tablicy… „Nie lękajcie się — apel Jana Pawła II do partyjnych nauczycieli”. Taka dziecinada, trochę się klasa pośmiała. Wszyscy wiedzieli, że Urbańska była w PZPR. Liczyłem, że będzie chryja. A ona weszła, zobaczyła ten napis kątem oka i nie skomentowała go. Usiadła za stołem i zawołała kogoś, żeby napisał na tablicy temat lekcji. Czyli zmazał mój napis. Nie dała poznać po sobie, nic a nic. Prowokacja się nie udała. To była cwana sztuka. Ale zakodowała sobie dobrze. Od tego dnia prześladowania mojej osoby się potroiły. Wiedziała, że tylko ja mogłem być autorem napisu na tablicy. Wściekła się potwornie, ale doskonale to skrywała. Na próbnej maturze wybrałem wolny temat. Coś o obrazie Polaka we współczesnej literaturze. Wyleciało mi teraz z głowy. Cały czas pamiętałem. Zrobiłem to na podstawie Małej apokalipsy Konwickiego. Naprawdę świetnie mi poszło. Postawiła mi niedostateczny z plusem. Ten plus to tak dla kpiny. Skupiła się na ortografii oraz interpunkcji.

Pamiętam uśmieszek triumfu na jej twarzy, kiedy podawała mi w dwóch palcach zamalowaną na czerwono pracę.

Była tak bystra, że nigdy nie dała po sobie poznać, co ją boli. Zawsze miała tylko jeden sposób na zdołowanie mnie. „Ty, Marciniak, powinieneś poprosić rodziców o korepetycje, bo brakuje ci podstaw. Choć muszę przyznać, że masz czasem jakieś przebłyski wiedzy”. Jak ja jej nienawidziłem. Przez tą głupią cipę straciłem rok. Nie dopuściła mnie do matury. A potem wszystko…

Czekałem na dalszy ciąg, ale Marciniak nic już więcej nie powiedział.

Inaczej zapamiętałem Urbańską, ale chodziłem do tej szkoły piętnaście lat później. Może się zmieniła. Nadal uważano ją za kosę, ale i za najlepszą polonistkę. Dlatego w końcu wybrałem jej fakultet. Może to Waldek ją przemienił?

Odwrócił się na bok. Miałem wrażenie, że chce, abym zostawił go samego.

— Przyjdę znów, porozmawiać, jeśli pan pozwoli.

Tylko westchnął. Mogło to oznaczać wszystko.

* * *

W czwartek nie pojechałem do hospicjum. Kiedy rano poszedłem do łazienki, nagle zakręciło mi się w głowie. Uprzytomniłem sobie, że odłożyłem na bok zalecenie lekarza, aby przez kilka dni leżeć i ruszać się tylko tyle, ile potrzeba.

Spędziłem dzień na tapczanie. Co rusz sięgałem po inną książkę, ale do żadnej nie mogłem się przykleić. Myśli ciągle błądziły wokół jednego tematu. Co robić dalej? Jeszcze parę dni zwolnienia i …?

„Boże mój, Boże, życia nie da się zmieścić w życiu”.

* * *

Następnego dnia obawa, że uciekam od moich obowiązków, okazała się silniejsza od lęku o zdrowie. Poszedłem do hospicjum. Zaraz po wejściu dopadła mnie informacja, że Waldek leży w izolatce. Wczoraj wieczorem podciął sobie żyły. Na szczęście przypadkowo w chwilę później do pokoju weszła pielęgniarka, by podać jego sąsiadowi środek przeciwbólowy. Inaczej Waldek już by prawdopodobnie nie otworzył oczu.

A wydawało mi się, że właśnie wychodził z depresji.

Spytałem oddziałową, czy mogę go teraz odwiedzić.

— Naturalnie. Może właśnie księdzu uda się dotrzeć do niego… Nasz psycholog jest bezradny.

Wszedłem do izolatki. Waldek był podłączony do kroplówki. Otworzył na moment oczy. I zamknął. Odniosłem wrażenie, że czekał na kogoś. Spod lewego rękawa piżamy wystawał obandażowany nadgarstek.

— Jestem, panie Waldku. Mogę usiąść na chwilę?

Mrugnął. Miałem nadzieję, że było to przyzwolenie.

Siedzieliśmy parę minut w milczeniu. Modliłem się, aby zechciał rozmawiać.

— Panie Waldku, ma pan rodzinę?

Pokręcił głową.

— Jedynie mama — szepnął po chwili.
— To znaczy pan jest kawalerem?

Nic nie odpowiedział. Przez jego twarz przebiegł nerwowy skurcz. Ręce zaczęły drżeć.

— Muszę się napić… — zakomunikował nagle. — Niech mi ksiądz pomoże… bo znowu się coś stanie. — Cały czas nie otwierał oczu.

Wystraszyłem się.

— Proszę się uspokoić, zrobię co mogę…

Zostawiłem na krześle torbę, by miał pewność, że wrócę. Poszedłem, a właściwie pobiegłem do oddziałowej.

— Siostro, Waldek mówi, że musi się napić, bo inaczej… — spojrzałem wymownie.

Otworzyła bez słowa szafkę, wyciągnęła butelkę wódki. Wręczyła ją razem z kieliszkiem.

 — Dziś jeden, góra dwa — poinstruowała.

Było ogólnie znaną prawdą, że zabranianie picia pacjentom z uzależnieniem powoduje tylko ich dodatkowe cierpienie. Nie tylko nie zabraniano, ale „zabezpieczano” alkohol, jak inne lekarstwa.

Jakiś czas temu wisiał nawet na piętrze plakat autorstwa oddziałowej, głoszący: „Chorzy mogą u nas pić, palić i robić wszystko, na co mają ochotę!!!”.

Poniżej szybko pojawił się dopisek: „My też tak chcemy!!! Pielęgniarki”.

Plakat zdjęła kierowniczka, bo choć i ją rozbawił, bała się afery. Zaoponowała bowiem doktor Kryszyłowicz, kobieta znana z tego, że traktowała hospicjum jako rodzaj czyśćca, w którym chorzy mają szansę uniknąć mąk piekielnych za grzeszne życie. Oczywiście nigdy tego nie powiedziała wprost, publicznie. Jednak podawano sobie z ust do ust jej — podobno — przekonanie, że choroba nowotworowa jest szczególnym momentem w życiu człowieka, w którym może przemyśleć swoje błędy, winy, nałogi etc. Większość personelu wyznawała zasadę, że człowiek chorujący na raka jest tak doświadczony, iż wszystko, co może mu przynieść choćby chwilową ulgę, powinno być dozwolone.

Wyciągnąłem zza sutanny wódkę. Nalałem mu jeden, potem drugi kieliszek.

— Pytał ksiądz o rodzinę… — rzekł, zaspokoiwszy pragnienie. — Rozwiodłem się. Pięć lat temu. Może za późno?
— Za późno?
— Żona miała ze mną katorgę. Powiem księdzu szczerze. Jak na spowiedzi. Celowo ją zmusiłem do tego rozwodu, żeby ją uratować. Od siebie, od tego potwora, co we mnie siedzi. — Leżał przede mną wycieńczony człowiek z kilkudniowym zarostem, zapadniętymi oczami. Dopalający się ogarek. Trudno go było skojarzyć z potworem, o którym mówił. — Tacy ludzie nie powinni się rodzić. Judasz. „Biada temu człowiekowi. Lepiej żeby się nie narodził, ale musiał się narodzić, żeby wypełniło się to, co miało się stać”. Coś w tym stylu jest napisane w Ewangelii.
— Czyta pan Ewangelię?
— Kiedyś owszem…
— Dlaczego pan się nazywa Judaszem? Ma pan poczucie, że kogoś zdradził?

Nie zapanował nad łzami. Kilka dni temu wyglądał równie mizernie, ale jego psychika była inna. Nie rozklejał się.

— Tak. Siebie zdradziłem.

Spojrzał na mnie. Czekałem, by powiedział coś więcej. Bałem się zablokować go jakimś nieudolnym pytaniem.

— Kiedyś miałem wielkie plany, ale jak przyszło co do czego, okazało się, że jestem malutki… Malutki… Jak człowiek w życiu czegoś naprawdę chce, ma jakąś pasję, to nie da się tak łatwo zdeptać. A ja byłem takie jedno wielkie gówno. Narobiłem smrodu i uschnąłem… Na szczęście. Wkrótce mnie uprzątną.

Mięśnie twarzy drgały.

— Nie chciałby jej pan zobaczyć? — spytałem po dłuższej chwili.
— Kogo? — spytał, choć przypuszczałem, że wie, o kogo chodzi.
— Żony.
— Co ja mogę chcieć? Ja się nie ruszę… A ona tu nie przyjdzie.
— Gdyby się dowiedziała, że pan leży…
— Nie, nie, pod żadnym pozorem… — pokręcił głową. — Już matka moja złożyła przysięgę, że o niczym jej nie powie. Do niczego już jej nie można przymusić, dość. Bożena na pewno by przyjechała, gdy wiedziała, że tu leżę. Dlatego nie można jej mówić. Trzeba jej dać spokój. Nic tu i tak nie pomoże… Mam taki koniec, na jaki zasłużyłem.
— Skąd pan to może wiedzieć?
— Widzi ksiądz, krótko przed rozwodem powiedziała mi, żebym sobie zapamiętał, że ona już nigdy do mnie nie przyjdzie. Bo normalnie było tak, że cokolwiek się działo, zawsze ona przepraszała, wyciągała rękę, choć nie ona była winna. Aż się miarka przebrała. Ja nigdy w życiu nie powiedziałem przepraszam. Nigdy, przez całe nasze małżeństwo nie próbowałem jej zrozumieć. To się wydaje niewiarygodne… Być z kimś cały czas i ani razu nie pomyśleć, co on czuje, co myśli. Przez parę chwil byłem z nią jednym ciałem, ale nigdy jednym umysłem…

Zamknął oczy i przytakiwał sobie.

— Może jak mi się polepszy, to pójdę ją przeprosić. Żeby to jakoś uregulować… przed końcem. Ale nie wiem, bo lekarze tak kręcą, nie chcą mi jasno powiedzieć, kiedy będą mnie operować. A ja już widzę, że tu bez operacji nie da rady…
— Panie Waldku, nie ma co czekać.
— A co mam zrobić? Nie pofrunę, chyba że na noszach…

Uchwyciłem jego dłoń i spojrzałem mu w oczy. Do tej pory cały czas uciekał wzrokiem.

— Panie Waldku, pan zna dobrze ewangelie. Nie tylko te o Judaszu. Pamięta pan, jak spuścili chorego na noszach do Pana Jezusa. Dlaczego pan by nie miał w ten sam sposób…
— Nie, no tam spuścili przez dach, bo był taki tłum… Ale do żony? Straszyć ją?

Chwyciłem mocniej jego dłoń. Chciałem nim wstrząsnąć. Zaczarować. Wszystko, byle go wyrwać z rozpaczy.

— Ją też otacza tłum. Tłum przeszkód, które pan sobie umyślił — mówiłem powoli. — A ona czeka na pana jak Jezus.

Rozpłakał się. Przepraszał, że nie wie, co się z nim dzieje. A potem poprosił o jeszcze jeden kieliszek wódki. Złamałem instrukcje oddziałowej, ale na pewno sama by to zrobiła.

Rozmawiałem z Waldkiem chyba ze trzy godziny. Poślubił Bożenę, nie kochając jej. W chwili swej słabości. Bo nie poszedł na studia. I wszelkimi sposobami odreagowywał swoją krzywdę. Pech chciał, że właśnie wtedy spotkał swoją przyszłą żonę. I wkrótce zaszła w ciążę. Pochodził z religijnej rodziny. Aborcja nie wchodziła w grę. Ale nie było w nim też radości. Wiadomość o tym, że zostanie ojcem, przyjął jak krzyż. Nosił go cztery miesiące. A potem żona poroniła. Wszystko było cierpieniem. I ciąża, i poronienie. Ich małżeństwo nie miało przed sobą żadnych perspektyw. Kiedy zapragnął mieć dziecko, okazało się, że Bożena nie może zajść w ciążę. Pomyślał, że to wszystko kara. Mimo wszystko — zbyt surowa.

Mogło być inaczej, gdyby dostał się na studia, gdyby nie spotkał w tamtym czasie Bożeny i jej nie unieszczęśliwił.

Nie kochał jej, ale dostrzegał jej piękno. Duchowe. I czuł się przy niej bezustannie winny. Za to, że nie mógł odpłacić jej miłością. Postanowił uwolnić ją od siebie. Najłatwiej było zohydzić się w jej oczach, przemieniając się w „śmierdzącego alkoholika”.

Ale ona była tak miłosierna, że wszystko mu przebaczała i jeszcze twierdziła, że to jej wina, bo nie dała mu szczęścia.

„Jej obecność była dla mnie najgorszym wyrzutem sumienia. Wyciągała mnie z izby wytrzeźwień. W końcu sprowadziłem do domu prostytutkę… Żeby zobaczyła, że jestem zwierzęciem, żeby ją pohańbić. Żeby ostatecznie zabić ją jako kobietę. Bo jako żona się nie dawała zniszczyć.

Życie przeciekło mu między palcami.

Po rozwodzie sprzedali mieszkanie. Podzielili pieniądze. Ona wróciła na wieś do swego ojca. Kiedyś miał duże gospodarstwo, ale po śmierci matki oddał ziemię państwu, w zamian za emeryturę. Zatrzymał dom i niewielki ogród.

Waldek przeprowadził się do matki.

— Nie miałem wreszcie przed sobą lustra, w którym widziałem swoją marność. Odprawiłem żonę, stłukłem lustro. Wiodłem spokojne, upadłe życie. Najpierw przepiłem pieniądze z mieszkania, a potem zacząłem wegetować z renty matki. Czułem się coraz gorzej, ale jak może się czuć pijak? Pół roku temu stwierdzono u mnie coś w kręgosłupie. Robili mi różne operacje. Miesiąc temu powiedzieli, że na jakiś czas trzeba przestać. Muszą poobserwować, jak się zachowuje organizm… Podobno jest duże ryzyko…

4.

Nazajutrz naradziliśmy się z oddziałową i Damianem w sprawie wyjazdu Waldka na wieś do żony. Damian pełniący w hospicjum służbę zastępczą był nieodzowny jako drugi noszowy, a poza tym ja nie miałem prawa jazdy. Zastanawialiśmy się, czy nasza wizyta nie powali żony Waldka. Jak zareaguje?

— Myślę — podsumowała nasze wątpliwości oddziałowa — że ona jest kobietą niezwykle dojrzałą. Ją może zabić jedynie wiadomość, że Waldek zszedł z tego świata i nie powiedział, że będzie tam na nią czekał. Zobaczymy zresztą, co powie na to wszystko lekarz.

Po trzech dniach zajechaliśmy pod czerwoną ceglaną chatę na końcu wsi Koszyki. Kiedy Bożena otworzyła nam drzwi i poinformowaliśmy, że tam w tym polonezie czeka mąż… z jej oczu wypłynęły łzy, ale był też i uśmiech. Jestem przekonany, że czekała na ten moment. Nie kazała sobie nic tłumaczyć. Sądzę, że o wszystkim wiedziała. To znaczy przeczuwała. Bez słowa poszła do samochodu. Wynieśliśmy na noszach Waldka. W pozycji półleżącej. Przed wyjazdem błagał nas, żeby go nie zobaczyła w pozycji horyzontalnej, „bo nosze to jeszcze nie trumna”.

Zanieśliśmy go do domu. Postawiliśmy w pokoju. Parzyli na siebie dłuższą chwilę. W końcu Waldek spuścił wzrok.

Zaproponowała nam kawę.

— Chętnie, ale najpierw się przejdziemy trochę po okolicy. Tak rzadko mamy okazje pobyć na wsi…. — odparłem.

* * *

Bożena zaczęła codziennie dojeżdżać do hospicjum autobusem. Dwadzieścia pięć kilometrów w jedną stronę. Wtedy naprawdę pożałowałem, że nie mam prawa jazdy i nie mogę się przydać jako kierowca. Obserwowałem ich miłość. Była jesień, a ja miałem wrażenie, że widzę, jak z suchej gałązki puszczają pączki listków. Waldek z każdym dniem stawał się bardziej promienny na twarzy. Nigdy w życiu nie było mi dane przeżyć tak głęboko słów św. Pawła: „Chociaż bowiem niszczeje nasz człowiek zewnętrzny, to jednak ten, który jest wewnątrz, odnawia się z dnia na dzień”. Po kilku dniach Waldek poprosił mnie o spowiedź.

— Bo widzi ksiądz, Bożena chce, abyśmy na nowo zostali małżeństwem. Powiedziałem, bo przecież nie mogę jej okłamywać, że może… że mogę niedługo umrzeć. — Mówił z trudem, ze wzruszenia miał kluchę w gardle. — A ona na to, że w takim razie chce, żebym umarł jako jej mąż…

Jego oczy płonęły.

— Wobec Boga ciągle jesteście małżonkami — zacząłem go uspokajać. — To, że macie rozwód cywilny, dla Boga nic nie zmienia. Nie musicie ani nawet nie możecie wziąć ślubu kościelnego powtórnie. Ale możemy zrobić taką mszę, na której odnowicie przysięgę małżeńską.

W hospicjum nieraz zostaje zawieszony rok liturgiczny. Mój poprzednik opowiadał mi kiedyś o panu Kaziu, który żył tylko jednym marzeniem, aby doczekać świąt Bożego Narodzenia. Według wszelkich lekarskich rokowań nie miał na to szans. Był czerwiec, a jemu został tydzień, może miesiąc życia. Wtedy kapelan postanowił zrobić mu żłobek. Najprawdziwszy z Dzieciątkiem, pastuszkami i bydlętami. Któraś z pielęgniarek upiekła pierniki, żeby pachniało świętami. A potem wszyscy się zebrali i śpiewali kolędy. Po dwóch dniach pan Kaziu umarł. Doczekał swoich Świąt.

Przypomniało mi się to zdarzenie, kiedy udzielałem komunii Bożenie i Waldkowi. Msza, na której odnawiali swoją przysięgę małżeńską, była najprawdziwszą rezurekcją. Nigdy wcześniej nie czułem tak bardzo, że podaję Boga zmartwychwstałego. Waldek w czasie mszy siedział na wózku. Można by powiedzieć, że to cud. Dotąd przecież cały czas leżał. Ale dla lekarzy to nie było nic nienormalnego. Poprzednio Waldek po prostu się poddał. Stan apatii i depresji odbierał jego organizmowi resztkę sił witalnych. Teraz miał po co żyć.

Po mszy urządziliśmy „nowożeńcom” ucztę weselną. Były oddziałowa i kierowniczka. Hania — pielęgniarka i Damian. I rodzice. Dłonie małżonków przez cały czas były splecione. Dopiero gdy oddziałowa powiedziała „No to pozwólmy teraz młodym odpocząć”, Bożena dała jej znać, że ma do niej sprawę i wyszła z nią na korytarz.

A sprawa była taka, że Bożena wypakowała z torby zielony dres i została na noc ze swym mężem.

Kiedy przed wyjściem poszedłem się z nimi pożegnać, leżeli wtuleni w siebie.

I stali się jednym ciałem. Na powrót. Choć Bożena była w dresie. A Waldek jakby gdzieś zgubił połowę swej ziemskiej powłoki i miał ulecieć.

* * *

Waldek od wczoraj leżał z powrotem w trójce.

Poszedłem do niego, bo przed paroma minutami na moich rękach zmarła Urbańska. W ramionach księdza, bez sakramentów. Ufam, że człowiek potępia się tysiącem grzechów, a zbawia się jednym półprzytomnym oddechem. Kogo widziała Urbańska, wyciągając do mnie ręce tuż przed swoją śmiercią?

Postanowiłem mu nie mówić, że „nasza szkoła” się ukruszyła o jedną osobę. Urbańska była tematem tabu. Ale chciałem choć stanąć koło niego w tej chwili. Czasem gdy nie mam sił albo pomysłu, jak coś drugiemu człowiekowi przekazać, staram się po prostu być koło niego i liczę na to, że Bóg wykorzystuje mnie jako niemego posłańca.

Nie zastałem go w sali. Powiedziano mi, że jest z żoną w ogrodzie.

Zobaczyłem przez szklane drzwi, jak Bożena pcha go na wózku, poprawiając mu koc, którym był okryty. Wyszedłem im naprzeciw.

— A państwo młodzi w podróży poślubnej?
— Tak proszę księdza, ale jutro już nam się kończy — uśmiechnęła się.
— Jak to? — spytałem.
— Wracamy do domu. Do Koszyk. Ustaliliśmy z kierowniczką, że wracamy na wieś, a Damian co jakiś czas podjedzie do nas z pielęgniarką. Dostaliśmy w prezencie ślubnym komórkę, więc w razie czego będziemy dzwonić.
— Tak sami z siebie to postanowiliście? — obawiałem się, czy nie jest to efekt działań doktor Kryszałowicz. Przed paroma dniami wróciła z urlopu i nie wiedząc nic o historii Waldka, weszła do izolatki, gdzie zobaczyła wtuloną w niego Bożenę. Pobiegła z awanturą do oddziałowej. „Czy siostra zdaje sobie sprawę, co oni tam mogli robić?”. Oddziałowa zrobiła zdziwioną minę. „Przecież on może się w ten sposób pożegnać z życiem” — nacierała Kryszałowicz. „Myślę, że wielu chorych marzyłoby o takiej śmierci” — odpowiedziała poważnie oddziałowa. Doktor najpierw pobladła, potem poczerwieniała i wyszła z pokoju.

Bałem się, czy owoce działalności naszej doktor nie zraniły Waldka i Bożeny. Ale nie, chyba z niczego nie zdawali sobie sprawy. Byli radośni. Powracali na wieś, bo chcieli przeżyć w samotności stracony czas. Miałem nadzieję, że im się to uda. Każde małżeństwo ma swoją tajemnicę. W jaki sposób ci, którzy pobrali się bez miłości, nie mieli dzieci, potrafili w ciągu paru ostatnich godzin ich spotkania na ziemi przemienić się w miłość?

Uśmiechnąłem się.

— No tak, wy na wieś, a ja już w odstawkę?
— Ilekroć tylko ksiądz zapragnie, zapraszam na kielicha.
— Niezła myśl. — zgodziłem się. „Jest okazja, w końcu raz w życiu widziałem, że ktoś pokonał na noszach drogę, na którą nie mógł się odważyć, gdy był w pełni sił”.
— Ksiądz jakiś jest dzisiaj smutny — stwierdził nieoczekiwanie Waldek.

Potrząsnąłem energicznie głową. Nie byłem smutny ani tym bardziej nie chciałem na takiego wyglądać.

— Nie, nie, naprawdę. Jestem zamyślony. Księdzu też się zdarza pomyśleć.
— Ja przeproszę na chwilę, ale muszę jeszcze porozmawiać z kierowniczką… — oznajmiła nagle Bożena. Popatrzeliśmy, jak się oddala, a potem chwyciłem rączki wózka i popchałem go ku znajdującej się nieopodal ławce. Usiadłem. I patrzyłem w niebo, delektując się ostatnimi jesiennymi promieniami słońca.
— Halo — wyrwał mnie głos Waldka. — Ksiądz znów myśli… Chciałem tylko powiedzieć, że bez księdza nigdy bym tego nie dokonał…

Pospieszny
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...