Prorok na trudne czasy

Prorok na trudne czasy

W sierpniu minęła druga rocznica śmierci metropolity Antoniego Blooma, prawosławnego hierarchy — nade wszystko zaś teologa i kaznodziei — z Londynu. Bodaj jedynego w minionym XX wieku biskupa Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej Moskiewskiego Patriarchatu, którego prace teologiczne były nie tylko czytane, ale zdobyły prawdziwy mir w całym chrześcijaństwie. Ojciec Antoni nauczał i głosił rekolekcje również w katolickich katedrach. Jego rozważania były tłumaczone i drukowane na całym świecie, publikowano je również w Wydawnictwie W drodze 1. Było mi przykro, gdyż jego odejścia do Pana w Polsce prawie nie zauważono.

Życie ojca Antoniego

Ojciec Antoni, pierwszy w Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej metropolita Surożski, urodził się — jak sam pisze — przypadkiem w szwajcarskiej Lozannie, w dniu 19 czerwca 1914 roku. Przypadek oczywiście dotyczy miejsca, nie zaś faktu urodzin; rodzice byli w Lozannie przejazdem. Jego ojciec, pochodzący ze zruszczonej, o szkockich korzeniach (osiedli w Rosji w czasach Piotra I) rodziny Bloomów, był carskim dyplomatą, czyli człowiekiem „w drodze”. Matka była siostrą wybitnego rosyjskiego kompozytora Aleksandra Skriabina.

Dzieciństwo przyszłego ojca Antoniego upłynęło w Persji, tam jego ojciec pełnił funkcję rosyjskiego konsula. Kiedy na Rosję przyszedł straszny czas próby i wybuchła rewolucja bolszewicka, rodzina Bloomów, tak jak tysiące ówczesnych rosyjskich rodzin, ruszyła na emigracyjną tułaczkę. Po latach wędrówki w 1923 roku Bloomowie osiedli na stałe we Francji. Tam upłynęła młodość Andrieja Borysowicza — takie bowiem imię i otcziestwo nosił w świecie przyszły władyka. Życie na emigracji nie było proste, jednakże Bloomowie mieli nadzieję, że to tylko epizod, który należy przetrwać, służąc bez wytchnienia sprawie wolności Rosji. Rodzice Andrieja wywodzili się z tradycyjnej rosyjskiej inteligencji: z zasady agnostyckiej, liberalnej i antyklerykalnej. Rósł więc intelektualnie otwarty i bystry chłopiec z dala od cerkwi. Ta otwartość sprawiła kiedyś, że podsłuchawszy dyskusję o chrześcijaństwie i wyłowiwszy w niej fragmenty, które wymagały — jego zdaniem — weryfikacji, zabrał się za lekturę Pisma Świętego. Miał wtedy zaledwie 14 lat. Jednakże to pierwsze spotkanie z Pismem Świętym ukształtowało całe jego późniejsze życie. Po latach będzie wspominał ten moment następująco:

Kiedy będąc zaledwie czternastoletnim chłopcem, przeczytałem Ewangelię, poczułem, że innego zadania w moim życiu nie może być. Innego, jak tylko dzielić się z drugimi tą przemieniającą życie radością, która otworzyła mnie na poznanie Boga i Chrystusa. I wtedy, będąc jeszcze podrostkiem, od czasu do czasu w szkolnej ławce, w metrze, na obozach dziecięcych, zacząłem mówić o Chrystusie, takim, jaki mi się objawił: jako Życie, jako Radość, jako Sens, jako Ktoś na tyle Nowy, że tą Nowością odnawiał wszystko. Jeśli nie byłoby niedopuszczalne zastosowanie do siebie słów Pisma Świętego, to mógłbym powiedzieć wraz ze świętym Pawłem: „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii” (1 Kor 9, 16). Biada, bowiem nie dzielić się tym cudem, byłoby przestępstwem przed Bogiem, dopełniwszy tego cudu, i przed ludźmi, którzy na całej ziemi łakną żywego Słowa o Bogu, o człowieku, o życiu: nie o tym życiu, którym żyjemy z dnia na dzień, niekiedy takim mętnym, innym razem takim strasznym, niekiedy subtelnym i dobrym, a przecież ziemskim, słów zaś o tym życiu nadmiar wokół nas, ale słów o życiu wiecznym, bijących źródłem w naszych duszach, w sercach, rozbudzających nasze umysły, czyniących nas nie tylko głosicielami, ale i świadkami królestwa Bożego przychodzącego z siłą, przenikającego do naszych dusz, przemieniającego nasze życie 2.

Po ukończeniu klasycznego francuskiego liceum Andriej Bloom rozpoczął jednocześnie studia na dwóch wydziałach paryskiej Sorbony — biologicznym i medycznym. W 1931 roku otrzymał niższe święcenia w jedynej wówczas w Paryżu świątyni Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego, z którym zachował łączność kanoniczną przez całe życie. Pozwalały mu one, odzianemu w stycharion 3, posługiwać w liturgii. 10 września 1939 roku, tuż przed wymarszem na front, ten młody francuski chirurg wojskowy potajemnie złożył swoje pierwsze śluby zakonne. Przez okres wojny pozostał czynnym członkiem francuskiego ruchu oporu, pracując jako chirurg. Jeszcze przed wyzwoleniem, 16 kwietnia 1943 roku, w sobotę, w dzień świętego Łazarza, został postrzyżony z prawem noszenia mantii, nadano mu imię zakonne Antoni, na cześć świętego Antoniego z Kijowskiej Ławry Pieczorskiej. Postrzyżyn dokonał archimandryta Afanasij (Nieczajew), jego długoletni ojciec duchowny. Do 1948 roku Antoni prowadził aktywnie praktykę lekarską, jednakże w tym roku metropolita Serafin (Łukijanow), ówczesny egzarcha Patriarchatu Moskiewskiego w Europie Zachodniej, podjął decyzję o jego wyświęceniu na kapłana. 27 października tego roku otrzymał święcenia diakonatu, niespełna zaś trzy tygodnie później — 14 listopada — święcenia prezbiteriatu, został jeromnichem. Zaraz po święceniach władyka Serafin skierował go do pracy duszpasterskiej w Anglii. Rozpoczął tę służbę od odpowiedzialnej funkcji: został kierownikiem duchownym Stowarzyszenia Prawosławno–Anglikańskiego imienia świętych męczenników Albana i Sergiusza (Siergieja). Święty Alban, patron prześladowanych, według tradycji był pierwszym chrześcijańskim męczennikiem na Wyspach Brytyjskich. Był lojalnym żołnierzem, który uratował życie kapłanowi skazanemu na śmierć za wiarę. Nie przypadkiem Stowarzyszenie skupiające w swoich szeregach uniwersyteckich intelektualistów z kręgów Kościoła anglikańskiego i prawosławnych wychodźców z Rosji 4 — wybrało sobie takich, a nie innych patronów. W tym środowisku świadomość prześladowań Kościoła w Rosji sowieckiej była powszechna.

Od 1 września 1950 roku ojciec Antoni kierował prawosławnymi parafiami Londynu przy kościołach świętego apostoła Filipa i świętego Sergiusza (Siergieja) Radoneżskiego. Kościół pod wezwaniem świętego apostoła Filipa został udostępniony Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej przez Kościół anglikański tylko okresowo do liturgii. Z czasem jego miejsce zajęła cerkiew Zaśnięcia Matki Bożej i Wszystkich Świętych. Od 16 grudnia 1956 roku ojciec Antoni został jej proboszczem. Wcześniej, w styczniu 1953 roku podniesiono go do godności ihumena, a w Wielkanoc 1956 roku został archimandrytą. Zaledwie półtora roku później otrzymał chirotonię, został wyniesiony do godności biskupa siergijewskiego, wikariusza egzarchy Patriarchy Moskiewskiego dla Europy Zachodniej. Chirotonii w Londynie udzielił mu ówczesny egzarcha, arcybiskup Kliszyński Nikołaj (Jeriomin) i biskup Apamejski Jakub, wikariusz egzarchy Patriarchy Powszechnego w Europie Zachodniej. Przedziwny to zbieg okoliczności: poprzednim tytularnym arcybiskupem Siergijewa — prawosławnym i katolickim — był zamordowany przez GPU władyka Warfołomiej 5 (Remow), mnich — kapłan — męczennik, na którego pełną biografię przyjdzie nam jeszcze poczekać…

1962 roku Moskiewski Patriarchat w ramach egzarchatu zachodnioeuropejskiego utworzył nową eparchię: surożską. Jej pierwszym biskupem został władyka Antoni, podniesiony jednocześnie do godności arcybiskupa. Od stycznia 1963 roku, po odejściu egzarchy Nikołaja (Jeromina) na emeryturę, władyka Antoni pełnił także funkcję egzarchy Patriarchatu Moskiewskiego na Europę Zachodnią. W końcu stycznia 1966 roku został metropolitą. Te wszystkie funkcje nie przeszkodziły mu w tym, co zawsze uważał za najważniejszy element swojego powołania: w głoszeniu słowa Bożego. Funkcję egzarchy pełnił ojciec Antoni do wiosny 1974 roku. Wtedy Patriarchat uwzględnił jego prośbę o zwolnienie go z niej, „aby mógł pełniej poświęcić się pracy nad organizacją życia eparchii i lepiej pełnić posługę pasterską w związku z wciąż powiększającą się liczbą wiernych”. Rezygnacja z funkcji była równocześnie formą protestu metropolity Antoniego przeciwko wygnaniu z Rosji (Związku Sowieckiego) Aleksandra Sołżenicyna i przeciwko oficjalnej postawie Patriarchatu wobec tego kolejnego aktu prześladowania wolnej myśli przez władze sowieckie.

Od początku lat 60. w różnych wydawnictwach na Zachodzie ukazywały się książki zawierające rozważania i kazania ojca Antoniego. W 1968 roku „Żurnał Moskowskoj Patriarchii” wydał Molitwę i żizń. Ojciec Anton wykorzystywał też fale eteru, aby dotrzeć do słuchaczy w Rosji: głosił słowo Boże za pośrednictwem rosyjskiej rozgłośni radia BBC. Był nade wszystko kaznodzieją. Bodaj jako pierwszy prawosławny hierarcha głosił rekolekcje wielkopostne w historycznej Notre Dame de Paris. Wiele uniwersytetów przyznało mu tytuły doktora honoris causa. Pracował do końca swoich dni. Doczekał chwil, kiedy jego książki można było swobodnie czytać w Rosji. Również doczekał się nieuczciwej krytyki ze strony tych, którzy w trudnym czasie nie dochowali wierności Bogu i Kościołowi, teraz zaś mianowali siebie stróżami ortodoksji… Trudny jest los proroka.

Pod koniec lipca 2003 roku metropolita Antoni przeszedł na emeryturę, miał wtedy już ponad 89 lat. Zaledwie cztery dni później odszedł na prawdziwy spoczynek, do Pana.

Wokół wiary i niewiary

Ojciec Antoni w jednej ze swoich najbardziej fundamentalnych prac 6 zamieścił opowieść dotyczącą wiary i niewiary. Oto ona:

niekiedy człowiek staje się niewierzący, gdyż jest to jego jedyna obrona przeciw własnemu sumieniu. Przypomniała mi się opowieść jednego mądrego, subtelnego i wykształconego kapłana w Paryżu. Kiedyś żył bez Boga. Uważał siebie za zbyt kulturalnego i rozwiniętego intelektualnie, żeby nawet pomyśleć o tym, by być wierzącym. Kiedyś rozmawiał z pewnym księdzem. Wiejski batiuszka bez szczególnego wykształcenia, który trafił z Rosji na emigrację, długo go słuchał i wreszcie powiedział mu dwie myśli: „Po pierwsze, Sasza, nie takie to znów ważne, czy wierzysz w Boga — Jemu od tego akurat nie ubędzie, ciekawe zaś jest, że to On w ciebie wierzy. Po drugie, kiedy już pójdziesz do domu, pomyśl, w którym momencie i dlaczego straciłeś wiarę, w którym momencie okazało się, że potrzebne ci jest, żeby Boga nie było”. Sasza wrócił do domu i zaczął myśleć: takie postawienie sprawy potraktował jako zadanie, oczekiwał bowiem od batiuszki kazania albo wskazania poważnych traktatów, które powinien przeczytać, zamiast tego usłyszał: — Idź i spróbuj przemyśleć. Szukał przyczyny i nie mógł jej odnaleźć: przypatrywał się swojej edukacji w Instytucie Teologicznym w Paryżu, potem na uniwersytecie w przedrewolucyjnej Rosji, aż doszedł do wieku sześciu lat. Mieszkał wtedy w jednym z miast Rosji. Był miłym, dobrym chłopcem, chodził do cerkwi w każdą niedzielę, gdy przychodził do świątyni, czynił znak krzyża, stawał pośrodku i modlił się do Boga.

Każdej niedzieli dostawał kopiejkę, którą miał włożyć w czapkę ślepemu nędzarzowi: kładł ją i szedł do cerkwi z przekonaniem, że wypełnił dobry uczynek, okazał miłość, uwagę — i mógł iść do Boga z czystym sumieniem. Przed Bożym Narodzeniem, spacerując z mamą po mieście, natknął się na sklep, w którym wystawiono pięknego drewnianego konia. Kosztował sześć kopiejek. Poprosił mamę, żeby mu go kupiła, jednakże mama odmówiła, wrócił więc z miasta do domu pełen w sercu goryczy. Kiedy zaś w następną niedzielę, idąc do cerkwi, doszedł do żebrzącego nędzarza, pomyślał, że jeśli przez sześć niedziel nie odda mu kopiejki, to będzie mógł sobie kupić konia — i kopiejki nie dał. Tak samo postąpił przez cztery kolejne niedziele, za piątym zaś razem pomyślał: jeśli wezmę od niego jedną kopiejkę, to o dwa tygodnie wcześniej będę mógł kupić sobie tego konia. I ukradł ślepcowi kopiejkę. Kiedy wszedł do świątyni, poczuł, że nie może już stać na przedzie: a nuż Bóg zauważy go… — i uciekł w kąt. Niania, powróciwszy z nim do domu, opowiedziała o zdarzeniu w cerkwi jego rodzicom, którzy wpadli w zachwyt: do tej pory był maleńkim chłopcem, stawał odważnie przed Bogiem, teraz zagłębił się w swoje wnętrze, jego życie w Bogu staje się bardziej ukryte, poszukuje zacisza, w którym mógłby w milczeniu i świadomie przebywać przed Bogiem. Sasza czuł, że sprawy mają się kiepsko i że należy się ukryć przed Bogiem. I oto jego starszy brat powrócił z uniwersytetu. Nasłuchał się bezbożnej nauki i zaczął mu dowodzić, że Boga nie ma. Sasza mi opowiadał: — Uchwyciłem się tej myśli. Jeśli Jego nie ma, to mój czyn staje się zupełnie nieważny, nieistotne jest to, że ukradłem tę kopiejkę i nie położyłem pięciu. I od tego rozpoczęło się jego bezbożnictwo; przyjął naukę, że Boga nie ma, jako jedyne wybawienie od wyrzutów swojego sumienia.

Jeśli człowiek mówi: „Jestem niewierzący”, albo powiada: „Boga nie ma!”, to nie zawsze należy do tych twierdzeń podchodzić z filozoficznego punktu widzenia, czasami należy postawić pytanie, gdzie są korzenie tych myśli. Skąd ta postawa?

Wokół naszego chrześcijaństwa

W Kazachstanie nie było debat wokół filmowej Pasji Mela Gibsona. Jednak czytaliśmy wszystko, się pojawiało na ten temat, żyjąc nadzieją, że będziemy mogli jak najszybciej obejrzeć ten kontrowersyjny obraz. W pierwsze niedzielne popołudnie po powrocie do Poznania wybraliśmy się do kina Wilda. W sali zupełna cisza. I po projekcji — cisza. Na twarzach ślady łez. Nagle usłyszałem dialog dwóch dziewczyn pewnie nie najcięższych obyczajów:

— Wiesz, k… Nigdy nie myślałam, że On aż tak cierpiał.
— A co ty, k…, myślałaś?

Padają sobie w ramiona i spazmatycznie płaczą. Płaczą nad Nim? Nad sobą? Nad nami?

Wiedziałem, że ktoś będzie musiał nakręcić taki film. Wiedziałem, że ktoś będzie musiał podjąć próbę wstrząśnięcia nami. Wiele lat wcześniej powiedział to swoim rozmówcom i czytelnikom — wśród nich i mnie — ojciec Antoni Bloom. Opowiedział kiedyś swojemu rozmówcy bardzo bolesną prawdę o naszym współczesnym chrześcijaństwie.

Być może pesymistycznie oceniam nasze aktualne położenie, jednak nie jesteśmy chrześcijanami. Owszem, wyznajemy wiarę Chrystusową, ale ze wszystkiego uczyniliśmy symbole. Moją duszę zawsze rani nasza liturgia Wielkiego Tygodnia. Zamiast krzyża, na którym umiera żywy, młody człowiek — mamy piękną liturgię, która może ukoić, która jednakże stoi między brutalną, straszną tragedią a nami. Zamieniliśmy krzyż na ikonę krzyża, zamieniliśmy ukrzyżowanie na obraz, opowieść o koszmarze tego, co w rzeczywistości miało miejsce — na poetycko–muzyczne dzieło, i to oczywiście te symbole docierają do człowieka. Wraz z nimi człowiekowi tak łatwo rozkoszować się koszmarem, nawet głęboko go przeżyć, być poruszonym i — uspokoić się. Tymczasem obraz żywego człowieka, którego mordują, jest zupełnie innym obrazem. Pozostaje jak rana w duszy, zobaczywszy go raz, już nie zapomnisz i nigdy już nie będziesz mógł być taki, jaki byłeś wcześniej. I to mnie przeraża — w jakimś sensie piękno, głębia naszej liturgii powinny się odkryć, należy je rozerwać, żeby przez tę rozerwaną szczelinę w naszej liturgii przeprowadzić każdego wierzącego w głąb tej strasznej i wielkiej tajemnicy, która się staje 7.

Jakże współbrzmi ten londyński stariec ze świętym Tomaszem z Akwinu, jak współbrzmi z jego literackim biografem — Gilbertem K. Chestertonem. Pisząc esej poświęcony Akwinacie, Chesterton zwróci uwagę na to, co stanowiło ból czasów świętego Tomasza i co wciąż powraca z powodu naszej letniości, dziś wręcz ze zdwojoną siłą. Chesterton pisał:

Islam bowiem był ostatecznym wypełnieniem ikonoklastów. Już jednak na długo przedtem istniała tendencja, by z krzyża zrobić tylko motyw dekoracyjny, jak półksiężyc, uczynić zeń deseń jak meander, czyli klucz grecki, albo koło Buddy. Jest coś biernego w takim świecie wzorców. Klucz grecki żadnych drzwi nie otwiera, a koło Buddy wciąż kręci się w koło, a nigdy nie posuwa się naprzód.

Po części na skutek tych negatywnych wpływów, po części zaś wskutek koniecznego i szlachetnego ascetyzmu, który dążył do naśladowania przerażającego wzoru męczenników, dawniejsza epoka chrześcijańska była nadmiernie nastrojona przeciwcieleśnie i zbyt blisko graniczyła z linią niebezpieczeństwa manichejskiego. Mniej jednak było niebezpieczeństwa w takim umartwianiu ciała przez świętych niż w lekceważeniu go przez mędrców. Uznając całą doniosłość wkładu Augustyna do chrześcijaństwa, widzimy, że w pewnym sensie bardziej subtelne niebezpieczeństwo groziło ze strony Augustyna platonika niż nawet Augustyna manichejczyka 8.

Islam dziś jest tuż, za miedzą. Manicheizm, monofizytyzm? Wszystko to powracało jak echo w głosach zgorszonych Pasją. Czy rzeczywiście Pasją — filmem? Czy męką Pana naszego, Jezusa Chrystusa? Prawdziwą męką, prawdziwego, Młodego Człowieka, o którym mówi ojciec Antoni?

Inny wielki Rosjanin — Siergiej Awierincew — który odszedł do Pana w styczniu 2004 roku, ubolewał nad platonizmem prawosławia, ubolewał nad brakiem prawosławnego świętego Tomasza z Akwinu, ale to temat na następne już rozważanie, następny dług.

Dziś dziękujmy Panu za ojca Antoniego, wiernego ucznia i dobrego nauczyciela.

1 W 1987 i w 2004 roku Wydawnictwo W drodze wydało Odwagę modlitwy, z przedmową o. Jana Sergiusza Gajka MIC.
2 Mitropolit Antoni Surożskij, „Liubow Wsiepobieżdajuszcziaja”, Sankt Petersburg 1994, s. 229.
3 Prawosławny odpowiednik dalmatyki lub komży, wskazuje na anielską pokorę noszących go. W prawosławnej tradycji wyobraża odzież, w której objawili się aniołowie usługujący Jezusowi podczas Jego ziemskiej wędrówki.
4 Jednym z liderów Stowarzyszenia był profesor Nikołaj Ziernow, jeden z najwybitniejszych historyków prawosławia i myśli rosyjskiej na ówczesnym Zachodzie.
5 Ks. prof. R. Dzwonkowski nazywa go w swoich pracach Bortolomeuszem. W języku polskim powszechnie stosuje się imię Bartłomiej.
6 Antoni Mitropolit Surożskij, Cziełowiek pieried Bogom, Moskwa 1995, s. 50.
7 Mitropolit Antoni Surożskij, O wstrieczie, Sankt Pietierburg 1994, s. 76.
8 G. K. Chesterton, Święty Tomasz z Akwinu, Warszawa 1999, s. 72.

Prorok na trudne czasy
Zdzisław Nowicki

(ur. 17 grudnia 1951 r. w Pile – zm. 6 czerwca 2006 r.) – polski dyplomata, ekonomista, senator I kadencji, ambasador RP, w latach 1992-1998 oraz 2000-2004 przebywał na placówkach dyplomatycznych w Sankt Petersburgu, Charkowie i Astanie, publikował po polsku, rosyjsku, ukrai...