I nie opuszczę Cię

I nie opuszczę Cię

Miała okazję wyjść drugi raz za mąż. Nie wyszła. – Dzieci powiedziałyby: „Mamo, zrobiłaś to samo, co ojciec”. I miałyby rację.

Ksiądz Sławomir, wikariusz parafii Najświętszego Serca Jezusa i świętego Floriana w Poznaniu: — Małżeństwo pozostaje małżeństwem do końca życia.

— Kobiecie, którą mąż rzucił dla kochanki, też ksiądz każe być wierną do końca życia?
— Może nie uwierzy pan, ale są tacy, których nie trzeba do tego przekonywać.

Ksiądz Sławomir co miesiąc odprawia mszę dla osób, które mimo porzucenia przez męża czy żonę uważają swoje małżeństwo za ważne. Na nabożeństwa przychodzi prawie trzydzieści osób, głównie kobiet. Modlą się, by wytrwać w wierności małżeńskim przyrzeczeniom.

Ksiądz Sławomir: Ich trwanie przy sakramencie małżeństwa ociera się czasem o heroizm.

Miłość

Ewa, energiczna bizneswoman, pięć lat po rozwodzie. Mąż zostawił ją dla innej kobiety.

Poznali się z Piotrem na studiach. Ona była na architekturze, on na telekomunikacji. Chociaż znali się kilka lat, ich związek był zaskoczeniem dla znajomych.

— To najbardziej porządny facet, jakiego poznałam — Ewa do dziś nie powie złego słowa o Piotrze.

Mimo że odszedł, nie zmieniłaby decyzji sprzed dwudziestu lat. — To jedyny mężczyzna, za którego powinnam była wyjść — mówi.

* * *

Jerzy jest architektem. Ma 50 lat. Sześć lat temu żona wyrzuciła go z domu.

Poznali się na czynie partyjnym (władze organizowały je w latach Peerelu, żeby pokazać poparcie narodu dla partii). Zbliżał się 1 maja 1979 roku. W ramach czynu Jerzy wraz ze wszystkimi pracownikami jego zakładu grabił trawniki na jednym z poznańskich osiedli. — Żeby ludzie nie pili piwa, przywieźli nam dużo coca–coli — pamięta.

W grupie „ochotników” na czyn zwrócił uwagę na Mariolę. — Brunetka, ciemna karnacja. Spodobała mi się – wspomina. Umówili się na spacer, potem do kina.

Na ślub zdecydowali się cztery lata później. — Wszyscy moi koledzy już dawno się pożenili i mój zegar biologiczny też zaczął mocno bić.

* * *

W mieszkaniu Krystyny wisi oprawiony w ramkę Hymn o miłości świętego Pawła. Krystyna, kobieta w średnim wieku, po wyższych studiach, zna tekst na pamięć. Słowa o tym, że „miłość nigdy nie ustaje” i „nie pamięta złego”, odnosi do jedynego mężczyzny swojego życia — Henryka. Henryk rozwiódł się z nią sześć lat temu.

Poznała go na pielgrzymce warszawskiej na Jasną Górę. Był 1977 rok. Szli w tej samej grupie.

Krystyna pamięta, jak się ubawili, gdy Radio Kierowców podało, że na trasie wylotowej z Warszawy na Katowice „panuje wzmożony ruch turystyczny”. — Władze, jak mogły, starały się ukryć życie religijne — mówi.

Był niesamowity skwar. Na jednym z postojów cała grupa obległa studnię. Ona została z boku, nie chciała się przepychać. Gdy tak stała, Henryk podszedł do niej i podał kubek z wodą (kiedy Krystyna dziś o tym opowiada, uśmiecha się).

Z pielgrzymki wrócili razem autostopem do Poznania. Zaczęli się spotykać.

Ślub

Ewa — ta, która została bizneswoman — i Piotr zaplanowali ślub na lipiec 1982 roku. Zmienili decyzję i pobrali się w lutym. — Był przymus, ale polityczny – śmieje się Ewa. — Generał Jaruzelski zrobił wojnę i baliśmy się, że rozwiążą uczelnię, a Piotra przeniosą w drugi koniec Polski.

Co zapamiętała z tamtego dnia? Mówi, że wszystko: kościół z czerwonej cegły w małym miasteczku, ślubną suknię z krótkim rękawem („było mi ciepło, chyba z wrażenia”) pożyczoną od koleżanki („bo nie można było nic kupić”) i kazanie księdza, który mówił o miłości i o tym, że oboje powinni się wspierać.

* * *

Swój ślub Jerzy, który poznał swoją przyszłą żonę na czynie partyjnym, pamięta jak dziś. Początek października 1983 roku. Dzień był pogodny, ale nie dość ciepły. Mariola miała długą białą suknię i bukiecik z różowych soni (odtąd na każdą okazję mąż będzie kupował jej tę odmianę róż). Jerzy założył szary garnitur w jasne prążki.

Ubrania kupili na bony za makulaturę, bo w sklepach brakowało wszystkiego. — Mariola skupowała na kilogramy dzieła Lenina i potem je sprzedawała na makulaturę — opowiada Jerzy. — Miała zmysł do interesów.

Wybrali kościół dominikanów. Jerzemu spodobał się surowy wystrój świątyni. Marioli też.

Klęczeli już na bordowych klęcznikach, gdy podszedł do nich zakonnik w białym habicie i spytał o indult (pozwolenie z własnych parafii na ślub w innym kościele). Nie mieli. Zakonnik sam pobiegł po dokument (kościół parafialny na szczęście był blisko, więc wrócił po dwudziestu minutach). W oczekiwaniu na rozpoczęcie mszy organista grał bez przerwy Ave Maria.

— To dobrze wam wróży — zapowiedziała teściowa Jerzego po wyjściu z kościoła, gdy dowiedziała się o zamieszaniu z indultem.

* * *

Gdy w ostatnią sobotę przed adwentem 1980 roku Krystyna i Henryk, którzy poznali się na pielgrzymce do Częstochowy, wchodzili do kościoła, na dworze było szaro i brzydko. Kiedy wyszli po ślubie, leżał śnieg. Krystyna pamięta, że strasznie zmarzła. Pamięta też, że oboje się do siebie uśmiechali i że potem Henryk wniósł ją na rękach na drugie piętro ich wynajętego mieszkania.

W podróż poślubną pojechali do Rzymu. Był koniec kwietnia 1981 roku, trzy tygodnie przed zamachem na Jana Pawła II. Razem z grupą pielgrzymów poszli na mszę do prywatnej papieskiej kaplicy. Potem Papież przyjął wszystkich w swojej bibliotece. — Henryk powiedział, że jesteśmy świeżo po ślubie i Ojciec Święty nas pobłogosławił — wspomina Krystyna.

Pamięta głębokie spojrzenie Jana Pawła II. Zastanowiło ją, że Ojciec Święty podchodził już do następnych osób, ale nagle cofnął się i zrobił krzyżyk na jej czole. — Teraz już wiem, że to był krzyżyk na drogę.

Z rekolekcji księdza Piotra:

Małżeństwo moich rodziców nie udało się.

Rozpad

Ewa mówi, że była zbyt pewna siebie. Myślała, że jeśli są małżeństwem, to ma Piotra już na zawsze. — Mąż powinien być najważniejszy, a on kiedyś przestał być dla mnie najważniejszy — mówi. — Robiliśmy wiele rzeczy i uważaliśmy, że na siebie mamy jeszcze czas.

Czy to znaczy, że czuje się winna, iż Piotr od niej odszedł? — Zawsze obie strony są winne. Nawet jeżeli tej mojej winy jest tylko pięć procent.

* * *

— Pierwszy zgrzyt w naszym małżeństwie zdarzył się w czasie miodowego miesiąca — opowiada Jerzy. Pojechał z Mariolą do jej rodziny. — Zrobiła mi karczemną awanturę, że suszę zęby do żony jej kuzyna. Myślałem: „Jeśli jest zazdrosna, to znaczy, że mnie kocha”.

Potem kłótnie były zawsze o pieniądze. — Ciągle powtarzała, że za mało zarabiam, ale sama do pracy nie chciała pójść — żali się Jerzy. — Tłumaczyła: „Nie po to wychodziłam za mąż, żebym jeszcze musiała pracować”.

Jerzy twierdzi, że Mariola od początku traktowała ich małżeństwo jako sposób na urządzenie się w życiu.

Kilka lat temu wymusiła na nim, żeby wspólnie z teściem wybudował dom. Zgodził się, bo myślał, że to uratuje ich rozpadający się związek. Pomylił się. Mariola nawet nie zameldowała go w nowym domu. — Któregoś dnia powiedziała mi: „Będziesz z gołym tyłkiem stał za płotem i błagał, żeby się widzieć z dziećmi”.

Pół roku później spełniła groźbę.

Jego wina? — Parę razy dałem się sprowokować i zrobiłem coś, czego się wstydzę.

* * *

Krystyna twierdzi, że ich małżeństwo zniszczyła intensywność życia. — Henryk robił doktorat, w domu małe dzieci, remonty, przeprowadzki, a potem budowa domu i duże pieniądze. Tego wszystkiego było za dużo.

Był jeszcze jeden powód. Wydawało się jej, że staje na głowie, a jemu wciąż coś nie pasowało. — Nie mogliśmy się porozumieć — mówi Krystyna. Potem domyśliła się, dlaczego tak było. — Miał już wtedy kogoś.

Z rekolekcji księdza Piotra:

Ojciec cały czas miał inną kobietę i prowadził podwójne życie.

Zdrada

Listopadowy wieczór. Ewa wróciła z cmentarza (jej zmarły ojciec miał tego dnia imieniny). Było po kolacji, dzieci już spały, gdy Piotr powiedział jej, że odchodzi do innej kobiety.

— Chrzanisz? — nie mogła uwierzyć.
— Nie chrzanię. Postanowiłem, że musimy się rozstać — zawyrokował.
— Poczułam się jak szmata, która jest nic niewarta.

* * *

Jerzy nie został zdradzony. Przynajmniej nic mu o tym nie wiadomo.

Kilka lat temu, w pierwszy dzień wiosny, Mariola wyrzuciła jego rzeczy przed dom. Miał niewiele czasu, żeby zdecydować, co jest najważniejsze. Zabrał pościel, zdjęcia i jakieś drobiazgi.

Jerzemu, gdy o tym opowiada, trzęsą się ręce. — Bo to dla mnie wciąż zbyt wielki ból.

* * *

W małżeństwie Krystyny i Henryka miejsce żony zajęła sekretarka.

— Długo nie wiedziałam, że mój mąż związał się z inną kobietą — opowiada Krystyna. — Gdy się dowiedziałam, świat usunął mi się spod nóg — przyznaje.

Na początku imię tamtej kobiety nie mogło Krystynie przejść przez gardło. — Byłam o nią zazdrosna.

rekolekcji księdza Piotra:

Gdy moi rodzice się rozwiedli, mama powiedziała nam, że nadal kocha naszego ojca. To jest osoba, która pokazała mi, co znaczy radykalnie zawierzyć Bogu na dobre i na złe.

Rozwód

Ewa: — Nasz rozwód to był Wersal.

Pozew wniósł Piotr. — Adwokat powiedział mi, że jeszcze takiego pozwu nie widział. „To anioł”, mówił o mężu. „On nawet nie poskarżył się, że pani mu skarpetek nie prała”.

Na rozwód zgodziła się bez orzekania winy. — Nie chciałam wciągać w to wszystko dzieci.

* * *

Rozwód Jerzego jeszcze trwa. — Jestem już tym zmęczony.

* * *

— Wystawiłam się — mówi o swoim rozwodzie Krystyna. Nie powołała nawet świadków, bo nie chciała walczyć z mężem.
— Jedyne, czego nie mogłam zrobić — mówi dalej — to dać zgody na rozwód, bo wtedy wzięłabym część odpowiedzialności za niego na siebie. Reszta potoczyła się zgodnie ze scenariuszem mojego męża.

Sąd orzekł rozwód i winę obojga. — Nie miała znaczenia moja wola trwania w małżeństwie ani orzeczenie jednego z ośrodków opiniodawczych, że dla dobra małych dzieci rozwód jest niekorzystny i należałoby go odroczyć — opowiada Krystyna.

Poproszony o ekspertyzę inny ośrodek uznał, że rozwód nie jest sprzeczny z interesem dzieci.

— Przekonałam się, że instytucje nie sprzyjają jedności małżeństwa ani rodziny.

rekolekcji księdza Piotra:

Jako dziecko modliłem się czasem, żeby ojca nie było. Żeby coś się stało i żeby nie wrócił do domu.

Dzieci

Ewa zawsze się starała, żeby w sprawy swoje i Piotra nie wciągać dzieci. I żeby miały dobry kontakt z ojcem. — Nie można dobrze wychować dziecka, gdy nienawidzi jednego z rodziców — mówi.

Ale Ewa boi się, czy najmłodsza córka nie spyta jej kiedyś, czy ojciec nie odszedł przez nią. — Dzieci często siebie winią za rozpad związku rodziców — mówi. — Tłumaczenie, że tata odszedł, bo przestał kochać mamę, jest dla nich niezrozumiałe.

* * *

Córka Jerzego została z matką. Syn przeprowadził się do niego. — To chyba dowód, że nie jestem najgorszym ojcem — mówi Jerzy.

Z drugiej strony martwi go brak kontaktu z córką. Uważa, że dzieci w żadnym wypadku nie powinny cierpieć za błędy rodziców. — To na mnie i na mojej żonie spoczywa obowiązek, żeby dzieci miały nadal ojca i matkę — mówi. — Oboje byliśmy winni i oboje powinniśmy posprzątać.

* * *

U Krystyny jest podobnie, jak u Jerzego: dwie córki mieszkają z nią, syna wychowywał ojciec. Teraz, gdy dorósł, mieszka osobno. Krystyna nie ma z nim najlepszego kontaktu. To jej największy ból. Większy niż odejście męża.

Zemsta

— Tylko nie nienawidź go! — przestrzegali Ewę znajomi księża. — Jemu i tak nie zaszkodzisz, a siebie zniszczysz.

Posłuchała. Zamiast się mścić, zawzięła się w sobie i zrobiła doktorat. Chciała udowodnić sobie, że jest coś warta.

— Ale na początku byłam w takim stanie, że gdy jechałam samochodem, to chciałam wpaść na drzewo.

Dziś Ewa mówi: — Kobieta ma w takiej sytuacji dwie drogi. Albo całe życie będzie płakała nad sobą i mówiła, że ten facet to jest świnia, bo ją zostawił z dziećmi. Albo weźmie się w garść i zacznie normalnie żyć.

* * *

— Nie jestem mściwy — zarzeka się Jerzy. — Dlatego nikomu źle nie życzę.

Zamiast o zemście, marzy tylko o jednym: — Żeby to wszystko się już wyprostowało i żebym odzyskał jako taki spokój.

* * *

Krystyna: — A czy Jezus myślał o zemście na tych, którzy Go zdradzili?

Zamyśla się. Po chwili stwierdza, że może teraz jest dla niej najtrudniejszy egzamin z miłości. — Takiej, która nie opiera się złu, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję i nigdy się nie kończy — mówi. — To Jezus pokazuje mi, co znaczy kochać do końca, i daje siłę, dzień po dniu, by to realizować.

Pokusa

Ewa miała okazję wyjść po raz drugi za mąż. Nie zdecydowała się. Nie żałuje. — Gdybym to zrobiła, sprzeciwiłabym się Panu Bogu i temu, w co wierzę — mówi.

I mogłaby wtedy spojrzeć w oczy dzieciom? — Jestem pewna, że powiedziałyby: „Mamo, zrobiłaś to samo, co ojciec”. I miałyby rację.

Chociaż nie potępia tych, którzy postąpili w takiej sytuacji inaczej. — Broń Boże, żebym miała uważać ich za gorszych od siebie! — zastrzega się. — Ale ja nie umiałabym stać w kościele gdzieś tam pod filarem, gdy inni idą do komunii.

* * *

— Nie potrafiłbym w tej chwili zaufać żadnej kobiecie — mówi stanowczo Jerzy. — Wydaje mi się, że zostałem do nich zrażony na całe życie.

* * *

Dla Krystyny ten temat nie istnieje. — Drugie małżeństwo? — oburza się. — To tak, jakby zalegalizować cudzołóstwo.

Oczywiście, nigdy nie wiadomo, co się może w życiu zdarzyć. Ale Krystyna mocno wierzy, że Pan Bóg pozwoli jej wytrwać w małżeństwie, do którego ją powołał. — Przecież moje małżeństwo trwa. Jeszcze się nie skończyło! — podkreśla.

Rok temu Krystyna napisała list do arcybiskupa Stanisława Gądeckiego. Prosiła, żeby Kościół zajął się także tymi, którzy wierzą w trwałość małżeństwa, a nie tylko osobami żyjącymi w związkach niesakramentalnych. Arcybiskup odpisał, że Kościół właśnie o tym myśli.

W tym samym czasie Ewa o to samo poprosiła znajomego księdza.

Tak powstało ich duszpasterstwo. Spotykają się raz w miesiącu w kaplicy sióstr elżbietanek przy kościele Najświętszego Serca Jezusa i świętego Floriana. W wielkim poście ksiądz Piotr odprawił dla nich rekolekcje. — Los tych osób jest mi bardzo bliski, bo małżeństwo moich rodziców też się nie powiodło. Znam ich sytuację od strony dziecka.

Kapłan

— Nie ma co udawać, że nic się nie stało — mówi ksiądz Sławomir. — Ci ludzie będą naznaczeni cierpieniem do końca życia. Bo czy może być coś gorszego, niż zawiedzenie się na kimś, na kim miało się oprzeć swoje życie?

Jako kapłan staje często wobec nich bezradny. — Nie będę przecież wypowiadał do nich złotych myśli w stylu: „cierpienie uszlachetnia” — mówi. — Jedyne, co mogę zrobić, to pokazać, że nigdy nic nie jest beznadziejne, bo jest jeszcze Bóg.

— Zresztą — mówi po namyśle ksiądz Sławomir — ci ludzie nie szukają taniego pocieszenia ani terapii.

Kiedyś na spotkanie przyszła kobieta, która chciała, żeby mówić przede wszystkim o psychologicznej stronie ich dramatu. Większość obecnych tego nie zaakceptowała.

— Nasze spotkania to nie są seanse terapeutyczne — mówi ksiądz Sławomir. — Istotą sprawy, wokół której się spotykamy, jest Eucharystia. Te osoby, żeby móc przyjmować komunię, trwają w związkach małżeńskich, których często tak naprawdę po ludzku już nie ma. Ksiądz Sławomir nie postrzega ich jednak jako żywych kandydatów na ołtarze. Zauważył, że oni też tak siebie nie traktują. — Nikt spośród nich nie uważa siebie za męczennika sakramentu małżeństwa. Nie mają zresztą pewności, czy wytrwają w swoim postanowieniu do końca życia. Kiedyś ktoś z nich powiedział: „Nie wiem, co będzie za rok”. I ja to rozumiem.

rekolekcji księdza Piotra:

W końcu zdobyłem się na to, żeby pojechać do ojca i powiedzieć mu, że go kocham. Ucieszył się.

Pojednanie

Ewa ma dobry kontakt z Piotrem, ale on nie potrafiłaby powiedzieć, czy naprawdę mu wybaczyła.

Z jego zdradą nigdy tak do końca się nie pogodziła. — Psychicznie to gorsze niż śmierć małżonka, bo śmierć to siła wyższa, a przy zdradzie człowiek czuje się porzucony, niepotrzebny.

Ewa, o tym, co się stało, nigdy już potem z Piotrem nie rozmawiała. — Nie wiem, czy jest szczęśliwy. Raczej nie — mówi. — Tamta kobieta też go zostawiła.

Syn Ewy powiedział kiedyś do niej: — Mamo, ojciec jest przykładem kary Bożej, bo stracił wszystko, co miał.

Ewa chciałaby zapytać kiedyś Piotra, czy warto było odchodzić. Wydaje się jej, że nie było.

Gdyby Piotr spytał, czy może wrócić, nie wie, co by odpowiedziała.

Po chwili: — Ale on nigdy o to nie spyta.

* * *

— Boję się jej, a trudno jest kochać kogoś, kogo się człowiek boi — mówi Jerzy. — Nawet gdyby przyszła i zaproponowała, żebym wrócił, chyba bym jej nie uwierzył. Zresztą rozstaliśmy się w zbyt brutalny sposób, żeby znów razem zamieszkać.

Jerzy ma również dobre wspomnienia. — Przeszedłem przez morze nienawiści, ale w moim małżeństwie było też wiele miłości.

Dlatego uważa, że są granice, których nie wolno mu przekroczyć. — Ślubowałem kiedyś mojej żonie miłość do końca życia. I to mnie zobowiązuje bez względu na to, co się stało — mówi. — Muszę teraz wykorzystać tę miłość po to, żeby pozwolić jej dalej funkcjonować, a nie szukać okazji, żeby ją zniszczyć.

* * *

Jeszcze przed rozwodem Krystyna poprosiła męża o rozmowę. Spotkali się w kawiarni, zamówili kawę. Powiedziała, że przebacza mu i prosi, żeby on też jej wybaczył. — Uważałam, że z mojej strony także nie wszystko było w porządku.

Mówi, że zrobiła to dla nich obojga. — Nie chciałam, żeby niszczyły mnie nienawiść i poczucie krzywdy. Dziś nie czuję nienawiści ani goryczy.

Co odpowiedział jej Henryk?

— Był zaskoczony. Powiedział, że musi się zastanowić, czy wybaczy.

Gdyby zrozumiał swój błąd i chciał wrócić, przyjęłaby go z powrotem?

— Nie wiem, co wybierze Henryk. We mnie Pan Bóg buduje postawę otwarcia i gotowości. I daje wiarę, że jeśli jedność w naszym małżeństwie jest możliwa, to On nas do tego uzdolni.

Jednak zgadywać, co by było, gdyby… Krystyna nie chce. Nie lubi gdybania.

rekolekcji księdza Piotra:

Nieraz wyrzucałem Bogu, dlaczego mnie, kapłana, to akurat spotkało? Po jakimś czasie zrozumiałem, że Bóg w tych bolesnych doświadczeniach jest zawsze z nami.

Wiara

Gdyby nie wiara, Ewa nie wie, jak dałaby sobie radę. — Te comiesięczne spotkania to dla mnie wielkie wsparcie — mówi o mszach prowadzonych przez księdza Sławka. — Nie jestem już sama.

Wiara daje jej także siłę wtedy, gdy koleżanki śmieją się z jej poglądów na małżeństwo i mówią: „Jesteś głupia i naiwna”.

* * *

Jerzy przyznaje, że odstaje trochę od idei spotkań u księdza Sławka. Czasem ma wątpliwości, czy małżeństwo powinno wiązać ludzi na całe życie. — Panu Jezusowi chodzi przecież o dobro człowieka, a w małżeństwie nie zawsze jest dobro — twierdzi.

Przyznaje, że do kaplicy elżbietanek przychodzi bardziej jako kibic. Nie bardzo wierzy, żeby ktokolwiek wyleczył się tam całkowicie z traumy, którą przeszedł.

— Wszyscy przeżyliśmy katastrofę i szukamy z niej wyjścia — mówi. — A z katastrofy nie ma dobrego wyjścia.

Po chwili: — Tak. Jestem życiowym kaleką. I takim pozostanę już do końca.

* * *

To wiara pomogła Krystynie zrozumieć, że małżeństwo sakramentalne jest nierozerwalne. I że to coś więcej niż tylko związek dwojga ludzi. — To przymierze na całe życie, za którym stoi Pan Bóg wierny swoim obietnicom — mówi. — „Ten, który buduje prosto na krzywych liniach” — cytuje księdza Twardowskiego.

Czy Krystyna modli się za Henryka?

— Codziennie.

O co?

Żeby Jezus też do niego przyszedł.

Bunt

Ewa nie pogodziła się ze swoim losem. I się nie pogodzi. — Trudno przejść nad tym do porządku dziennego — mówi.

Nie ma w niej buntu. Raczej żal i strach przed byciem samą. Ewa nie ma złudzeń: — Kiedy moje dzieci się usamodzielnią i wyjdą z domu, zostanę sama. Tej drugiej osoby nie ma i nie będzie.

Dlatego Ewa boi się samotności na starość. Już teraz martwi się, że ominie ją wiele miłych rzeczy. — Najbardziej mi żal, jak widzę starszych emerytów, którzy na targu robią razem zakupy — mówi. — Wiem, że tego nie będzie w moim życiu.

* * *

Bunt? — zastanawia się Jerzy. — Nie, nie jestem buntownikiem.

Jerzy tylko z jedną rzeczą nie może się pogodzić: z tym, że Kościół gorzej traktuje rozwiedzionych, którzy wstąpili w drugi związek. — Wiem, że sakrament małżeństwa jest wielkim darem Boga — mówi. — Ale ludzie czasem zamieniają ten dar w niewolę. Coś, co miało być błogosławieństwem na całe życie, staje się kajdanami nie do zniesienia.

Jerzy sam doświadczył, że rozpad małżeństwa jest ciężarem na całe życie. — Nie ma powodu, żeby kogoś takiego karać jeszcze bardziej — mówi. — Bóg chyba tego nie chce.

Dlatego Jerzy ma żal do Kościoła, że odmawia komunii osobom, które zawarły powtórny związek. I nie przekonuje go wcale, że Kościół opiekuje się ludźmi żyjącymi w związkach niesakramentalnych. — Odmówić wierzącemu komunii, to tak jak wyprosić go z kościoła — mówi.

* * *

Krystyna codziennie na nowo zmaga się ze swoim losem. — Nie jest łatwo — przyznaje. — Na bieżąco rozwiązuję swoje problemy przez modlitwę.

Swoje doświadczenie przyrównuje do modlitwy Jezusa w Ogrójcu. — Bóg walczył ze mną, żebym przyjęła tę sytuację — mówi. — I codziennie muszę toczyć taką walkę w sobie.

O to, co ją w życiu spotkało, nigdy nie miała pretensji do Pana Boga ani nie pomstowała na swój los. Nie uważała też swojego małżeństwa za pomyłkę. — Gdybym tak myślała, to wszystko musiałoby w moim życiu być pomyłką. Dzieci też. To przecież nonsens.

Krystyna twierdzi, że jej bunt polega na czym innym. — Że to moje małżeństwo trwa w inny sposób niż wyznacza szablon. Mam poczucie, że płynę pod prąd i zawracam Wisłę kijem.

Imiona niektórych bohaterów reportażu zostały zmienione.

I nie opuszczę Cię
Stanisław Zasada

urodzony w 1961 r. – dziennikarz, reporter, absolwent polonistyki na UMK w Toruniu oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje m.in. z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Gazetą Wyborczą”. ...