Papierowy Chrystus
Oferta specjalna -25%

Dzieje Apostolskie

0 votes
Wyczyść

Nazarejczyka znam z paru ksiąg spisanych kilkadziesiąt lat po Jego śmierci. W jaki sposób mogę powierzyć swoje troski komuś, kogo znam tylko z literatury? Jak mogę rozmawiać z kimś takim? Czy nie mógłbym równie dobrze mówić do kartki papieru?

I don’t want to talk about Jesus,
I just want to see his face

The Rolling Stones, Exile on Main Street

„Powierzcie swoje troski Chrystusowi”, oto hasło niejednego współczesnego kaznodziei. Jest to hasło ryzykowne. Dlaczego? Bo istnieje ryzyko, że większość słuchaczy odpowie na to wezwanie obojętnością. Dodam jednocześnie, ryzykując oskarżenie o bezbożność, że ową obojętność doskonale rozumiem.

Kim jest dla mnie Chrystus? Jest postacią znaną wyłącznie z literatury. W taki sam akurat sposób jak — na przykład — Juliusz Cezar. Oczywiście jest też element przekazu ustnego, tzn. osoby, które znały Jezusa z Nazaretu osobiście, opowiedziały o Nim osobom, które Go nie znały, te z kolei przekazały tę informację dalej i w ten sposób przez pokolenia informacja ta dotarła do mnie, ale po pierwsze, o tej bezpośredniej sukcesji wiem tylko z literatury; po drugie, informacja przekazywana ustnie przez dwa tysiące lat uległaby prawdopodobnie poważnemu zniekształceniu. Dlatego też prawdą jest twierdzenie, że znam owego Nazarejczyka z paru ksiąg spisanych kilkadziesiąt lat po Jego śmierci.

W jaki sposób mogę powierzyć swoje troski komuś, kogo znam tylko z literatury? Jak mogę rozmawiać z kimś takim? Czy nie mógłbym równie dobrze mówić do kartki papieru?

Nie jest to bynajmniej pytanie bezpodstawne ani problem wyssany z palca. Ośmielam się nawet twierdzić, że coraz bardziej masowe zjawisko naszej cywilizacji: obojętność młodzieży wobec Kościoła, spowodowane jest nieumiejętnością odpowiedzenia sobie na to właśnie pytanie. Kaznodzieje tymczasem albo nie wiedzą o istnieniu tego pytania, albo próbują je odegnać, atakując posłańca, czyli oskarżając o bezbożność tego, kto formułuje takie pytania. Dodam, że próbę odegnania pytania również rozumiem, znalezienie bowiem odpowiedzi na nie jest tak trudne, że lepiej, aby nikt go nie zadawał. Odganianie jednak nic nie pomoże, pytanie będzie wracać. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że młodzież, spodziewając się reakcji obronnej zamiast odpowiedzi, nigdy tego pytania głośno nie sformułuje, dlatego powtórzę je: jak można powierzyć swoje troski komuś, kogo znamy tylko z literatury? Jak można komuś takiemu zaufać?

Oto pytanie podobne, nie mniej uprawnione i w takim samym stopniu odsuwane przez kaznodziejów: dlaczego miałbym ufać Jezusowi z Nazaretu, a nie na przykład Krisznie? Kriszna to przecież bardzo podobna postać i — jak Jezus — znana tylko z literatury. Bardzo podobna postać: Bóg Stworzyciel, który chcąc zbawić ludzkość, wciela się w postać ludzką i chodzi po ziemi. Zachodni badacze twierdzą wprawdzie, że opisane w Mahabharacie wydarzenia to jedynie legenda, ale nie są one bynajmniej legendą dla milionów hindusów. Co najwyżej, najlepiej wykształceni z nich będą argumentowali, że poemat jest może nieco podkolorowany, ale na pewno nie bardziej niż biblijna Księga Wyjścia. Dlaczego więc mamy ufać Jezusowi, a nie Krisznie? Można oczywiście natychmiast zadać pytanie odwrotne: dlaczego Krisznie, a nie Jezusowi, tyle że istota pytania pozostaje zasadniczo niezmieniona: jak mam powierzyć swoje troski komuś, kogo znam tylko z literatury?

Takie pytania to specyfika naszego czasu, sto lat temu mało kto je formułował. Frazesem jest stwierdzenie, że czasy się zmieniły. Warto się przyjrzeć w kontekście tego pytania, w jaki sposób się zmieniły.

Otóż sto lat temu większość mieszkańców Polski mieszkała na wsi. Duża część nie umiała czytać, a ci, którzy umieli, mieli bardzo ograniczony dostęp do jakiejkolwiek wiedzy humanistycznej. O Krisznie mogli coś wiedzieć indologowie na uniwersytetach, natomiast przeciętny mieszkaniec Europy, a już na pewno przeciętny mieszkaniec polskiej wsi, nic o nim nie wiedział. Nie znaczy to wcale, że był mało inteligentny albo że nie miał wiedzy, posiadał on, owszem, ogromną wiedzę rolniczą, ale główny impuls humanistyczny pochodził z Kościoła. Zarówno niepiśmienny, jak i piśmienny mieszkaniec wsi miał ogromny szacunek dla księdza właśnie ze względu na jego humanistyczną wiedzę; można powiedzieć, że księdzu ufał. Gdy więc ksiądz twierdził, że jest tylko przedstawicielem Chrystusa — mieszkaniec wsi ufał Chrystusowi. Wszelkie religijne potrzeby — mam tu na myśli nie rytuały pogrzebowe i ślubne, ale metafizyczną potrzebę każdego człowieka — skupiały się w Kościele. Piśmienny mieszkaniec wsi mógł coś ewentualnie przeczytać o Krisznie, ale nie mógł tej postaci w żaden sposób traktować jako równoważnej z Jezusem, a to z bardzo prostego powodu: informacja nie pochodziła od księdza z ambony.

Wieś sprzed stu lat cechowała też naturalna wspólnota. Mieszkańcy wsi spotykali się w kościele na nabożeństwach, ale nie tylko; byli razem praktycznie cały czas, spotykali się przy pracy i przy rozrywce, nikt przecież nie miał w domu telewizora. Fakt ten nie jest bynajmniej bez znaczenia dla rozważanego problemu.

Jest to być może obraz uproszczony i uogólniony, niemniej jednak (mam nadzieję) pozwalający zrozumieć istotę zagadnienia. Pomijając wszelkie stadia pośrednie, porównajmy ją z dzisiejszym stanem rzeczy.

Obecnie większość ludzi w Polsce mieszka w miastach, a jeśli (co wysoce prawdopodobne) sytuacja będzie się rozwijać jak na zachodzie Europy, to wkrótce będzie u nas podobnie jak w Wielkiej Brytanii, w której wieś w tradycyjnym rozumieniu przestaje istnieć. W promieniu kilkudziesięciu kilometrów od wielkich miast wsie są tak naprawdę rozproszonymi przedmieściami zamieszkanymi przez osoby dojeżdżające do pracy w mieście, a porozrzucane między nimi pojedyncze farmy to małe kapitalistyczne przedsiębiorstwa rolnicze niewiele mające wspólnego z tradycyjnym gospodarstwem chłopskim. Jaka jest rola Kościoła w mieście? Spotykają się w nim wierni. Spotykają się? Najczęściej siedzą obok siebie w ławce, potem się rozchodzą, nie wiedzą o sobie nic, nie znają swoich imion. Rozchodzą się do domów, w których mieszkają obok sąsiadów, których zwykle również nie znają. No, może kilku najbliższych, ale rzadko się zdarza, by znał się cały blok albo cała ulica. Prawdziwa wspólnota jest w pracy, tam się ludzie rzeczywiście znają, prowadzą wspólne przedsięwzięcie, muszą na siebie liczyć, ale ta wspólnota nie ma żadnego związku ze wspólnotą kościelną. Ani także — na marginesie — z rodzinną: zazwyczaj żona jedzie do pracy na jeden koniec miasta, a mąż na drugi.

A impuls humanistyczny? Tu również Kościół został zdetronizowany. Najpierw przez powszechną umiejętność czytania i ogólnie dostępną prasę. Później przez radio i telewizję, a ostatnio także przez Internet. Również przez powszechną dostępność wykształcenia. W porównaniu z Zachodem Polska ma może niski procent ludności z wyższym wykształceniem, ale jest on na tyle wysoki, by dużej części społeczeństwa ksiądz proboszcz wydawał się… no właśnie, niedokształcony. Żaden ksiądz nie może liczyć, że zyska autorytet tylko dlatego, iż jest księdzem, a obawiam się, że nierzadko popularny aktor w telewizorze może mieć większe poważanie. Czy zatem rozwiązaniem może być wejście Kościoła do mass mediów? Wcale nie jestem tego pewien, natomiast uważam, że dotychczasowe próby są raczej niezdarne. Telewizja dostarcza obecnie być może głównego impulsu humanistycznego, co jednak nie zmienia faktu, że jest to informacyjna sieczka i ksiądz w telewizorze jest tylko jednym ze skrawków w tej sieczce. Największe katolickie radio w Polsce zorganizowało może ruch społeczny zwartych szeregów, ale w pozostałej części społeczeństwa budzi niechęć, jeśli nie odruch wymiotny. To ma być kaznodziejstwo? Czy największe polskie radio katolickie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, jak można powierzyć swoje troski komuś znanemu tylko z literatury?

Skoro jest tak źle, to dlaczego jest tak dobrze? Dlaczego połowa ludności w Polsce chodzi regularnie do Kościoła, a w Anglii połowa katolików również? Czy nieunikniony jest rozwój sytuacji podobny do Kościoła anglikańskiego, gdzie zaledwie 10% jego członków uczęszcza regularnie na msze?

Nieunikniony nie jest, ale aby zrozumieć ten rozwój, warto się przyjrzeć motywom, które skłaniają ludzi do regularnego uczestnictwa w kościelnych obrzędach. Otóż, znów upraszczając, można stwierdzić, że są one dwojakiego rodzaju, pierwszym jest uwarunkowanie, drugim potrzeba metafizyczna. Uwarunkowanie może być bardzo różne. Może być negatywne, jak wpojona w dzieciństwie chęć uniknięcia niezadowolenia rodziców. Może być pozytywne, na przykład chęć wywołania przyjemnych uczuć kojarzonych — skoro pojawiają się one w wyniku obrzędów religijnych — z religią. Uwarunkowanie samo w sobie nie jest niczym złym, jest ono prawem przyrody, człowiek rozumny powinien jednak rozumieć jego działanie i je kontrolować. Zjawisko uwarunkowania może być równie pożyteczne i równie niebezpieczne jak ogień. Niebezpieczne staje się, kiedy to nie my kontrolujemy uwarunkowanie, ale ono wodzi nas za nos.

Oto przykład znany chyba wszystkim katolikom i znakomicie opisany przez Jamesa Joyce’a w Portrecie artysty w wieku młodym: odczucie oczyszczenia po spowiedzi. Jest to odczucie tak czyste i miłe, że… oczywiście chciałoby się mieć je częściej. Dlaczego nie regularnie, raz w miesiącu? Otóż dlatego, że sakrament ten został ustanowiony nie po to, by penitent miał przyjemne odczucia, ale by zmienił swe życie. Chrześcijaństwo ma być religią miłości, a jak to znakomicie ujął filozof (co prawda niechrześcijański, ale za to rodem z Polski) Martin Buber — miłość nie jest uczuciem. Uczucia to chemia we krwi, uczucia mogą towarzyszyć faktowi miłości, ale one z natury swej przychodzą i odchodzą, a miłość nie zna końca. Czy kiedy mówimy o miłości Boga do człowieka, mamy na myśli uczucia spowodowane działaniem hormonów we krwi? Oczywiście uczucia nie są czymś złym, one również są zjawiskiem przyrodniczym i przez rozumnego człowieka mogą być kontrolowane i kultywowane. Niebezpieczne stają się wtedy, kiedy to one rządzą człowiekiem.

Uwarunkowanie to jednak nie wszystko. Gdyby było ono jedynym motywem uczestnictwa w obrzędach religijnych, mielibyśmy do czynienia z muzeum etnograficznym. Tak właśnie etnograficznie widzi religię politycznie poprawna lewica na Zachodzie głosząca tolerancję wobec zachowań w zasadzie bezsensownych. Istnieje jednak drugi motyw, znacznie ważniejszy, jest nim potrzeba metafizyczna ukryta w każdym człowieku. Nie każdy jednak zdaje sobie z tego sprawę. I tutaj właśnie siedzi diabeł.

Przeżycie metafizyczne bywa często mylone z uczuciami towarzyszącymi obrzędom religijnym i chyba nie mniej często z konstrukcją intelektualną promowaną przez osoby kojarzone z religią. Nie jest ono ani jednym, ani drugim. Samo przeżycie jest nieprzekazywalne, można jednak w innych obudzić potrzebę takiego przeżycia czy też do niego doprowadzić, do tego jednak potrzebny jest język symboli religijnych. W sposób zupełnie naturalny każdy człowiek używa tego języka, w którym się wychował. Wszelkie obrzędy i inne zachowania religijne wprowadzone były przez tych, którym doświadczenie metafizyczne było nieobce w celu wywołania czy też pogłębienia metafizycznej potrzeby u innych. Czasy się zmieniają, zmieniają się obrzędy. W ewangeliach nie ma ani śladu przykazania „będziesz budował wspaniałe kościoły, a w tych kościołach będziesz celebrował msze we wspaniałej oprawie muzycznej”, a jednak w średniowieczu to właśnie robiono, w każdym mieście najwspanialszym budynkiem był nie bank, tylko świątynia, która skupiała uwagę całej społeczności na transcendencji. Była to wspaniała metoda — na owe czasy. Dziś najwyraźniej nie działa. Czasy się zmieniły.

W średniowiecznym mieście, podobnie jak na polskiej wsi sto lat temu, impuls humanistyczny pochodził głównie z Kościoła. Dziś nie jest tak ani na wsi, ani w mieście. Dziś dominują mass media. Czy więc ci, którym nieobce jest doświadczenie metafizyczne, powinni wkroczyć z całym impetem w środki masowego przekazu?

Ostrożnie! Tu również ukryty jest diabeł! Używając wszelkich narzędzi, należy najpierw dobrze zrozumieć ich działanie, by nie popełniać błędów takich jak uczeń czarnoksiężnika. Warto się najpierw przyjrzeć tendencji rozwojowej mediów. Był czas, kiedy ich głównym celem było dostarczanie informacji, by człowiek mógł na ich podstawie podejmować rozumne decyzje. Był czas, ale minął. Obecnie dostarczanie informacji to ledwie listek figowy, celem większości wydawców jest zwiększenie nakładu czy też oglądalności, a wykorzystywana jest do tego celu naturalna skłonność ludzi do zwracania uwagi (w obie strony: na siebie i na kogoś). Teatralizacja polityki, aktorzy wybierani na prezydentów, informacje o tym, co prezydent robi po godzinach z sekretarką, wypierające na daleki plan informacje o jego polityce, królująca w mediach popkultura — to wszystko obraca się wokół potrzeby zwracania uwagi i niczego więcej. Większość ludzi zaspokaja tę potrzebę w kręgu rodziny i bliskich znajomych. Jak każde naturalne zjawisko, może ona być wykorzystana, na przykład, jako motywacja do działań pożytecznych z innych względów. Trzeba ją jednak rozumieć oraz zdawać sobie sprawę, że jej przerost może być niszczący dla osobowości. Trzeba mieć świadomość, że chęć zwrócenia uwagi na siebie nigdy nie doprowadzi nikogo do doświadczenia metafizycznego, które jest w istocie zwracaniem uwagi na coś zupełnie innego.

O tym właśnie mówi Ewangelia. Ostrzeżenia przed faryzeuszami, którzy demonstrują swą pobożność na rogach ulic, tego właśnie dotyczą. Oni odebrali już nagrodę. Wiedzieli o tym również twórcy wspaniałej sztuki gotyckiej, katedr i tego wszystkiego, co w tych katedrach zgromadzono, i dlatego właśnie sztuka ta była anonimowa. Owszem, możliwa jest pokora tak wielka, że nie zaszkodzi jej sława i związana z nią atencja, ale po pierwsze — taka pokora nie zdarza się często, po drugie — nie pojawia się ona ot tak sobie z powietrza. Wymaga kultywacji nie mniejszej niż miłość trzydziestoletniego małżeństwa, dlatego lepiej przyjąć jako regułę unikanie nadmiernej atencji, a już na pewno sławy. Od tej reguły mogą być wyjątki, ale muszą one być dobrze uzasadnione.

Jeszcze parę pytań pod adresem rzeczywistości. Czy forowanie gwiazd katorocka jest wystarczającym uzasadnieniem zastosowania wyjątku od reguły? Czy nie jest to jedynie próba nowej indoktrynacji, lansowanie pod zmienionym szyldem przebojów typu O Nowej to Hucie piosenka? Efektem indoktrynacji jest co najwyżej uwarunkowanie. Czy uwarunkowanie może prowadzić do przeżyć metafizycznych? Czy przyjemne uczucie spowodowane piosenką o Jezusie jest bardziej metafizyczne od podobnego uczucia spowodowanego piosenką o — powiedzmy — Eleanor Rigby? Polacy są (podobnie zresztą jak Anglicy) generalnie odporni na indoktrynację. Na piosenkę o Nowej Hucie nie dali się nabrać. Jaka jest szansa, że dadzą się nabrać na piosenkę o Jezusie?

Może więc trzeba nie tyle dostosowywać się do mediów, ile stworzyć nową rzeczywistość? Pamiętajmy — twórcy katedr nie dostosowywali się do istniejących środków przekazu, ale tworzyli własne. Jaką więc mielibyśmy tworzyć rzeczywistość? Nie wiem, wiem natomiast, że przy jej tworzeniu trzeba rozumieć funkcjonowanie ludzkiego umysłu. Trzeba wiedzieć jak działa uwarunkowanie i chęć zwracania uwagi, a także jaka jest rola uczuć. Zadaniem bowiem kaznodziei nie jest ani indoktrynacja, ani wywoływanie uczuć, ale obudzenie potrzeby metafizycznej. Tylko ona bowiem może naprawdę odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Jezus? Jak mam ufać komuś, kogo znam wyłącznie z literatury? Jak mam z kimś takim rozmawiać? Czy nie mógłbym równie dobrze mówić do kartki papieru?

Papierowy Chrystus
Włodzimierz Fenrych

urodzony 10 maja 1955 r. w Poznaniu – absolwent historii sztuki na UAM w Poznaniu, obieżyświat, publikował w „Czasie Kultury”, „Spotkaniach” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor cyklu felietonów pt....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze