Posłuchajcie wyspy!

Posłuchajcie wyspy!

Bernard mówi, że godność uzdalnia człowieka do panowania nad stworzeniem, ale na cóż zda się nam zdobycie całego świata, skoro nie umiemy poradzić sobie z sobą samym.

Datę powstania traktatu św. Bernarda z Clairvaux O miłowaniu Boga tradycyjnie umieszcza się między rokiem 1126 a 1141. Jest on odpowiedzią Bernarda na — zdawałoby się — naiwne pytanie postawione mu przez wysoko postawionego w kościelnej hierarchii przyjaciela kardynała — diakona Emeryka, „kanclerza Kościoła rzymskiego”, jak czytamy w adresie traktatu. Pytanie zostało sformułowane tak: „Dlaczego i jak mamy kochać Boga?”. Wstęp traktatu wbrew pozorom nie stanowi koncertu kokieterii. Bernard potrafi napisać: „brak mi niezbędnej gorliwości i talentu” lub wyznać, że nie jest zdolny ani do modlitwy, ani do komponowania teologicznych rozpraw. Jest to bardzo wiarygodne świadectwo służby wspólnocie — wbrew wszelkim mniemaniom o sobie, doświadczeniu słabości i zmęczenia istnieje obowiązek wobec Kościoła, zadanie do wypełnienia, które może obnażyć moją niekompetencję, luki w wiedzy, odebrać resztki cennego prywatnego czasu — a zarazem jedną z pierwszorzędnych cech miłości skierowanej do wspólnoty jest dyspozycyjność.

Jak już pisałem w liście poprzednim: w ekosystemie Bernarda wszystko jest ważne i Wstęp traktatu jest tego właśnie dobrym przykładem — już na początku Bernard występuje w roli doświadczonego pedagoga, który wyjaśniając zadany temat, sam ubogaca siebie, potrafi nawet w tym zajęciu znaleźć przyjemność. Bądźmy również przygotowani podczas spotkania z Bernardem na powtórkę z życia chrześcijańskiego, pytania uwierające i zaproszenie do rachunku sumienia. W naszej sytuacji życia wspólnotowego Wstęp do traktatu być może ostro wyświetli bardzo rozpowszechnioną współczesną postawę konfrontacji z zaproszeniem, obowiązkiem i służbą: ucieczkę, stan paniki czy też uroczystą dymisję…

Logika Bożego daru

Istnieje wiele sposobów reżyserii traktatów, homilii, kazań mówiących o spotkaniu człowieka z Bogiem, ich wspólnym życiu, dramacie. Jednym z nich jest zaofiarowanie słuchaczowi skondensowanego obrazu, odpowiedzi już na początku dzieła. Jest to jakby zaproszenie do popatrzenia w słońce. Potem dopiero autor troszczy się o skrupulatną analizę zdarzenia, wyjaśnienie kolejnych etapów prowadzących człowieka do przekonania o prawdzie zjawiska. Tę metodę można nazwać metodą „uderzenia”, „prowokacji”, „zachwytu”. Inny klucz literacki przypomina mozolne wspinanie się ku szczytom z nadzieją na odsłonięcie się prawdy.

W traktacie O miłowaniu Boga św. Bernard wybiera pierwszy model. Na pytanie, dlaczego Bóg zasługuje na naszą miłość, odpowiada słowami św. Pawła z Listu do Galatów (Ga 1,4): „Zaiste, zasługuje ze wszech miar, ponieważ »samego siebie złożył w ofierze«”. Próbujmy z całą uwagą odebrać ten komunikat Bernarda. W tym krótkim, lecz potężnym treścią cytacie zawarta jest cała teologia opata z Clairvaux. Bóg i człowiek skazani są na życie w swojej obecności, ta wspólnota życia ufundowana jest na ich wzajemnym podobieństwie („na obraz i podobieństwo ich stworzył”). Wydaje się, że dla Bernarda najważniejsza jest ich wspólna cecha: zdolność i potrzeba ekstazy… Ekstazy, czyli wyjścia z samego siebie, zdolności i pragnienia bezwarunkowego uczestniczenia w kimś drugim.

Wcielenie Syna Bożego odwraca starożytny porządek, w którym królowała zasada, że to mniejsze zawsze uczestniczy w większym, nigdy odwrotnie. Uczestnictwo „w większym” mogły zapewnić odbywane misteria. Z Chrystusem to Absolut schodzi ku stworzeniu. Zdolność i potrzeba ekstazy, zdolność uczestniczenia w drugim, ofiarowanie się mu wskazuje na fundament Bożego i ludzkiego życia — a jest nim dar! Boży dar z siebie budzi w człowieku zapomnianą miłość, człowiek jest wstrząśnięty zaburzeniem starej logiki życia, ekstaza Boga pobudza ekstazę człowieka. Antropologia Bernarda właściwie może być więc streszczona przy użyciu dwóch słów: akcji i reakcji. Pytajmy wciąż jeszcze, dlaczego św. Bernard, mówiąc o darze, wskazuje Chrystusa na krzyżu?! Dlaczego tak wstrząsający obraz — tajemnica? Myślę, że jest to naprawdę jedyna pedagogiczna polemika z naszą logiką daru. Usiłowałem kiedyś przedstawić ją w sześciu punktach.

  1. Zgodni jesteśmy, że coś takiego jak dar istnieje, ale nas nie dotyczy lub też nie jesteśmy zadowoleni z tego, co otrzymaliśmy. Został nam on udzielony w proporcji niewystarczającej. To inni posiadają właśnie to, czego tak mi potrzeba i czego mi brakuje. Tak, jestem zadowolony, ale pragnę nie mieć konkurencji, zdolny jestem nawet do aktywnej eliminacji ludzi jako „potencjalnego zagrożenia”.
  2. Nie znoszę, kiedy mówi mi się, że dar zawsze jest zadaniem, a ja jego skromnym depozytariuszem. Skoro dar jest zadany, składam rezygnację swoimi postawami: „nie chcę”, „nie mogę”, „nie jestem dostatecznie przygotowany do podjęcia takiego ciężaru”, „nikt nie ma prawa mieszać się do moich prywatnych obowiązków”.
  3. Dar zawsze przewyższa moją imaginację, dlatego mogę nim również pogardzić, mogę przejść obok niego obojętnie. Przykład ludzi oczekujących na tzw. „prawdziwe życie”, miejsce w społeczności, na które „naprawdę zasługują”.
  4. Życie z darem jest wymagającą szkołą niepewności. W tej niepewności, również często w opozycji do przygodnych obserwatorów, bliskich, ludzi próbujących przychwycić mnie na niekonsekwencji — muszę podjąć ważką decyzję. Każdy może zadać sobie to pytanie, co zrobiłem z darem. Darem wolności, darem II Soboru Watykańskiego, darem przyjaźni etc.?
  5. Dar z natury swojej jest dynamiczny, dlatego muszę pielęgnować go i rozwijać zgodnie z jego naturą — dar jest dynamiczny w tym znaczeniu, że wychodzi na spotkanie innego daru, chce się udzielać dalej i wzbogacać przez tworzenie „wspólnoty darów”, która naturalnie będzie zwracać się do Jedynego Dawcy. Dar pragnie pełni, czyli pragnie „występować razem”!
  6. Na dar w jakimś sensie nałożona jest asceza. Asceza daru nie polega na odmawianiu mu znaczenia, chowaniu pod korcem — asceza daru polega przede wszystkim na uczynieniu go bezbronnym — tak, aby odsłonięty i wolny od argumentów mógł działać cierpliwie mocą samej prawdy w postawie przyjmowania i wdzięczności za każdy okruch dobra, a nawet sytuacji złych, poniżających, dotkliwie raniących.

Godność, wiedza, cnota

Bóg przez swoje działanie odsłania swoją tajemnicę. Bóg jest nieskończonym darem z samego siebie. Jest to dar prawdziwie doskonały. Zdaniem Bernarda, pełnia ta wyraża się bardzo konkretnie: przez różnorodność materialnych i duchowych darów „złożonych” przez Boga człowiekowi oraz przez brak ekskluzywizmu w Bożej miłości. Wszyscy są obdarzeni, choć na różny sposób. Bernard stara się zakreślić uniwersum odbierające Boży dar: są nim ludzie jeszcze Chrystusa nieznający (poganie) i ludzie starający się Go naśladować. Ziemia pełna jest znaków Bożej dobroci, choć oczywiście człowiek bardzo szybko przyzwyczaja się do rzeczy i spraw napotykanych codziennie od zarania życia.

Jednak świat stawia zawstydzające pytania. Bernard mówi o dobrodziejstwach „uchwytnych dla oka”, takich jak chleb, słońce, powietrze. „Są one powszechne, ale jakże ważne i niezbędne w życiu doczesnym”. Sprawy zdają się ewidentne. Istnieje wszak jedna niepewność — sytuacja ludzi głodnych, zrozpaczonych, pozbawionych „wolnego oddechu”. Jak już pisałem, Bernarda należy czytać „interaktywnie”, bez lęku podejmować ukryte w tekście pytania. Skoro Bóg udziela „zwykłych” darów, a ja jestem Mu podobny, co dzieje się z moim byciem jak chleb, słońce, powietrze?

 Nie odpowiem na to pytanie, jeśli nie docenię i nie odzyskam w sobie darów „wznioślejszych”, a są nimi według św. Bernarda godność, wiedza, cnota. Terminy te domagają się wyjaśnienia, gdyż inaczej są kojarzone współcześnie niż za czasów Bernarda, a przy tym stanowią o naszym człowieczeństwie.

Bernarda urzeka w człowieku właśnie jego „oddzielność” od świata natury — nazywa to „szlachetnością”; to, co stanowi o godności człowieka, o jego inności — to właśnie wolna wola. „Godnością człowieka nazywam wolną wolę” — mówi Bernard. W człowieku złożona jest zdolność wyboru dobra i zła, nikt nie może za mnie chcieć, za mnie wybierać. Bernard mówi, że godność uzdalnia człowieka do panowania nad stworzeniem, ale łatwo daje się wyczuć w tym zdaniu ironię: na cóż zda się nam zdobycie całego świata, skoro nie umiemy poradzić sobie z sobą samym. To znak głupoty według Bernarda — posiadam dar i nie wiem, że posiadam.

Stąd też godność swoją należy rozpoznać — służy temu dar nazwany u Bernarda „wiedzą”. „Wiedza — pisze opat z Clairvaux — polega na poznaniu ludzkiej godności”. Nie tylko chodzi tu o „wiadomość”, wiedzę teoretyczną, ale może nade wszystko o „eksperyment” — tak drogi sercu Bernarda, doświadczenie właśnie tego potencjału w sobie przez konfrontację z sytuacjami doświadczającymi naszą wolność. Zwycięstwo w doświadczeniu czy też upokorzenie przegranej każą postawić pytanie o źródła naszej wolności: dlaczego „skazani” jesteśmy na tak przekraczające nasze możliwości wybory? Dar wiedzy zdaje się owocem walki, zmagania, człowiek zadaje pytania Hioba, opłakującej swoje dzieci Rachel z Rama, ale też jest patriarchą Jakubem mocującym się zwycięsko z Bogiem. „Wiedza pozwala dostrzec naszą godność i wszelkie dobra znajdujące się w nas”, ale także mówi, że nie pochodzą one od nas. Myślę, że u Bernarda dar wiedzy jest siłą stawiającą nas w obecności Boga, tym impulsem, światłem Ducha Świętego, który każe widzieć mnie i Boga nie osobno, ale we współpracy, solidarności, wzajemnej „odpowiedzialności”, właśnie obecności, która nigdy przez Boga nie będzie cofnięta.

 Istnieje jeszcze jeden rejon duchowy człowieka, sfera wypełniona pragnieniem Boga, ciążeniem ku Stwórcy, ambicją znalezienia Go, „zdolnością Boga”. Bernard używa na określenie tego daru słowa „cnota”. „Cnotą wreszcie jest wytrwałe szukanie Tego, od którego pochodzi życie, i trwałe posiadanie, kiedy się Go znajdzie”. Nazwałbym ten dar darem uczenia się miłości, jej pielęgnacji i wiernego prowadzenia się w jej obliczu, w jej obecności. Dar ten można też nazwać krócej: „antykrzywda”. Krzywdą jest zapominanie o Bogu, traktowanie Go jako kłopotliwego świadka, lub — co gorsza — konkurenta. Zdaniem Bernarda, ta krzywda wyraża się przez postawę próżnej chwały, chełpliwości, zapewne jest to też ukryta forma rozpaczy stowarzyszonej prawie zawsze z samowystarczalnością. Nie rozumiem przy tym samowystarczalności tylko jako pysznego przypuszczenia, że „nigdy się nie zachwieję”, że wszystko leży w zasięgu moich możliwości i że pożądana przyszłość jest czasem, który sam sobie potrafię ofiarować. Samowystarczalność jest krzywdząca, gdyż zawiera w sobie również bezbrzeżną a irytującą naiwność charakteryzującą niekiedy młodych kochanków: spontaniczność zostaje w związku podniesiona do rangi domowego bóstwa, uczucie z pozoru obiecuje pokonanie wszelkich potencjalnych przeszkód, a rachunek sumienia przykrojony jest do tropienia „autentyczności i naturalności”.

Bernard pochodzi jednak ze szkoły św. Benedykta, który twierdzi, że powinniśmy pójść do szkoły. Szkoły wytrwałości i służby, które zawsze są świetnym lekarstwem na wszelkie rodzaje duchowego i nie tylko narcyzmu, hipochondrii i uwodzicielstwa. Sprawy bowiem człowieka i Boga są zbyt poważne i obliczone na długi dystans, żeby beztrosko wystawiać je choćby na pastwę naszych nastrojów, chęci czy niechęci, jak też dramatycznych a sentymentalnych oświadczeń o śmierci miłości i naszym mistycznym „odkochaniu się”.

Posłuchajcie wyspy!
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz.W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...