Pielgrzymka
fot. abbas malek hosseini / UNSPLASH.COM

1. Życie człowieka jest pielgrzymowaniem do Boga — tego wyrażenia nie używa się dzisiaj. Zniknęło zarówno z języka mówionego, jak pisanego. Bo zakłada ono, że ten świat, tutaj, nie jest taki ważny. Że nie są ważne osiągnięcia, władza, pieniądze, stanowisko. To, co jest naprawdę ważne, co stanowi o wartości człowieka, więcej: o jego wielkości — to sfera duchowa, dążenie do Boga, zbliżanie się do Niego aż do chwili, w której stanie się przed Nim.

Ten świat, przywiązanie do niego — zawsze stanowił przeszkodę w drodze do Boga. Teraz — stanowi przeszkodę o wiele większą. Dlatego, że człowiek umieścił niejako swoją wartość, umieścił swoją wielkość poza sobą: umieścił ją w konstruowanych przez siebie maszynach, w osiągnięciach swojego wąsko pojmowanego rozumu.

One właśnie — namacalne, widoczne, poruszające się, generujące ruch, przesyłające obrazy, słowa i dźwięki na wielką odległość, mają świadczyć o wielkości człowieka. I — pozornie — świadczą o niej: są w ciągłym, nieustannym niemal ruchu. Najważniejszą bowiem cechą tworzonych współcześnie maszyn, urządzeń, aparatur jest ruch . Ruch — błyskawiczny chociaż daleki jeszcze od tego, jaki zachodzi w mózgu ludzkim — odbywa się w komputerach, w urządzeniach telewizyjnych i radiowych, w środkach transportu, w każdej niemal tworzonej współcześnie złożonej aparaturze technologicznej.

A zatem człowiek — chociaż jest to ukryte w głębokich warstwach podświadomości — staje się niemal równy Bogu, tworzy rzeczy nieożywione co prawda, lecz takie, których główną cechą jest dokładnie to, co stanowi istotę życia: ruch.

Bóg stworzył życie będące ciągłym ruchem, ciągłym, nieustającym procesem — i człowiek również tworzy to, co jest w ruchu i ruch wytwarza. Ludzie nie tworzą już tylko statycznego świata budowli, akweduktów, mostów, naczyń, narzędzi poruszanych siłą mięśni — tworzą przede wszystkim świat dynamiczny, pełen ruchu. Jest on nieporównanie bardziej wciągający, nieporównanie bardziej fascynujący niż ten poprzedni, statyczny.

Wciągający i fascynujący dlatego także, że człowiek ma nad nim władzę. Trudno bowiem powiedzieć, język potoczny nie zna takiego wyrażenia, że ma się władzę nad budowlą, piramidą, akweduktem czy utwardzoną drogą. Lecz nad poruszającą się lub wytwarzającą ruch maszyną — tak. W potocznym języku funkcjonuje tu to właśnie słowo: władza, panowanie. Nad pojazdem, statkiem, maszyną, komputerem — niemal wszystkim, czego ruch można wzbudzić, zatrzymać lub pokierować nim.

Przy czym pół kroku tylko, zdaniem niektórych uczonych: pozornie pół kroku, dzieli człowieka od klonowania ludzi, czyli, w pewnym sensie — od tworzenia ludzi. Konieczna jest jedynie w tym celu żywa komórka, której człowiek stworzyć nie potrafi.

Wydaje się — tak, że niekiedy trudno temu wrażeniu się oprzeć — iż granica między Bogiem a człowiekiem staje się coraz mniej wyraźna. Tak, jak gdyby malała przestrzeń dzieląca Stwórcę, jakim jest Bóg, od twórcy, jakim jest człowiek. Jeśli zaś maleje ta przestrzeń, to jest tak, jak gdyby w podświadomym, ludzkim odczuciu Bóg stawał się coraz mniejszy, a człowiek — coraz większy.

W tej sytuacji słowo „pielgrzymowanie” traci sens: Człowiek–twórca, homo creator tworzący dynamiczny, tętniący ruchem, pulsujący pseudo–życiem technologiczny świat wokół siebie, świat, nad którym ma pełnię władzy — może odwiedzać Boga, nie zaś pielgrzymować do Niego. Różnica między tymi dwoma czasownikami jest taka, jak między rozumem wąsko pojmowanym, czyli rozumem dyskursywnym, a rozumem pojmowanym szerzej, czyli w terminologii sanskryckiej, rozumem przebudzonym. Ten pierwszy — nie zna pokory, dla tego drugiego stanowi ona siłę, gdyż wyraża realnie istniejący stan rzeczy.

2. Życie człowieka jest pielgrzymowaniem do Boga — jest nim, staje się nim wtedy, gdy człowiek odkrywa istniejącą w jego psychice zawsze istniejącą sferę duchową. Gdy odkrywa to, co wielkie religie świata nazywają różnie: duchem w chrześcijaństwie, atmanem w hinduizmie, Pierwszą Sefirą w mistyce judaistycznej, Sercem, czyli Tronem Miłosiernego w islamie, Wewnętrzną Mądrością w buddyzmie Theravada, lecz co jest tym samym — iskrą Bożą w człowieku. Mówiąc w przenośni: płomieniem, który rozświetlić może — jeśli się go odkryje, jeśli usunie się wszystko, co go przesłania — całą sferę duchową człowieka.

Pielgrzymowanie do Boga — to właśnie stałe odkrywanie tej sfery, rozjaśnianie jej. Im staje się ona jaśniejsza, im większa, tym bardziej człowiek dostrzega, że to jest właśnie on sam, że największą wartością, jaką może osiągnąć, jest on — lecz w tym i tylko w tym znaczeniu. Wtedy zapomina się o sobie, po prostu: nie zwraca się na siebie uwagi. Wtedy zbliża się do Boga i zbliża się do ludzi, stara się to czynić, gdyż nie ma innej drogi, by odkryć siebie takiego, jakim się jest.

Trudność polega na tym, że to, co zostało wyrażone powyżej, jest zrozumiałe dla ludzi, którzy są już w drodze, którzy wiedzą, na czym ona polega. Natomiast dla tych, którzy utożsamiają się ze swoim rozumem dyskursywnym, ze swoim dyskursywnym intelektem — to nie jest ani jasne, ani zrozumiałe. To są słowa bez pokrycia, bez rzeczywistości, która stoi za nimi.

Prawdopodobnie istnieje w psychice ludzkiej jakiś pomost, jakieś połączenie między rzeczywistością duchową a rzeczywistością tego świata. Dawniej wyrażało się ono powszechnie w sztuce: poezji, prozie pięknej, malarstwie, muzyce, architekturze. Współcześnie jednak nie potrafiliśmy go znaleźć. Jeśli zaś znajdujemy, to okazuje się tak kruche, że wali się przy pierwszym silniejszym nacisku.

W rzeczywistości duchowej — w tej, w której aktywny jest rozum przebudzony, o bardzo szerokim horyzoncie spojrzenia — miłość jest na planie pierwszym. I nie może być inaczej, jeśli człowiek ma się zbliżać do Boga, jeśli ma dostrzec w sobie samym to, co stanowi o jego wartości jako człowieka.

Rozum dyskursywny nie zna ani miłości, ani żadnych uczuć: jest poza nimi. Stanowi jedynie narzędzie do rozwiązywania problemów, do osiągania celów stawianych przez to dążenie czy pragnienie, z którym człowiek się w danej chwili utożsamia, które ogarnia — ściślej: zagarnia — całą jego świadomość.

Z dokładnej analizy ludzkich działań wynika, że człowiek funkcjonuje często — nie zdając sobie z tego sprawy — w sposób niemal paradoksalny: rozum dyskursywny, mający przesądzać o wartości człowieka, staje się serwomechanizmem służącym realizacji celów wytyczanych niezgodnie z rozumem, w sposób irracjonalny.

Trudno się zatem dziwić, iż zdarzają się sytuacje, jakich wiele było i jest nadal w tym szczególnie stuleciu, że rozum dyskursywny zamiast być narzędziem twórczym — staje się narzędziem niszczącym: rozumem destruktywnym. I to w takim stopniu i w takiej skali, że ludzie stają przed samymi sobą przerażeni, do jakich głębin zła zdolni są dojść. Jakie piekło zdolny jest stwarzać rozum destruktywny.

W pielgrzymowaniu przez życie do Boga — nie ma na to miejsca. W sferze duchowej człowieka zawsze odpłaca się dobrem za zło, chlebem za kamień. Tego nauczał Mistrz Mądrości, jakim był Chrystus, który został ukrzyżowany i zmartwychwstał. Lecz rozum dyskursywny — a raczej to dążenie człowieka, jakiemu służy on obecnie — odrzuca realność tego faktu, odrzuca Jego przesłanie i traktuje je jako jeden z wielu mitów. Trudno, aby było inaczej, gdyż świadomość człowieka, jeśli związana jest z tym tylko światem, ograniczona do rzeczywistości tego świata — nie jest w stanie pojąć tego, co, mimo że dotyczy życia w tym świecie, należy jednak do innej sfery rzeczywistości: duchowej.

3. Pielgrzymując przez życie do Boga człowiek coraz wyraźniej dostrzega rzeczywistość duchową, coraz bardziej odkrywa siebie w sensie duchowym. Ma zatem coraz większy dystans do rzeczywistości świata, zdaje sobie sprawę, czemu służy obecnie technologia w potocznym sensie tego słowa i czemu służyć powinna, jeśli ludzie mają żyć razem na jednej Planecie. Zdaje sobie również sprawę z tego paradoksalnego stanu rzeczy, jakim jest „zawrót głowy od rozumu”, któremu ulega współcześnie wielu ludzi.

Jeśli świat jawi się obecnie jako trudny, wręcz niemożliwy do zrozumienia, jeśli człowiek gubi się w nim — to dlatego także, że ludzie na ogół nie uświadamiają sobie wyraźnie, jaką rolę odgrywa w ich życiu ten nierozdzielnie związany z ruchem, trudny do uchwycenia czwarty wymiar: czas. Rzadko dostrzega się to, co stanowi jedną z głównych, lecz niewidocznych na pierwszy rzut oka cech cywilizacji współczesnej: kolizję czasów. Dokładniej: niewspółmierność czasu ludzkiego, ludzkich procesów biofizycznych, chemicznych i psychicznych — i czasu technologii: wytwarzanych przez człowieka maszyn, aparatury, urządzeń znajdujących się bądź w ruchu, bądź generujących ruch.

Można to nazwać cudem natury lub cudem Boskim, że procesy biofizyczne i chemiczne w człowieku oraz jego procesy psychiczne, świadome i podświadome myśli, odczucia, wyobrażenia, pragnienia — są wzajem ze sobą ściśle skorelowane. Tak ściśle, że możemy mówić zasadnie nie o wielu różnych czasach, lecz o jednym: ludzkim. Ściśle również skorelowanym z czasem przyrody ożywionej.

W pseudożyciu, jakim jest współczesna technologia — brak tego cudu. Stąd istnieje w technologicznym życiu wiele czasów różnych, i wzajem ze sobą nie skorelowanych. Umownie tylko można je nazwać czasem technologicznym.

Czas technologiczny ma na człowieka tak silny wpływ, tak silną presję wywiera na całą psychikę ludzką, zwłaszcza na podświadome procesy myślowe — że człowiek gubi się w nim. Odczuwa, że — jakoś, bo nie jest to sprecyzowane — nie może nadążyć, nie może wytyczyć spokojnie własnych celów, gdyż jego czas, czas człowieka, pozostał daleko w tyle.

Dlatego władca technologicznego życia staje się niepostrzeżenie tym, który je obsługuje. Paradoksalnie — gdyż życie technologii jest życiem z pozoru — to ono właśnie, opanowując świadomość człowieka, wyznacza cele, często sprzeczne lub niezgodne wzajem ze sobą.

Z tej sytuacji, jeśli człowiek nie ma zginąć — a gatunek ludzki ma prawdopodobnie jakiś zakodowany zbiorowy instynkt samozachowawczy — jest tylko jedno wyjście: człowiek musi, i jest to konieczność, podporządkować sobie to, co sam stworzył: technologię. Musi wyznaczyć jej miejsce i cele, chociażby nawet miała być tysiąckroć doskonalsza niż jest obecnie.

Człowiek jest w stanie to uczynić, może to uczynić — pod warunkiem, że mówiąc w przenośni, opanuje czas technologii, podporządkuje go sobie. Nie bez powodu w wielu do dziś trwających kulturach czas ma wymiar metafizyczny: opanować czas danego obszaru rzeczywistości, to znaczy opanować ją samą.

Sfera duchowa w człowieku — i tylko ona — zawiera w sobie zarówno czas ludzki, czas technologiczny, jak też wszelkie wymiary czasu, istniejące we Wszechświecie. I nie jest tak, że ludzie o tym nie wiedzą: wiedzą, lecz nie w pełni świadomie. Podświadomie, powoli, niekiedy chaotycznie jeszcze, lecz wyraźnie zaczynają się zwracać w tym właśnie kierunku: ku sferze Ducha. Zaczynają Go w sobie odsłaniać, zaczynają widzieć, że On nie jest abstrakcją — jest siłą, która pozwala spojrzeć z dystansu na całość ludzkiego świata, pozwala działać w nim tak, aby stawał się naprawdę ludzki: w sensie dodatnim.

Prawdopodobnie możliwości człowieka — w tym zakresie również — są bardzo duże. Znaczy to, że człowiek może być znacznie większy swoją wielkością wewnętrzną, nie zewnętrzną. Tej wielkości wewnętrznej, w głębszym niż funkcjonującym potocznie znaczeniu słowa „wielkość”, nie można osiągnąć bez miłości i bez pokory, bez znajomości ograniczeń ludzkiego rozumu.

Wiele przesłanek wskazuje na to, że zaczyna otwierać się przed ludźmi droga — w tym świecie również — jakiej dotychczas nie dostrzegali. Nie sposób jednak przewidzieć, czy zechcą nią pójść.

Jeśli wybiorą tę drogę — to wtedy znów zaczniemy pielgrzymować przez życie do Boga, lecz z nieporównanie większą niż poprzednio wiedzą o tym świecie, ze świadomością własnej w nim roli i własnej za niego odpowiedzialności.

Pielgrzymka
Jarosław Rudniański

(ur. 1 lipca 1921 r. w Warszawie – zm. 18 kwietnia 2008 r.) – Jarosław Henryk Rudniański, polski filozof, psycholog, prakseolog, prof. Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. W czasie II wojny światowej więzień gułagu, a nas...