Kościół w połowie drogi
fot. zohre nemati / UNSPLASH.COM

Kościół w połowie drogi

Oferta specjalna -25%

Źródła sporu o Amoris laetitia

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Sprawa duszpasterstwa małżeństw niesakramentalnych, zarysowana w pierwszych tegorocznych numerach „W drodze” wskazuje na istotny problem, który domaga się wyraźnego zarysowania i rozwiązania.

Problem ten ujawnia się w przypadkach, gdy ludzie żyjący w powtórnych, niesakramentalnych związkach, przeżywszy swoiste nawrócenie, pragną pogłębiać swoją relację z Bogiem w Kościele. Ludzie ci — na co wskazują „głosy z Duszpasterstwa Małżeństw niesakramentalnych” zamieszczone w „W drodze” (2/98) — „świadomie pogłębiają swoją wiarę”, zależy im bardzo na osobistym spotkaniu Boga, odczuwają też głód sakramentów; swoje życie rodzinne, często w przeciwieństwie do małżeństw sakramentalnych, starają się „budować na fundamencie Ewangelii”1.

Kościół ze swej strony wspiera ich dążenie do Boga, umożliwia zaangażowanie się w rozmaitego typu wspólnoty, zachęca do modlitwy, a nawet uczestniczenia we Mszy i Komunii duchowej, jednak bez pełnego uczestnictwa w Eucharystii i życiu sakramentalnym2. Wielu „niesakramentalnych” godzi się z takim stanowiskiem Kościoła i uznaje, że „trzeba szukać innych dróg zbliżających nas do Pana Boga, bo na tym nam najbardziej zależy”. Wielu jednak czuje się skrzywdzonych i potraktowanych przez Kościół niesprawiedliwie. Jerzy Grzybowski zauważa, że często takie poczucie niesprawiedliwości bierze się z „technicznego” rozumienia Komunii św., jako jedynie pewnego sposobu uczestnictwa w życiu wspólnoty i zwraca uwagę, że należy „szukać Jezusa, a nie «przystępowania do Komunii św.»”3. Postulaty Jerzego Grzybowskiego są całkowicie słuszne. Lecz moim zdaniem należy się zastanowić, czy u podstaw kościelnej praktyki duszpasterskiej małżeństw niesakramentalnych nie leży teologiczna niespójność, odpowiedzialna także i za błędne rozumienie sprawy przez poszczególnych wiernych.

Kościół bowiem nie dopuszcza ludzi żyjących w niesakramentalnych związkach do sakramentów, ponieważ uważa, że zerwanie przez nich sakramentalnego małżeństwa i zaangażowanie się w nowy związek jest grzechem i to ciężkim. Ludzie żyjący w takich związkach są więc traktowani jako trwający w stanie grzechu śmiertelnego.

Lecz co to znaczy trwać w stanie grzechu ciężkiego? Można sprawę ująć od strony prawniczej i powiedzieć, że trwać w grzechu to permanentne, świadome i dobrowolne przekraczanie ważnych przepisów prawa Bożego i kościelnego. Lecz choć grzech posiada i ten aspekt, takie wyjaśnienie pomija istotę problemu. O grzechu jest sens mówić tylko tam, gdzie w grę wchodzą relacje osobowe: do Boga i do innych ludzi. Grzech więc „jest brakiem prawdziwej miłości względem Boga i bliźniego” (KKK, 1849). Grzech śmiertelny „niszczy miłość w sercu człowieka”, a grzech powszedni, choć „pozwala trwać miłości, (…) obraża ją i rani” (KKK, 1855). Grzech śmiertelny jest więc w swej istocie w pełni świadomym i całkowicie dobrowolnym odwróceniem się od Boga (por. KKK, 1855, 1857). Trwanie w grzechu śmiertelnym wyklucza wszelką modlitwę. św. Grzegorz z Nyssy pisał, że kto trwając w grzechu ciężkim mówi „Ojcze nasz”, modli się do szatana4.

Jeśli więc Kościół uznaje, że nawrócenie ludzi żyjących w związku niesakramentalnym jest szczere, że szczere jest ich pragnienie Boga i pojednania z Kościołem, tak, że zaleca im modlitwę, udział we Mszy, a nawet mówi o Komunii duchowej, tym samym uznaje, że ludzie ci nie trwają już w stanie grzechu ciężkiego. Ustaje zatem przeszkoda, dla której nie mogli oni uczestniczyć w pełni w Eucharystii i w życiu Mistycznego Ciała Chrystusa.

Duszpasterskim problemem jest kryterium szczerości nawrócenia. Kościół głosi, że tylko ci, którzy, uznając nierozerwalność sakramentalnego małżeństwa, decydują się na życie bratersko–siostrzane, a więc nie sprzeciwiające się zawartemu kiedyś sakramentowi, mogą uczestniczyć w Eucharystii w pełnym wymiarze5. Lecz co z tymi, którzy nie są w stanie owego wymagania pojąć lub wypełnić? Sądzę, że są dwa wyjścia. Można uznać, że ich nawrócenie nie jest szczere, że trwają oni nadal w grzechu śmiertelnym. Lecz wtedy mówienie im o budowaniu życia na Ewangelii, o modlitwie i Komunii duchowej jest uczestnictwem w ich zakłamaniu i podtrzymywaniem ich iluzji. Można też uznać, że ich nawrócenie jest szczere, iż łamią oni Boże Prawo bez pełnej świadomości lub całkowitej zgody, a więc, że nie trwają w grzechu śmiertelnym. Dlaczego wtedy nie dopuszczać ich do Stołu Pańskiego, przy którym Pan oświeca ludzkie umysły i wzmacnia wolę? Z pewnością rozstrzygnięcie pomiędzy tymi możliwościami musi być indywidualne w każdym poszczególnym przypadku. Lecz tertium non datur. Praktyka Kościoła zachęcającego do Komunii duchowej, a nie dopuszczającego do Eucharystii nie opiera się na prawdzie.

Kościół broni swojej praktyki powołując się na motyw duszpasterski: dopuszczenie do Eucharystii rozwiedzionych, żyjących w powtórnych związkach „wprowadzałoby — wedle tego poglądu — wiernych w błąd lub powodowałoby zamęt co do nauki Kościoła o nierozerwalności małżeństwa”6. Stąd poddanie się dyscyplinie Kościoła przez ludzi uważających w sumieniu, iż w ich przypadku nic nie stoi na przeszkodzie do pełnego uczestnictwa w życiu sakramentalnym, jest nawet traktowane jako „cierpienie dla sprawiedliwości”, gdzie ową sprawiedliwością jest orędzie o małżeństwie chrześcijańskim7. Sądzę jednak, że taka praktyka Kościoła wikła Go w następną sprzeczność i prowadzi do zamętu nie tylko co do Jego nauki o małżeństwie.

Zamęt, o którym myślę, dotyczy natury grzechu i ekonomii sakramentalnej. Obecna praktyka Kościoła wspiera jurydyczną koncepcję grzechu rozumianego jako przekroczenie przepisu prawa. Ujęcie takie odrywa kwestię moralności od wrodzonego człowiekowi pragnienia szczęścia i rozwoju, od najgłębszych relacji międzyosobowych, zwłaszcza miłości (tak Boga, jak i ludzi). Kościelne nauczanie o grzechu zaczyna się wtedy jawić jako bezduszny formalizm, który coraz mniej wiąże się z najistotniejszymi sprawami życia. Podobnej formalistycznej redukcji zaczyna ulegać nauka o ekonomii sakramentalnej. Sakramenty zaczynają być odbierane jako zewnętrzny rytuał, w którym można brać udział — ze względu na zewnętrznie rozumianą przynależność do pewnej społeczności czy nawet organizacji — po uprzednim wypełnieniu określonych prawem przepisów.

Jerzy Grzybowski krytykuje takie podejście do kwestii przystępowania do Komunii św. przez rozwiedzionych, lecz czy nie jest to (być może nie nieunikniona) konsekwencja duszpasterstwa uczącego „szukać innych dróg zbliżających do Boga”. Jeśli Eucharystia, „sakrament sakramentów” (KKK, 1330) staje się dla ochrzczonego niekonieczna i bez Niej, w inny sposób, można osiągnąć Komunię duchową z Jezusem, obejmującą całe życie, to po cóż są inne sakramenty, które wszak, jak głosi Kościół, „wiążą się ze świętą Eucharystią i do niej zmierzają” (KKK, 1324). Tak więc praktyka, mająca chronić prawdę o Sakramencie Małżeństwa, podkopuje same jego podstawy. Skoro można osiągnąć jedność z Jezusem, a przez Niego z Bogiem, poza ekonomią Sakramentów Pojednania i Eucharystii, to można także budować miłość międzyludzką wspólnie z Bogiem, na fundamencie Ewangelii i bez Sakramentu Małżeństwa. Po co więc komplikować sobie życie wchodząc w zawiłą i nieżyciową (a często kosztowną) prawniczą machinę instytucji Kościoła?

Zamęt, którego wyrazem są ostatnie zdania poprzedniego akapitu, obejmuje coraz większe kręgi ludzi ochrzczonych i nieochrzczonych. Hasło: „Bóg, Jezus, Ewangelia — tak! Kościół, Sakramenty — nie!” jest obecnie bardzo nośne. Jednym z momentów mogących decydować o uznaniu jego słuszności jest z pewnością zetknięcie się małżeńskich komplikacji życiowych ludzi z oficjalną reakcją Kościoła. Dotyczy to nie tylko samych rozwiedzionych i porzuconych, ale także ludzi im bliskich, a nawet postronnych, życzliwych obserwatorów. Zdrowy rozsądek (być może przyziemny) i współczucie (być może czysto ludzkie) stają naprzeciw niezrozumiałej praktyki podbudowanej niespójną teologią. Wydaje mi się, iż Kościół stanął w tym przypadku w połowie drogi pomiędzy zimnem prawa a gorącem prawdziwego Miłosierdzia. Lecz takim Kościołem nie możemy pozostać. Bo usłyszymy słowa wypowiedziane do Kościoła w Laodycei: „To mówi Amen. świadek wierny i prawdomówny, Początek stworzenia Bożego: Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust” (Ap 3,16).

1 „W drodze” 2/1998 ss. 78–82;
2 Por. Jan Paweł II, Familiaris consortio, 84; J. Grzybowski, Wyruszyć do Damaszku, „W drodze” 1/98;
3 Por. J. Grzybowski, dz. cyt.
4 św. Grzegorz z Nyssy, Pięć homilii o modlitwie Pańskiej, [w:] Modlitwa Pańska. Komentarze Greckich Ojców Kościoła;
5 Być może takie określenie owego kryterium jest uproszczeniem, nie ona jednak stanowi przedmiot mojego artykułu;
6 Jan Paweł II, dz. cyt.;
7 J. Grzybowski, dz. cyt.

Kościół w połowie drogi
Piotr Sikora

urodzony w 1971 r. – absolwent teologii PAT i filozofii UJ, doktor filozofii, teolog katolicki, filozof, publicysta religijny, członek redakcji „Tygodnika Powszechnego”. Publikował w „Tygodniku Powszechnym”, „W drodze” i „...