O milczeniu

Misją ludzi świeckich żyjących charyzmatem cysterskich mnichów jest ofiarowanie zagubionemu światu wyciszenia, a mówiąc jeszcze dokładniej „spokojnego Boga”.

Św. Benedykt jest realistą. Gdy nakazuje swoim uczniom milczenie (Reguła, rozdział 6), nie chodzi mu o wpędzenie swoich współbraci w nienaturalną izolację, tworzenie sztucznego klimatu rodzinnego grobowca wśród ludzi o często żywych temperamentach, potrzebujących ekspresji. Polecenie to sięga korzeniami miłości Boga i dlatego warte jest chociaż krótkiej medytacji. Cisza i bliskość Boga łączą się ściśle ze sobą.

Nauka dyskusji

Benedykt zdaje sobie sprawę, że każdy z nas popełnia wiele grzechów językiem. Stąd początek rozdziału 6 Reguły mówi o milczeniu jako ochronie przed upadkiem. Jednak we wspólnocie na początku nie milczenie (wynikające często z nieśmiałości lub jakiegoś urazu) jest najważniejsze, ale ciągły dialog, dzielenie się spostrzeżeniami, informowanie o swoich stanach przez uśmiech, słowo, gest. Utrzymywanie w higienie sposobu przekazu swoich myśli tak, aby nikt nie czuł się zdominowany, zepchnięty i zignorowany.

Dobrym sposobem jest zaproponowanie czegoś. Propozycja nie może jednak prowadzić do totalnego braku decyzji. Decyzje muszą być podjęte, jeśli to możliwe, bez wielkich i pustych dyskusji prowadzonych w imię miłości do nieśmiałych członków wspólnoty. Dla tych ostatnich forum będzie dobrą okazją do wyjścia z izolacji.

Propozycja powinna być zaopatrzona nie tylko w racjonalne argumenty, ale również przepełniona osobistym uczuciem i ciepłem. Nie jesteśmy przecież mechanizmami, a członkowie wspólnoty, widząc, jak bardzo zależy nam na jakiejś sprawie (i nie skrywamy tego przed nimi ubrani w maskę obojętności), podejmą ją z prostej braterskiej miłości i chęci zrobienia przyjemności przyjacielowi. To bardzo piękna szkoła wzajemnego obdarowywania się, która nie niszczy wspólnego celu, a potrafi nauczyć każdego z nas ofiary i rezygnacji ze swojego…

Wspólnota nie zawsze musi być razem

Wspólnota potrzebuje informacji i to informacji niereglamentowanych, ograniczonych tylko do zaufanych. Powinny być one takie same dla wszystkich. Uchroni nas to od niepotrzebnych domysłów, niezdrowej ciekawości, plotek. Nie wolno podawać tej samej informacji z różnym komentarzem w zależności od osoby. Otwartość i jasność w udzielaniu informacji sprzyja zdrowiu wspólnoty.

Należy mieć także odwagę wyrażenia swojego niezadowolenia lub zdziwienia. Czynienie tego poza granicami wspólnoty i w obecności całkiem przypadkowych ludzi jest złe i rozbija jej ducha . Najlepiej nie mieć nic do ukrycia. Nie oznacza to jednak zainstalowania Wielkiego Brata w domu każdego z nas i utraty małżeńskiej czy rodzinnej intymności. Nie trzeba wiedzieć, co tego i tego dnia zaplanowało małżeństwo X lub inny członek wspólnoty, gdzie są, co robią, z kim spotykają się i co jedzą na kolację.

Sprawą zasadniczą jest ustanowienie pewnych wspólnotowych zwyczajów. Może się zdarzyć, że dana osoba zechce na przykład pozostać sama i będzie miała do tego prawo. Ważna jest więc dyskrecja i szacunek, zaufanie do drugiego, duży margines wolności, a przy tym prawdziwa troska i współodpowiedzialność za brata.

Należy jednak uważać, żeby nie być zakładnikiem samotnych i mających sporo czasu członków wspólnoty. W imię źle pojętego braterstwa osoba taka może wprowadzić prawdziwy zamęt w życie rodzinne. Zawsze w doczepce „na trzeciego”, w krótkim czasie zniszczy przestrzeń prywatną, która przecież każdemu się należy.

Trzeba odważnie mówić „nie”

Milczenie nie jest prostym brakiem słów, niemotą etc., ale bardzo aktywną i zdyscyplinowaną postawą słuchania drugiego człowieka. Jest to jeden z największych darów, który możemy ofiarować drugiemu. Sami również jesteśmy przez taki kontakt z bliźnim ogromnie obdarowywani, choć często zdajemy sobie z tego sprawę dopiero po fakcie.

Prawdziwe milczenie możliwe jest tylko wtedy, gdy pozwolimy innym i sobie samym wypowiedzieć swoje bóle, radości i niepokoje, wiedząc, że zostaniemy zrozumiani, a przyjaciele znajdą z nami najlepsze z możliwych rozwiązań.

Jakże taki klimat zaufania i bezpieczeństwa różni się od atmosfery otaczającego nas świata, pełnego zgiełku, reklamy, zachwalania swojego towaru i słownej przemocy! Jednak w takim świecie żyjemy i nie należy go potępiać. Naszym zadaniem jest go zmieniać, kochając go i jednocześnie mówiąc mu odważnie „nie”. Jesteśmy dziećmi jedynego Boga i naszą misją, ludzi świeckich żyjących charyzmatem cysterskich mnichów, jest ofiarowanie zagubionemu światu wyciszenia, a mówiąc jeszcze dokładniej: „spokojnego Boga” — bo jak powiedział św. Bernard z Clairvaux: „Spokojny Bóg uspokaja wszystko”.

Zaczynamy od rachunku

Wiemy już, że milczenie nie jest brakiem słów. Jest stałym pokojem wprowadzonym do serca przez współdziałanie z Duchem Świętym, który zna „głębokości Boga samego” (1 Kor 2,10), Boga, który jest Pokojem.

Współdziałanie to rozpoczyna się od prostego rachunku sumienia, w którym poddajemy Bożej przemianie wewnętrzny i zewnętrzny zgiełk i bezmyślność. Możemy szczerze wyznać, że nasze wnętrze przemawia wielością głosów, z których każdy pragnie nas posiąść. Są ogromnie sugestywne i agresywne, czasami wręcz zaczynamy się ich bać. Operują zazwyczaj dwoma imperatywami: „musisz” lub „wcale nie musisz”.

Ten pierwszy napędza często nienasycone ambicje, również te duchowe, pożądanie cielesne, pragnienie ogarnięcia i zdobycia tego, co przerasta nasze siły; pragnienie odwetu, zemsty, pokazania światu, pochwały etc.

Drugi występuje zawsze z zadziwiającą mocą przeciw dobrym natchnieniom Ducha Świętego, ośmieszając je, neutralizując, przepuszczając przez filtr naszego lenistwa. Jest przeciw obowiązkom, które na siebie przyjęliśmy i uważa je za nieszkodliwą zabawę lub jedną z wielu propozycji pogłębiania wiary.

Niełatwo leczyć rozdarcie

Wewnętrzny krzyk i wielość głosów są znakami naszego pierwotnego zranienia przez grzech. Człowiek po grzechu pierworodnym nie czyni dobra, którego chce, ale raczej zło, którego nie chce. Tradycja cysterska z naciskiem przypomina, że mamy powrócić do Boga i wraz z Nim odbudować jedność naszego wnętrza. Mamy być prości, zjednoczeni w sobie i wybierać z wielości propozycji tę jedną, najważniejszą.

Jak jest to trudne i jak bardzo jesteśmy rozdarci w sobie, mówią nasze zachowania i postawy. Potrafimy perfekcyjnie stworzyć w domu ciężką atmosferę. Wystarczy przecież drobny, a znaczący gest zniecierpliwienia albo mały terroryzm zwany smutkiem, który obezwładnia i wpędza w poczucie winy naszego współmałżonka lub wspólnotę. Wystarczy być nieobecnym i zatopionym we własnych myślach, pożądaniach i planach, by drugi, potrzebujący porozmawiania o tym, co spotkało go w pracy, w mieście, czekający na okazanie czułości, poczuł się odepchnięty. Rozdarcie powiększa rozdarcie. Jak trudna jest droga powrotu, możemy zaświadczyć sami. Potrafimy być również tak ofensywni, że wypełniamy sobą i naszymi problemami całą przestrzeń domu czy wspólnoty: nasze jest najważniejsze — od dzieci aż po nowy samochód.

 Ta wielość głosów w nas może być uleczona, choć obejmuje ogromny obszar pamięci (siedlisko obrazów z przeszłości, krzywd, odrzucenia i blizn również z dzieciństwa), wyobraźni (nasze marzenia i stwarzanie w nich nierealnego świata, często wbrew Bożym przykazaniom), intelektu z jego nieubłaganymi sądami o bliźnich, woli, która nie lubi poddawać się twórczemu osądowi własnego rozumu oświeconego Bożym światłem i mądrej korekcji innych, wreszcie emocji, które nie pozwalają Bożemu powołaniu zakorzenić się głębiej i wyniszczają duchowy i fizyczny organizm jak bardzo mocny narkotyk.

Wyciszanie głosów

Na początku drogi zjednoczenia naszego serca warto postawić sobie proste pytanie: co mogę już dziś bez trudu pozostawić za sobą. Rozpocznijmy od rzeczy najłatwiejszych, które współtworzą osobisty zgiełk, a z powodzeniem mogą być oddalone na zawsze jednym zdecydowanym gestem. Inne potrzebują powolnej terapii, również psychologicznej, jeszcze inne wymagają wzmożonej uwagi współmałżonka lub przyjaciela i ludzkiego ciepła. Z jeszcze innymi będziemy prowadzili bardzo poważną i długotrwałą walkę na śmierć i życie, nie dostrzegając natychmiastowych rezultatów.

Często doświadczamy niczym niezasłużonego pokoju i ciszy. To znak od Boga, że pragnie udzielić nam daru i pomocy, zanim zabierzemy się do pracy. To znak, że zwycięstwo nad zgiełkiem zawsze należy przypisać Jego miłości — cichej i pokornej.

Nie ma jednakowej metody dla wszystkich. Także od nas samych będzie zależeć mądre rozpoznanie głosów i odnalezienie środków na ich wyciszenie. Z jednymi głosami należy podjąć dyskusję, wyciągnąć je na światło dzienne. Inne należy natychmiast — radzi Benedykt — rozbić o Chrystusa jak o skałę. Może się zdarzyć, że w ciągu tej pracy poczujemy się ubożsi. Wyda się nam, że oto znikła cała nasza osobowość, będziemy jak człowiek żałujący, że nie może pożądać, że zginął jego dawny apetyt na otaczający go świat, że zabrane zostało mu człowieczeństwo domagające się napięcia, walki, zaspokajania ciekawości, wypraw do krainy marzeń etc. To prawda, staliśmy się ubożsi o te kilka głosów — brak ten jest widoczny i dotkliwy, owoce zaś pokoju Bożego nie są jeszcze aż tak wyraźne. Pokój Boży i cisza nigdy nie będą chciały konkurować z głosami — ustąpią im miejsca. Ten moment przejścia, „już nie i jeszcze nie”, jest dobrą okazją do odwołania się po raz kolejny do naszej wolności, do naszego wolnego wyboru. Czy chcesz kontynuować pracę, czy wierzysz w jej pełne powodzenie? Tyle można powiedzieć, że uprzątnięty dom, uspokojone w Bogu serce nie da się z niczym innym porównać.

Dlaczego milczymy

Prawdziwe milczenie jest środkiem do osiągnięcia jedności serca i zatopienia się w uspokajającym wszystko Bogu. Jest również owocem spotkania z Nim.

Milczenie jest reakcją na spotkanie z wypełniającym wszystko Majestatem. Milczymy, bo jesteśmy zachwyceni. Każde słowo — nawet najpiękniejsze — wymówione podczas tego spotkania byłoby dysonansem. Milczymy, bo żadne słowo nie odda wzruszenia spowodowanego prawdą, że Bóg pochylił się w osobie swojego Syna nad takim grzesznikiem jak każdy z nas. Milczymy, bo wypełnia nas nieopisana radość z powodu wcielenia. Milczymy, bo czujemy się tak bardzo bezradni wobec tej największej tajemnicy. Milczymy, bo kochamy, a gdy kochamy, nie potrzeba wiele słów. Bóg znalazł w nas swoje miejsce, pozwoliliśmy Bogu być Bogiem.

Milczymy również, bo zaczęliśmy współczuć innym, zobaczyliśmy ich ogromny ból, mękę, rany zadane przez niesprawiedliwość. Milczymy, bo nasze słowa broniące dobroci Boga mogłyby tylko ten ból powiększyć. Milczymy, ale jesteśmy bardzo uważni, dyspozycyjni, gotowi usłużyć cierpiącemu o każdej porze. Bóg, który w nas jest i który także milczy, Bóg, który milcząco umiera w napotkanym cierpiącym, potrzebuje od nas prostego współczującego gestu.

Milczymy, kiedy czujemy się osamotnieni, kiedy samotnie umieramy w naszym lęku. Milczymy, bo oczekujemy zmiłowania. Cisza ta nie jest pustką po Bogu, który był i odszedł, ale pełnią. W ten sposób Bóg chce nam powiedzieć, że On już wypowiedział swoje słowa i na koniec przemówił do nas przez Syna, którego opuścił na krzyżu właśnie dla nas, byśmy mogli już tu, na ziemi, zakosztować przyszłego pokoju i jak Matka Zbawiciela rozważać w sercu wielkie dzieła, które nam uczynił.

O milczeniu
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...