Konstytucja Europy

Konstytucja Europy

Zbiera się właśnie europejska Rada Starszych pod przewodnictwem Valery’ego Giscarda d’Estaing, aby opracować konstytucję zjednoczonej Europy. Czas ku temu najwyższy, gdyż bałagan kompetencyjny panujący w Unii woła o pomstę do nieba. Gwałtownie rozrastająca się i niepodlegająca niczyjej kontroli biurokracja opanowana przez eurosocjalistów usiłujących objąć paragrafami każdy aspekt życia obywateli wkrótce może zniszczyć Europę niczym rak.

Konieczne jest oczyszczenie Unii i jasne określenie, kto w niej rządzi, w jakim trybie jest powoływany i odwoływany, przed kim odpowiada i jak się do tego wszystkiego mają wyborcy.

Przy tej okazji zgłaszam mój własny projekt konstytucji Europy.

Cofnijmy sie jednak do początków.

Dwieście lat temu w amerykańskich koloniach, które właśnie wywalczyły niepodległość, zebrali się delegaci, aby opracować projekt konstytucji nowo powstałego państwa. Choć dzisiaj nikt tego nie pamięta — problemy, przed którymi stanęli, niczym nie różniły się od tych, przed którymi dzisiaj stoi Unia Europejska!

Stany Zjednoczone składały się wówczas z 13 bardzo różniących się między sobą, niepodległych kolonii. Purytańska Nowa Anglia to był zupełnie inny świat niż kwakierska Pensylwania. Handlowy Nowy Jork różnił się zdecydowanie od arystokratycznego Południa. Większość kolonizatorów mówiła po angielsku — z wyjątkiem tych, którzy mówili po niemiecku, holendersku, francusku czy szwedzku. (Języka oficjalnego w USA nie było — i wciąż nie ma!). Wszyscy zgadzali się, że najwyższą władzą ustawodawczą ma być Kongres i tylko Kongres ma mieć prawo uchwalania podatków. (O podatki wszak w wojnie z Wielką Brytanią poszło!). Pozostawało uchwalić, kto i w jaki sposób ma ten Kongres wybierać i co zrobić, żeby reprezentowane w nim były interesy zarówno stanów dużych i ludnych, jak i małych. Jeżeli każdy stan będzie miał taką samą liczbę reprezentantów w Kongresie, to stany małe będą przegłosowywać stany duże. Jeżeli liczbę miejsc w Kongresie podzielimy proporcjonalnie do liczby mieszkańców stanów, to stany duże będą mogły zawierać koalicje i przegłosowywać stany małe. Co zrobić?

Wymyślono więc Kongres dwuizbowy. Miejsca w Izbie Reprezentantów dzieli się pomiędzy stany proporcjonalnie do liczby ludności. Za to w Senacie każdy stan, obojętnie mały czy duży — ma dwóch reprezentantów. Ustawa, aby zostać zatwierdzona, musi być przegłosowana w obu izbach. W ten sposób ani kurduple nie zdołają swojej woli narzucić większości, ani olbrzymy nie będą w stanie przytłoczyć małych stanów. W jaki sposób mają być wyłaniani reprezentanci stanów w Kongresie? Tego konstytucja nie mówi. Każdy stan ma to uregulować we własnym zakresie.

Identyczny problem mamy w jednoczącej się Europie. Co zrobić, aby Unia Europejska nie została zdominowana przez kilka wielkich krajów? Ostatecznie nie chcemy, aby była to tylko gospodarcza fasada Niemiec, ale i też nie chcemy, aby małe kraje, jak Belgia, Dania, Holandia czy Luksemburg dyktowały swoją wolę reszcie. Co robić?

Skopiować rozwiązania amerykańskie. Tworzymy Parlament Europejski złożony z Izby Reprezentantów i Senatu — jak w USA.

Unia Europejska, aby mogła być traktowana poważnie, powinna mieć prezydenta. Obecnie rządzi w niej kolektywna Komisja Europejska złożona z biurokratów, których mianuje nie wiadomo kto i odpowiedzialnych przed nie wiadomo kim. To nie jest rozwiązanie. Potrzebny jest znany z imienia i nazwiska prezydent. Tylko jak go wybrać?

Taki sam problem stanął przed ojcami założycielami Stanów Zjednoczonych. Szybko zrozumieli, że wybory powszechne są nierealne. Odległości w Ameryce były ogromne, radia ani telewizji nie było, prasa nie wszędzie docierała. Jasne było, że kandydaci nie są w stanie zaprezentować swoich poglądów, a bez tego wybory to fikcja.

Wymyślono zatem system elektorski. Każdy stan wybiera tylu elektorów, ile ma miejsc w Kongresie. Potem elektorzy wybierają prezydenta. Sposób, w jaki wybierani są elektorzy, pozostaje w gestii poszczególnych stanów.

I tak było przez pierwsze sto lat. Potem system uległ ewolucji. Dzisiaj Amerykanie nadal nie wybierają prezydenta, lecz elektorów, ale elektorzy jeszcze przed wyborami deklarują, na kogo będą głosować. Tak więc pośrednie wybory prezydenckie stały się — de facto — wyborami bezpośrednimi.

W Europie powszechne wybory prezydenckie są ciągle jeszcze nierealne. Kontynent jest zbyt słabo zintegrowany, brakuje powszechnie znanych polityków — znanych nie tylko w jednym kraju, ale w wielu — mogących reprezentować wyborców różnych narodowości. Do tego dochodzi bariera językowa. Kontynent nie ma wspólnego języka, znajomość angielskiego, wbrew temu, co może się wydawać, nie jest powszechna. Bez wspólnego języka nie ma debaty politycznej, a bez debaty nie ma wyborów. Dlatego, przynajmniej na razie, wybory powinny być prowadzone systemem elektorskim, a w nieco dalszej przyszłości — gdy już wykształcą się ponadnarodowe partie polityczne — powinien on zostać powoli zastąpiony przez wybory bezpośrednie. Najlepszym rozwiązaniem jest powtórzenie drogi przebytej przez Stany Zjednoczone: wybory elektorskie dzisiaj, bezpośrednie jutro.

Konstytucja USA stwierdza, że prezydent i wiceprezydent nie mogą pochodzić z tego samego stanu — aby nie dopuścić do sytuacji, w której mafia z jednego stanu opanowuje cały rząd federalny. Taki sam przepis byłby dobry w Europie. Jeżeli prezydentem będzie — dajmy na to — Niemiec, to wolelibyśmy, aby wiceprezydent nie był Niemcem, prawda?

Oprócz władzy ustawodawczej (kongres) i wykonawczej (prezydent) potrzebna jest władza sądownicza. Konstytucja USA wprowadza instytucję Sądu Najwyższego mającego rozstrzygać, czy ustawy są zgodne z konstytucją. Sędziów mianuje Prezydent za zgodą Kongresu, zapobiega to zdominowaniu sądu przez zwolenników jednej partii. Sędziowie są nieusuwalni, chyba że udowodnione im zostanie popełnienie przestępstw kryminalnych. Sędziego może usunąć ze stanowiska Kongres w procedurze impeachment (najpierw Izba Reprezentantów przegłosowuje akt oskarżenia, potem Senat sądzi sędziego z senatorami w roli ławników). W podobnej procedurze można usunąć z urzędu prezydenta.

Jeżeli ktoś ma pomysł na lepszą organizację Europejskiego Sądu Najwyższego — niech go zgłosi. Ja lepszego rozwiązania nie widzę.

Oczywiście Sąd Najwyższy ogranicza się do spraw zasadniczych. Kwestie kryminalne itp. pozostawione są w gestii sądów stanowych. Tak samo w zjednoczonej Europie — Sąd Najwyższy powinien zajmować się tylko sprawami zasadniczymi, jak rozstrzyganie sporów między krajami członkowskimi. Sądzenie zwyczajnych kryminalistów to zajęcie dla sądów krajowych.

Konstytucja USA stwierdza, że wszystkie sprawy, które nie zostały explicite wymienione w konstytucji, leżą w gestii władz stanowych. Do władz federalnych należy tylko polityka zagraniczna, obrona, zawieranie traktatów z obcymi państwami. Dokładnie takie samo stwierdzenie jest konieczne w konstytucji Unii Europejskiej: Unia ma się zajmować sprawami zasadniczymi, reszta należy do rządów krajów członkowskich. To ukróci apetyty brukselskich biurokratów uzurpujących sobie prawo do wydawania dekretów o wszystkim. Na przykład, obecnie Bruksela próbuje wprowadzać ścisłe reglamentowanie, kto, kiedy i jak ma prawo produkować polski oscypek. Czy konstytucja mówi, że Unia Europejska ma się zajmować oscypkami? Nie! Więc, brukselscy biurokraci, łapy precz od oscypków!

Konstytucja USA stwierdza, że kongres — ani kongresy stanowe — nie może wydawać ustaw utrudniających handel między stanami ani wprowadzać wewnętrznych ceł. Taki sam przepis konieczny jest w konstytucji UE, wszak wolny handel między krajami członkowskimi jest jednym z filarów Unii. I tak dalej, i tak dalej.

Jak widzimy, konstytucja Unii Europejskiej już została dawno napisana. Nazywa się: Konstytucja Stanów Zjednoczonych Ameryki. Nie ma więc potrzeby pisać jej od nowa i ponownie odkrywać Ameryki, wystarczy wziąć konstytucję USA, zamienić występujące w niej słowo „stan” na „kraj członkowski”, a „Unia” na „Unia Europejska” — reszta może zostać przyjęta bez zmian. Nie ma sensu tworzyć czegoś nowego, jeżeli istnieją rozwiązania gotowe i sprawdzone.

Tylko że europejscy politycy antyamerykanizm wysysają z mlekiem matki, więc raczej dadzą się porąbać na kawałki, niż przejmą z Ameryki gotowe rozwiązania. Boję się wręcz, że ilekroć w trakcie prac nad konstytucją Europy wymyślą coś sensownego, to zaraz ktoś zauważy, że to przypomina rozwiązania stosowane w USA. I natychmiast Europejczycy zrobią na odwrót.

I w efekcie Konstytucja Europy, którą opracują Valery Giscard d’Estaing & Co., będzie strasznym gniotem, pełnym sprzeczności oraz wodolejstwa, wprowadzającym tylko bałagan i spory kompetencyjne.

Będzie to gniot napisany w dwóch tuzinach języków.

Konstytucja Europy
Tomasz Włodek

urodzony w 1965 r. – pracownik naukowy, przebywa w USA, publikował w miesięczniku „W drodze” oraz w polskiej prasie wydawanej poza granicami kraju.Autor cyklu felietonów pt....