Niosący Krzyż

Niosący Krzyż

Oferta specjalna -25%

Siedem grzechów głównych

0 opinie
Wyczyść

Przeniesienie krzyża spod pałacu prezydenckiego i postawienie pomnika czy tablicy upamiętniającej katastrofę smoleńską nic nie zmieni, jeśli ci, którzy go bronią, nie wyruszą z miejsca swego żalu w pielgrzymce wiary od nienawiści do przebaczenia.

We wschodniej tradycji monastycznej na pierwszy plan wysuwa się zachętę do nabywania Ducha Świętego. Nie tylko mnich, ale i każdy chrześcijanin powinien stawać się Pneumatophoros – z greki: niosącym Ducha. Wpierw jednak staje się Staurophoros – z greki: niosącym krzyż. Nie wystarczy chlubić się krzyżem, a tym bardziej manifestować nim swoich poglądów politycznych. On stoi po to, aby się do niego upodobnić. Jego bliskość wymaga przemiany według Ducha, aby żył już we mnie Chrystus. Gdy piszę ten tekst, Kościół obchodzi święto św. Edyty Stein – Teresy Benedykty od Krzyża. Papież Jan Paweł II mówił o niej, że została „pobłogosławiona przez krzyż”.

Zgorszenie   

Niedawne wydarzenia w naszym kraju, związane z użyciem symbolu krzyża do wyrażenia różnego rodzaju protestów społecznych, pokazały, że słowa o zgorszeniu i głupstwie krzyża nie straciły na aktualności. Krzyż w „bojach” pod pałacem prezydenckim w Warszawie i w osiedlowych potyczkach w Poznaniu prowokował do bardzo różnych reakcji. To zrozumiałe. Krzyż sam w sobie jest prowokacją. Krzyż, który w Europie ma również wymiar kulturowy, a nie tylko religijny, niestety został niebezpiecznie sprowadzony do poziomu obrony własnych interesów politycznych, ekonomicznych i emocjonalnych. I choć towarzyszyły tym protestom motywy i atmosfera religijna, prowokował nie tyle sam krzyż jako zbawcze wydarzenie Chrystusa, które zaprasza do duchowej przemiany, ile emocje, pretensje, ból i partykularny interes. Obrona krzyża nie zawsze jest z Ducha, tak jak nie każde cierpienie jest krzyżem, a tragedia ofiarą. Cierpienie staje się krzyżem dopiero wówczas, gdy przeobrażone przez duchowe zmaganie, a nie tylko pobożne życzenie, świadomie zostaje włączone w mękę Chrystusa. Jak pisze św. Paweł: „nosimy nieustannie w ciele naszym konanie Jezusa, aby życie Jezusa objawiło się w naszym ciele”.

Posłużę się obrazem Hieronima Boscha Chrystus niosący krzyż. Ukazuje on „maskaradową” wizję drogi krzyżowej. Twarze postaci są zdeformowane, co kontrastuje z nieruchomym, pełnym bólu obliczem Chrystusa. Nie widać tu ani nieba, ani pejzażu, całe płótno wypełniają twarze o różnych grymasach i rysach. Jedyną kobietą na tym obrazie jest św. Weronika, która trzyma w skupieniu święty całun. Widać ogromny kontrast między spokojem Chrystusa, którego krzyż dotyka przecież dosłownie, i Weroniki świadomie uczestniczącej w doświadczeniu męki Zbawiciela, a tłumem, dla którego ukrzyżowanie jest tylko zewnętrzną demonstracją, pełną negatywnych emocji i niepokoju. Powinno nas zastanowić, dlaczego w Chrystusie i w tych, którzy przyjmują i wewnętrznie doświadczają przeobrażenia mocą krzyża, jest tyle pokoju, w przeciwieństwie do tych, którzy krzyż odbierają i przeżywają jedynie zewnętrznie, chociaż deklarują swoje do niego przywiązanie. Gdy dla jednych staje się on doświadczeniem Ducha, dla innych pozostaje działaniem czysto ludzkim, nawet jeśli ma zabarwienie religijne. „Owocem zaś Ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie” (Ga 5,22).

Przekleństwo

Jan Paweł II w homilii podczas beatyfikacji Edyty Stein mówił: „Kiedy jako siostra Teresa Benedykta od Krzyża wstąpiła do Karmelu w Kolonii, by mieć jeszcze głębszy udział w krzyżu Chrystusowym, wiedziała, że została »zaślubiona Panu w znaku krzyża«. W dniu swojej pierwszej profesji zakonnej czuła się, według jej własnych słów, »jak oblubienica Baranka«. Była przekonana, że niebieski Oblubieniec wprowadzi ją głęboko w tajemnicę krzyża. Kiedy rozpocznie w Karmelu w Echt pisać swe ostatnie, teologiczne dzieło Wiedza krzyża, które jednak pozostanie niedokończone, jako że pisanie go przerwie jej własna droga krzyżowa, zauważy: »Gdy mówimy o wiedzy Krzyża, to nie jest nią (…) czysta teoria (…), lecz żywotna, rzeczywista i skuteczna prawda«.

Kiedy śmiertelne zagrożenie narodu żydowskiego zawisło także nad nią jak ciemna chmura, poczuła się gotowa, by we własnym życiu urzeczywistniać to, co już wcześniej zrozumiała: Istnieje powołanie do cierpienia z Chrystusem, a przez to do współdziałania z Jego zbawczym dziełem (…) Chrystus nadal żyje w swoich członkach i w nich nadal cierpi; a cierpienie znoszone w zjednoczeniu z Panem jest Jego cierpieniem, włączonym w wielkie dzieło zbawienia i w nim owocującym”.

Ukrzyżowany Chrystus, odrzucony i wzgardzony, świadomie przeżywa swoją ofiarę jako dar z siebie, dla naszego zbawienia. Choć krzyż sam w sobie jest przekleństwem, o czym mówi teologia Starego Testamentu – „bo wiszący jest przeklęty przez Boga” (Pwt 21,22), to jednak miłość Boga przełamuje – przeobraża to przekleństwo. „Z tego przekleństwa Prawa Chrystus nas wykupił – stawszy się za nas przekleństwem” – pisze św. Paweł.

Krzyż sam w sobie jest zgorszeniem, jak każde cierpienie i śmierć. I Piotr gorszy się, gdy Jezus mówi, że musi pójść do Jerozolimy umrzeć. Inaczej nie mógł zareagować prawdziwy Żyd, dla którego ukrzyżowanie było znakiem opuszczenia przez Boga, co stojący pod krzyżem usłyszeli z ust samego Jezusa, gdy wołał: „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił”. Każdy wrażliwy człowiek powinien się zgorszyć, zaprotestować. Śmierć to wręcz jakiś nieprawdopodobny skandal! A jeszcze gdy umiera ktoś tak piękny, jak Jezus – to jest gorszące.

Nie powinien przysyłać syna
zbyt wielu widziało
przebite dłonie syna
jego zwykłą skórę
zapisane to było
aby nas pojednać
najgorszym pojednaniem
zbyt wiele nozdrzy
chłonęło z lubością
zapach jego strachu
nie wolno schodzić
nisko
bratać się krwią
nie powinien przysyłać syna
lepiej było królować
w barokowym pałacu z marmurowych chmur
na tronie przerażenia
z berłem śmierci

Zbigniew Herbert, Pan Cogito o odkupieniu

Pośmiewisko

Gdy umarł Łazarz, Jezus był głęboko poruszony. Wstrząśnięty do samej głębi jestestwa, nie godził się ani jako człowiek, ani jako Bóg na śmierć, która weszła przecież przez zawiść diabła. Sam Bóg protestuje wobec faktu śmierci.

Za każdym razem jednak, gdy krzyż Chrystusa i jakiekolwiek ludzkie cierpienie, ból i żal, sprowadzone zostają jedynie do wymiaru protestu, nie przełamują tego dramatu, lecz zamykają w rozpaczy. Każde doświadczenie graniczne dopiero przez wiarę, nadzieję i miłość otwiera się na tajemnicę zmartwychwstania, która stanowi centrum wiary chrześcijan. Krzyż sprowadzony przez wierzących wyłącznie do „krzyku” będzie dla niewierzących głupstwem i pośmiewiskiem. Przeżywany jedynie jako protest przeciwko komuś lub czemuś pozostaje w wymiarze duchowym pusty i nagi, bo taki sam w sobie, bez Chrystusa, jest. Jeśli na krzyżu nie ukrzyżujemy naszej nienawiści i złości i nie wyrośnie z niego przebaczenie i miłosierdzie, będzie ogołocony z chrześcijańskiej wymowy. Gdy ujawnia się pod nim wyłącznie nienawiść oraz brak gotowości do pokonania swojego rozżalenia, to powiedzmy sobie szczerze, nie jest to Krzyż Chrystusa. Nie ma Go na nim! Ukrył się, z dala od tych, co krzyczą pogardą i złością. Jezus rozumie ból i żal, nie pojmuje jednak stanowczo nienawiści! Przeniesienie krzyża spod pałacu i postawienie pomnika czy tablicy upamiętniającej katastrofę smoleńską nic nie zmieni, jeśli ci, którzy go bronią, sami nie wyruszą „z miejsca” swego żalu w pielgrzymce wiary od nienawiści do przebaczenia. Krzyż nie po to jest, by go manifestować w dowolnym miejscu, czeka raczej na kontemplację w Duchu i Prawdzie (por. J 4,19–24). Krzyż jest świętym znakiem, ale bez nawrócenia i duchowej przemiany może być traktowany bałwochwalczo.

Oby, jak przestrzega św. Paweł, nie został zniweczony krzyż, na którym z naszego powodu „tak mało” Pana Jezusa. W tumanach złości zatrzeć się może Twarz Pana. Nie pierwszy to zresztą raz, gdy my, chrześcijanie, zasłaniamy światu Oblicze Boga. Pusty krzyż gorszy. Dlatego, gdy Chrystus zapowiada swoją mękę, zabiera uczniów na górę Tabor. Chcąc ich umocnić, każe im wpatrywać się w Jego jaśniejące Oblicze, by je zapamiętali i rozpoznali na krzyżu. „Dobrze, że tu jesteśmy” – wyznaje ufnie Piotr. Trzeba tu być, patrzeć na tę Twarz, aby ona dla nas i całego świata rozpoznawalna była w każdym cierpieniu, tragedii i śmierci. Patrząc na Twarz Jezusa, można przetrwać, przejść… skandal śmierci. Odkąd z krzyżem oswoił się sam Bóg, nie jest już on tak gorszący. Odkąd wyłoniła się na nim Twarz Miłości Boga, wzbudza wręcz ufność. I staje się dla wierzących mocą. Przemienione Oblicze Boga przemieniło krzyż.

Dobrze jest odpocząć w Obliczu Ukrzyżowanego, ale czy to Oblicze świat jest w stanie rozpoznać w tych, którzy bronią krzyża tak, aby niewierzący „odpoczęli” od swej niewiary? Twarz ukrzyżowanego Chrystusa powinna odbijać się w życiu każdego wierzącego, jak na chuście św. Weroniki (vera ikon – prawdziwa ikona), by stać się prawdziwym Odbiciem Dobroci Boga. Twarz Ukrzyżowanego z nikim nie walczy i nikim nie gardzi. Nie jest zbrukana nienawistnym i nieufnym spojrzeniem. Patrząc na twarze tych, którzy walczą za pomocą krzyża, jak na obrazie Boscha, widać, jak bardzo są same one zmęczone grymasem nienawiści i niepokoju. „Śpiesz się z wyryciem Twojego Oblicza na mojej twarzy, abym nie znalazła się bezkształtna w twojej obecności” – modliła się Raissa Maritain, żona znanego filozofa. Dobrze jest z całym swoim bólem, niechęcią, żalem, protestem odpocząć w spojrzeniu Chrystusa, które wychodzi z dobroci Boga.

Jan Paweł II mówił o św. Edycie Stein, że została „pobłogosławiona przez krzyż”. Tak, Krzyż Chrystusa błogosławi i przyciąga do siebie (J 12,32). „On bowiem jest naszym pokojem. On, który obie części [ludzkości] uczynił jednością, bo zburzył rozdzielający je mur – wrogość (…) wprowadzając pokój, i [w ten sposób] jednych, jak i drugich znów pojednać z Bogiem w jednym Ciele przez krzyż, w sobie zadawszy śmierć wrogości. A przyszedłszy zwiastował pokój wam, którzyście daleko, i pokój tym, którzy blisko, bo przez Niego jedni i drudzy w jednym Duchu mamy przystęp do Ojca (Ef 2,14–18).

Banalizacja

Komentując przepychanki wokół krzyża smoleńskiego, abp Kazimierz Nycz tłumaczył, że krzyż ma prawo być obecny „w przestrzeni życia w naszym kraju, w naszym osobistym życiu, ale nigdy nie wolno było i nie wolno także dzisiaj używać krzyża do innych celów niż te, które wynikają z jego istoty, z istoty tego świętego znaku (…) do żadnych innych celów, które byłyby zaprzeczeniem owej miłości i jedności, ofiary, zbawienia i chwały, którą oznacza Chrystusowy krzyż. Nie wolno używać krzyża do tego, by dzielić ludzi, nie wolno używać krzyża do tego, by w jakimś sensie wyznaczać przestrzenie i tereny – »to jest moje, a to nie jest moje«. Nie wolno wreszcie używać krzyża do tego, by w jakimś sensie swoje ludzkie, nieraz pokrętne cele osiągać przy pomocy Chrystusowego krzyża, bo byłoby to wielką instrumentalizacją tego znaku świętego, na którym Chrystus zawisł, by złożyć ofiarę za nas i za nasze grzechy”.

Trudno takie słowa usłyszeć, a jeszcze trudniej przyswoić w warunkach ulicznej „grandy”. Potrzebna jest nam milcząca adoracja krzyża, wyciszenie emocji. Już wcześniej byłem zdumiony, gdy dziennikarz odwołujący się do chrześcijaństwa gloryfikował film Solidarni – zapis reakcji i odczuć ludzi pod pałacem prezydenckim. Usprawiedliwia on nagą prawdę ludzkich emocji odsłoniętą przed kamerami. Czy jako wierzący nie powinien bardziej zachęcać, tych autentycznie poruszonych i wstrząśniętych ludzi, do duchowego wysiłku „rozpoznania” tragicznego wypadku w świetle wiary? Święty Paweł zachęca: „niech zniknie spośród was wszelka gorycz, uniesienie, gniew, wrzaskliwość, znieważanie – wraz z wszelką złością” (Ef 4,31); „ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje wraz z jego namiętnościami i pożądaniami. Mając życie od Ducha do Ducha się też stosujmy (Gal 5,24–25). Zachęta do walki z namiętnościami nie może ograniczyć się tylko do uczestników gay pride parade czy sportowych kiboli, ale powinna dotyczyć i tych, którzy publicznie obnażają swoją gorycz, złość i lęk. To też jest gorszące.

Gdy czytamy u św. Pawła, że Chrystus „darował nam wszystkie występki i skreślił zapis dłużny (…) przygwoździwszy do krzyża”, w wierzących powinna być gotowość, by pójść samemu za Chrystusem, wziąć krzyż i naśladować Zbawiciela, przygwoździwszy swoją gorycz, niechęć, podejrzliwość, ból, żal i pretensję. Oskarżamy „bezbożnych” ateuszy, że zbyt szybko ogłosili „śmierć Boga”, krzyż uznając za głupstwo, ale może „»myśmy Go zabili«, banalizując Jego imię i czyniąc je niewiarygodnym, wypisując je na naszych bojowych sztandarach, przemycając jako trik reklamowy do politycznej propagandy naszych mocarstwowych interesów…” (Tomáš Halík).

W prześwicie ran Baranka dostrzec można Dobrego Pasterza. Nie eksponuje ran tak, by kogokolwiek zaszantażować swym cierpieniem. Nie tropi winnych, nie zleca wystawienia raportu skarg i zażaleń. W Jego ranach jest nasze zdrowie… nie oskarżenie.

(…)
należy zgodzić się
pochylić łagodnie głowę
nie załamywać rąk
posługiwać się cierpieniem w miarę łagodnie
jak protezą
bez fałszywego wstydu
ale też bez pychy

nie wywijać kikutem
nad głowami innych
(…)
i jeśli to jest możliwe
stworzyć z materii cierpienia
rzecz albo osobę
(…)

Zbigniew Herbert, Pan Cogito rozmyśla o cierpieniu
 

Niosący Krzyż
Maciej Biskup OP

urodzony w 1972 r. – dominikanin, duszpasterz i rekolekcjonista, po studiach doktoranckich z teologii dogmatyczno-fundamentalnej na UAM był m.in. magistrem braci nowicjuszy i studentów, redaktorem naczelnym Oficyny W drodze oraz przeorem w Szczecinie, obecnie promotor Frater...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze