Spotkałem nawet szczęśliwego katechetę

Spotkałem nawet szczęśliwego katechetę

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Łukasza

0 opinie
Wyczyść

Najzdrowiej jest wtedy, gdy katecheta obojętnie jaki: świecki, ksiądz, osoba zakonna, karmi tym, czym żyje. I czyni to z pasją. Jeśli się tego daru nie ma, to jak powiada ks. Maliński trzeba iść przybijać pieczątki na poczcie.

Jan Grzegorczyk: Lubisz zdanie Tołstoja, że nie można kochać ludzi, których się boimy…

Janusz T. Skotarczak: Bardzo prawdziwe.

Co ma więc począć taki katecheta, który z pewnością chce kochać swoich uczniów, ale często się ich boi, z różnych powodów?

Nie ma prostych recept. Nigdy się nie bałem swoich uczniów, ale jak każdy miałem i mam różne lęki. Boję się, że ktoś zabierze mi wiarę w człowieka. A później, gdy ktoś naprawdę będzie w potrzebie, to zawaham się, czy mu pomóc. Wyjechałem kiedyś na sympozjum do Włoch. Nie było mnie przez 10 dni. Po powrocie okazało się, że włamano się do mojego garażu i zniszczono częściowo samochód. Skradziono akumulator. Wyszło na jaw, że zrobił to mój uczeń. Pewnie mniej by mnie zabolało, gdyby to był ktoś obcy. Ogarnął mnie lęk, że ta sytuacja mnie zamknie. Na szczęście za kilka tygodni było Boże Narodzenie. Mieliśmy w klasie opłatek. Nie wiedziałem, czy on przyjdzie. Przyszedł. To było dla mnie i dla niego najdłuższe przełamanie się opłatkiem.

Były też inne sytuacje. Podczas przerwy widzę zapłakaną uczennicę. Na korytarzu pełno młodzieży. A ona podchodzi do mnie i mówi: – Proszę, katechety, nie poszło mi z matmy. Niech katecheta mnie przytuli. Nie wiedziałem, co począć. Wszyscy na nas patrzą. Bałem się, że ją przytulę i zaraz każdy skomentuje to po swojemu. Pomyślałem: „A gdyby nikogo nie było na korytarzu, to co?”. I przytuliłem ją.

Bałem się, gdy przychodzili do mnie ,,na wagary’’, kiedy chorowałem. Pomyślałem jednak, że do szkoły i tak by nie poszli, a tu przyszli nie tyle może, żeby jakoś spędzić czas, ile by pogadać.

Wiem, że własnymi siłami nic tu nie zrobię, dlatego wszystkie swoje lęki oddaję na modlitwie Jezusowi. Przecież On powiedział: ,,Miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat”. Oddaję je Janowi Pawłowi II. On nie lękał się świata, nie lękał się ludzi, nie lękał się młodzieży. I dlatego proszę, by mi pomógł. I pomaga.

Nie wszyscy tę pomoc czują czy też po nią sięgają.

Tak, i wielu się załamuje. Młodzi im wierzgają, prowokują ich, wyśmiewają. A ja myślę, że to jest błogosławiony czas. Bo oni mają jeszcze jakieś pytania, a przecież może przyjdzie fala, czasem się wydaje, że już dociera, kiedy oni będą całkowicie obojętni. Sprawy wiary będą poza ich zasięgiem, może im się przypomną w momentach granicznych, takich jak ślub czy pogrzeb. „Żyje się”, jak mówił Stachura. To im starczy. Zatem dopóki mają pytania, jest cudownie. Niestety, niektórzy katecheci nie lubią pytań.

Ilu?

Znajomy ksiądz, który wizytował tegorocznych diakonów, stwierdził, że na piętnastu może dwóch potrafiło rozmawiać z młodzieżą, to znaczy nie bali się pytań, nie bali się dyskusji.

Boją się swojej niekompetencji czy obraźliwego tonu?

Pytania nieraz rzeczywiście są formułowane obraźliwie, prowokacyjnie, czasem niekulturalnie. Tyle że nie wynika to z jakiejś specyficznej sytuacji katechety, ale z tego, że niektórzy z nich tak po prostu mówią. Oni tak nazywają świat. Mają pewien kanon słów. Kiedy rozmawiałem z księdzem Guy Gilbertem, pracującym pośród trudnej młodzieży w Paryżu, powiedział mi, że musiał przełożyć ewangelię na dwieście słów. Z niektórymi moimi uczniami było podobnie. Oni też nie czytali, też mieli ograniczony zasób słów, obrazów, żyli swoim światem. Rano wyjeżdżali do szkoły, wieczorem wracali, w weekendy odreagowywali. Mówili mi, gdzie panienki się rozbierają i gdzie można się dobrze zabawić. To nie był zadziorny język wyprodukowany specjalnie na katechezę. Powtarzali rozmowy domowe o Kościele; bywało, że były to plotki na temat księży. Częściej jednak opowiadali o swoich miłościach i o tym, co robili w wolnym czasie. Opowiadali o swoim życiu seksualnym, o oglądanych filmach… Najważniejsze ich opowieści dotyczą weekendu. Są też inne. Cicho szeptane w czasie przerw. Dotyczą myśli o wstąpieniu do zakonu, problemów dotyczących wiary, tego, co ich smuci w rodzinie lub szkole.

I ty tego wysłuchujesz? W pakiecie?

Tak, po to, żeby im potem opowiedzieć o swoim życiu. I jeżeli to moje życie ich zaintryguje, to jest szansa. Jan Paweł II powiedział mi kiedyś, bym żył tak, aby moi uczniowie pytali mnie o wiarę. Moja rola nie polega więc na tym, aby się obrazić na „niegodną uszu katechety opowieść”, tylko wyłowić z niej to, co jest prawdziwe, i przekazać im swoją własną. Zresztą oni sami zadają różne pytania. Przede wszystkim, po co w ogóle wierzyć? Jeśli katecheta nie będzie żył tak, aby go inni pytali o wiarę, to marne szanse na sukces. W różnych tematach mogę ich nie przekonać, na przykład, co do spraw związanych z etyką seksualną, bo wiem, że niektórzy z nich żyją według norm, które czerpią z innych źródeł. Zawsze jednak jest mi bliska myśl kardynała Newmana: „serce mówi do serca” i myślę, że młodzież to wyczuwa. Nawet jeśli coś nie stroi z ich życiem, to nieraz słuchają…. I modlę się, aby jak najwięcej do nich trafiło.

Zaczynasz lekcję od modlitwy?

Zawsze. Są bardzo różne postawy młodych wobec modlitwy. Wielu z nich nigdy się nie modli. Mówią mi, że ich jedyna modlitwa, to ta na katechezie. Zastanawiałem się, jak to robić, bo nie chodzi mi tylko o to, aby odmówić szybko Ojcze nasz. Wymieniamy więc głośno nasze prośby i podziękowania. Modlimy się wspólnie wybranym psalmem. Czytamy Ewangelię z danego dnia. Odczytujemy modlitwy wybranych świętych. W październiku odmawiamy dziesiątkę różańca w języku, którego uczą się w szkole. Często modlimy się w ciszy. Niekiedy piosenką. Mój przyjaciel wziął sobie wzór z ks. prof. Tomasza Węcławskiego, który rozpoczynał każdy wykład od znaku krzyża. Ja tak czasem robię w wielkim poście. Aby pokazać, że znak krzyża też jest modlitwą, że on sam jest już myśleniem o Bogu. Dla nich to ważne, bo przecież widzą piłkarzy wbiegających na boisko, którzy się żegnają. Kiedy nie zaczynam od modlitwy, to uczniowie sami przypominają: „A dzisiaj jeszcze nie było modlitwy”. Modlitwa z trzydziestoma bardzo różnymi osobami nie jest łatwa. Nieraz ktoś próbuje przeszkadzać. Nie wolno się ani zrażać, ani poddawać. Niezmiernie się cieszę, że przychodzą do mnie po lekcjach z prośbą o modlitwę za babcię, za ukochanego, bo się pokłócili, za egzamin na prawo jazdy. Kiedyś jedna z dziewczyn z drugiej klasy gimnazjum podeszła do mnie i powiedziała: „Dzisiaj się modliliśmy, abyśmy potrafili pomagać innym. Chciałam zapytać, czy katecheta pomógłby mi?”. „Jeśli potrafię” – odpowiedziałem. „Wydaje mi się, że jestem w ciąży, i nie wiem, co zrobić”. Wiedziałem, że muszę jej pomóc.

Jestem po to, żeby się za nich modlić, i mam wiarę, że nie spotkaliśmy się przypadkiem. I oni muszą to wiedzieć. Pamiętam o tym, że katecheza nie zaczyna się przy biurku, ale na kolanach, że zanim coś im powiem o Bogu, to wpierw muszę Bogu powiedzieć o nich. Uczę od 1983 roku i wszystkich ich noszę w sobie.

Muszą też wiedzieć, że mogą do mnie przyjść i jeśli tylko potrafię, to postaram się im pomóc. Przychodzą więc w porę i nie w porę. Kiedyś dochodziła północ. Pakowałem się na pielgrzymkę z młodzieżą na Jasną Górę. Nagle dzwonek. Pomyślałem, że ktoś przyszedł po mnie. A tu wchodzi zapłakany chłopak. Pytam: „Co się stało?”. „Uciekłem kilka dni temu z domu. Czy katecheta mógłby mnie odprowadzić, bo się boję, że mogę ostro dostać. A jak mnie zobaczą z katechetą, to może wszystko będzie dobrze” – powiedział. Poszedłem. Rozmawiałem z rodzicami. On stał na dole przed blokiem. Nie było prosto, ale ostatecznie wszystko zakończyło się dobrze.

Innym razem o 2.30 dzwonek. Otwieram. A tam mój uczeń cały pokrwawiony. Jak się okazało, pociął się żyletkami. Nie wiedziałem, co robić. Zadzwoniłem po moją – wtedy jeszcze przyszłą – żonę, żeby przyniosła środki opatrunkowe. Łazienka cała we krwi. Udało się go uratować. Wszystko zakończyło się szczęśliwie.

Jak zostałeś katechetą?

Mówiąc słowami papieża – to dar i tajemnica. Mówiąc inaczej: „Bo to jest to”. Pytałem Boga: „Co mam czynić?”. Bywało, że kilka godzin trwałem na tym pytaniu w kościele. Aż tu raz po takiej dłuższej modlitwie spotkałem pewnego człowieka. Rozmawialiśmy o muzyce. Na koniec spytałem go: „Co robisz?”. „Jestem katechetą”. „Dlaczego?” „Bo to jest to” – odpowiedział. Nie usłyszałem nagle głosu Boga, który rzekł: ,,Pójdź za mną, Januszu, i zostań katechetą’’. Po prostu pewnego dnia zrozumiałem, kim mam być.

Przez 27 lat nigdy nie zwątpiłem, że takie jest moje powołanie. Wiedziałem, że nie będę szczęśliwszy, robiąc cokolwiek innego. Stwierdziłem, że nie ma ważniejszych pytań niż te o Boga i ludzi. To jest powołanie, jednak nie tylko do zgłębiania Boga, ale i dzielenia się Nim. Wielu ludzi, z którymi rozmawiałem o życiu i Bogu, mówiło: ty powinieneś katechizować. Świecki katecheta nie był wówczas zjawiskiem częstym.

Czym się różni uczeń z 1983 roku od tego współczesnego?

Uczyłem wtedy na wioskach. Przybywałem rano, a kończyłem wieczorem, często około 22, bo z młodzieżą trudno było się rozstać. Przywoziłem im kolorowy telewizor i oglądaliśmy pierwsze filmy na wideo. U ich rodzin jadłem i spałem. A następnego dnia jechałem do innej wioski. To był piękny czas. Tam wychowanie w rodzinie i katecheza szły w parze. Szok przeżyłem po kilku latach, gdy uczyłem dzieci z pierwszej klasy i uczniowie nie potrafili się przeżegnać. Z jednej strony smutek, zadziwienie, a z drugiej radość, że ktoś przychodzi jak z pustyni, a ja mu pomagam kreślić znak krzyża. Dzisiaj też spotykam młodzież, która w ogóle nie chodzi do kościoła. Wydawało mi się, że ktoś może cały rok nie chodzić, ale w Boże Narodzenie to już na pewno pójdzie. A tu nie. Nikt w ich rodzinie nie chodzi, nawet na pasterkę. Przychodzą do mnie po świętach smutni. „Nie udało się”. Święta oznaczają dla nich depresję. W ich sercach nie było żadnych świąt. Wigilia – ktoś tam zjadł coś w kuchni, ktoś w pokoju. Wiedzą, że te święta nie zmienią nic w życiu rodziny. „Niebo ziemi, niebu ziemia. Wszyscy wszystkim ślą życzenia”. To tylko w piosence. A tu nic. Pustka.

Czyli katecheza to niekiedy miejsce smutnej refleksji o tym, że nie wychodzi nam ani życie religijne, ani rodzinne?

Tak. Dlatego bardzo zależy mi na tym, by chociaż pomyśleli: „Zrobię wszystko, aby u mnie było inaczej. Stworzę nowy dom i wezmę wszystko, co było najpiękniejsze z mojego, ale zostawię to, co było niedobrego”. Trzeba ich przekonać, że mogą przerwać łańcuch zła, byle jakiego życia…

A oni chcą rozmawiać na lekcjach o swoich domach?

Trzeba to robić bardzo delikatnie. W jednych klasach rozmawiamy, a w innych nie. Najważniejsze rozmowy toczą się jednak po lekcjach. Z tym, że lekcje do tych rozmów podprowadzają. Ucząc w jednej z klas, miałem poczucie, że wszystko, co mówię, idzie ponad ich głowami. Miałem z nimi katechezę na dziewiątej lekcji, uczniowie co chwilę patrzyli na zegarki, żeby im nie zwiał ostatni autobus. I kiedyś spotyka mnie matka jednego z uczniów z tej klasy i mówi, że jej syn ciągle opowiada o tej „ostatniej katechezie”, o tym, jakim jestem dla nich autorytetem. Usłyszałem kiedyś, że jeśli dotrę do dziesięciu procent uczniów, to jest wielki sukces, bo innych zainteresuje geografia, polski, historia. Trzeba się cieszyć małym.

Przejrzałem, Januszu, twój kalendarz zajęć katechety z prawie trzydziestu lat. To jest kalendarz katechety, powiedziałbym, albo szalonego, albo totalnego. Mówimy teraz o lekcjach, o przerwach, a przecież to tylko cząstka twojego bycia z młodzieżą.

W pewnym momencie zapragnąłem zaproponować im różnorodność, a przede wszystkim poznać ich nie tylko w klasie. Dlatego codziennie zostawałem z nimi po lekcjach. W poniedziałek graliśmy w ping-ponga. We wtorek przychodzili tacy, którzy chcieli oglądać trochę inne filmy niż w telewizji. W środę czytaliśmy Biblię. W czwartek uczyłem ich gry na gitarze. „Zacznijmy od takich Bożych piosenek. Może niekoniecznie Jolka, Jolka… Najważniejsze, żebyście mieli technikę”. W kolejny dzień był kurs tańca, zakończony ,,wielkim balem”. W sobotę wyjazdy. Na każde zajęcia przychodziła inna ekipa. Co dnia zajmowało mi to jakieś dwie godziny… Były rajdy, ogniska, pielgrzymki, wyjazdy po Polsce i na Europejskie Spotkania Młodych. No i oczywiście koncerty, bo muzyka to coś istotnego w moim i ich życiu. Koncerty są otwarte, dla całego miasta. Zaprosiłem do nas m.in. Poldka Twardowskiego, Stare Dobre Małżeństwo, Tadeusza Woźniaka, Antoninę Krzysztoń, Eleni, Skaldów, New life M, Roberta Janowskiego, Deus Meus, Trzecią Godzinę Dnia czy ostatnio Przemysława Gintrowskiego.

Zapraszam różne osoby, bo słuchanie świadków jest koniecznym uzupełnieniem mojej katechezy. Byli u nas m.in. K.F.X. Hashimoto – konwertyta z buddyzmu; o. Leon Knabit – benedyktyn z Tyńca; Robert Friedrich z zespołu Arka Noego czy ostatnio naczelny rabin Wrocławia i Śląska Icchak Rappaport.

Organizujemy z uczniami pomoc potrzebującym. Z dyrekcją szkoły zorganizowaliśmy tydzień wypoczynku w Śremie dla dzieci powodzian.

I to wszystko społecznie?…

No tak.

Niektórzy musieli patrzeć na ciebie jak na dziwaka, i to niebezpiecznego.

Jakoś na to nie zważałem.

Są i tacy, którzy zdecydowali się twoim wzorem wybrać zawód katechety?

Z lękiem przyjmuję wiadomość od uczniów, że ktoś chce zostać katechetą. Obawiam się, że może widzieli tylko te radosne strony, a przyszłość będzie rozczarowaniem. Pewien misjonarz opowiedział mi kiedyś historyjkę o rozbitkach mieszkających na wyspie. Żyli oni tam już jakiś czas, gdy pewnego dnia przepływający w oddali statek zauważył ich sygnały dymne i wysłał do nich łódź ratunkową. Zamiast jednak zabrać rozbitków, załoga wręczyła im niespodziewanie paczkę gazet i powiedziała: „Kapitan pragnie, abyście najpierw przeczytali i zobaczyli, co się dzieje na świecie, zanim podejmiecie decyzję, czy mamy was wziąć na pokład”. Dziś temu, kto chciałby zostać katechetą, wręczyłbym plik gazet, aby przeczytał i zobaczył, co się dzieje w szkołach na katechezie, zanim podejmie decyzję, czy naprawdę chce zostać katechetą. Po to, aby kiedyś nie uciekł ze swej szkoły i nie zaczął marzyć o bezludnej wyspie. Ale prawda jest taka, że wielu moich uczniów z pierwszych lat katechizacji dziś również katechizuje.

Owocami czy też ofiarami twojego czaru katechety są nie tylko twoi naśladowcy w zawodzie, ale i twoja żona.

W pewnym sensie tak. Ola chodziła do klasy, z którą rozpoczynałem katechezę w 1983 roku, ale do chwili ślubu dzieliły nas jeszcze 22 lata. Pobraliśmy się 2 kwietnia 2005 roku. Ola jest rozkochana w Faustynie i chciała, żeby ślub przypadł w wigilię święta Bożego Miłosierdzia.

Wypadło na dzień śmierci Papieża.

Tak. Znajomi powiadali, że Papież stwierdził, że teraz może już odejść, bo Skotarczak się ożenił. (śmiech) Jan Paweł II jest związany nie tylko z dniem naszego ślubu. Jest obecny w całym naszym życiu i jesteśmy głęboko przekonani o jego opiece.

Janusz, jesteś komandosem, człowiekiem orkiestrą. Jesteś katechetą szczęśliwym, wzorcowym, ale wątpię czy statystycznym. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby na takich obrotach działał przeciętny katecheta, który ma rodzinę na głowie.

Niektórzy powiadają: „Dawniej zdawało mi się, że dobrze wybrałem. Dziś nudzi mnie to wszystko: i dzieci, i młodzież, i katecheza. Nic mi się nie chce. Siedzę w katechezie, bo trzeba zarobić jakieś pieniądze i jakoś żyć i to wszystko…”.

Modlę się, żeby mnie to nie dopadło. Wiesz, ja jestem wielkim dłużnikiem. Wyrosłem z duszpasterstwa młodzieży prowadzonego przez księży Franka Jęcza, Jana Chrzanowskiego, Piotrka Kubiaka. Oni byli wielcy i byli z nami. Pokazywali, że wiara potrzebuje nowego bukłaka. Były spotkania, kabaret, ogniska. To wszystko nas cementowało. Nie mogłem uwierzyć, że ktoś ze mną tak poważnie rozmawia. 

Były w tobie momenty lęku, że już nie udźwigniesz tej młodzieży, której Bóg jest obojętny?

Nie, nigdy przez 27 lat. Nawet ci zdawałoby się najgorsi… Wracam nocą, a oni przez pół rynku krzyczą: „Niech będzie pochwalony”… A nieraz tylko się uśmiechamy. I zawsze kończę: „A jak u ciebie z Panem Bogiem?”. Oczywiście, czasem ktoś tam krzyknie „Ave satanas”, ale nie biorę tego do siebie. To ich obrona, udają kogoś innego.

Podczas studiów w Brukseli rozmawiałem z ludźmi z Chin, z Afryki, gdzie naprawdę chrześcijaństwo jest prześladowane. To, na co my jesteśmy narażeni, można najwyżej określić jako oczyszczenie.

Gdy zacząłem katechizować, myślałem, że spowoduję przemianę w ludziach, że zaczną się modlić. Dopiero później odkryłem, że jest napisane: „nawracajcie się”, a nie: „nawracajcie”. Przyszedłem dać swoje świadectwo i chodzi o to, żebym ciągle był świeży, a nie zjełczały. Idę do ludzi z tym, co mam najlepszego, ale i tak ktoś może mnie odrzucić, bo ma do tego prawo. Może kontestować nauczanie moralne Kościoła, śmiać się z modlitwy, nie chodzić do spowiedzi. Przypominam często mojej młodzieży słowa Jarka Wajka – ekswokalisty zespołu Oddział Zamknięty. Napisał mi kiedyś: „Jeśli zapomnisz o tym spotkaniu, nic się nie stanie; jeśli zapomnisz o mnie, nic się nie stanie; jeśli zapomnisz o… Bogu, to będzie twój dramat”. Niektórzy notują to zdanie u siebie w zeszycie. Przypominam im i sobie zdanie Jana Pawła II: ,,Nie żyje się, nie kocha, nie wierzy, nie umiera na próbę”.

Ale czy spotykasz się z chamstwem wycelowanym w ciebie? Powiada się, że każda klasa statystycznie ma jednego chama. Co najmniej.

Nie biorę tego do siebie, bo wiem, z jakich niektórzy z nich wywodzą się domów. Nie pamiętam, żebym kiedyś po wyjściu z klasy powiedział: ale chamstwo! Dziś wśród wielu katechetów panuje moda na narzekanie na czasy, w których żyjemy. Narzekanie jest bez sensu. ,,Nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia”, pisał św. Paweł do Tymoteusza. Panuje też moda na krytykowanie uczniów. Trzeba ich resocjalizować – słyszę w różnych rozmowach – a nie ,,rzucać pereł przed wieprze”. Musimy wiedzieć, że wielu młodych czuje niechęć do słuchania nauki instytucji o „nadszarpniętej reputacji”, dlatego też ważne jest ponazywanie na katechezie wszelkich fałszywych uprzedzeń wobec Kościoła. Wielu młodych oskarża Kościół o hipokryzję. Nie tyle oburzają ich informacje, że któryś z księży czy biskupów jest grzesznikiem, ile fałsz i krycie grzechu.

A ty jak sobie radzisz na swoich katechezach z grzesznością ludzi Kościoła?

Nigdy nie uciekam. Mówię, że o wszystkim na tej lekcji możemy mówić, ale osadzam te grzechy w perspektywie grzeszności każdego człowieka. Mówię o tym, że Kościół jest wspólnotą grzeszników. Oczywiście, tak czy owak te różne skandale mają wpływ na młodzież. Jaki? Kiedyś byłem w pewnej parafii. Oprowadzał mnie kościelny. Widziałem zaniedbanie, bałagan, wilgoć weszła w mury. Kiedy zwróciłem na nią uwagę, kościelny powiedział: – Ta wilgoć to nic. Można ją usunąć, ale co zrobić z wilgocią, która weszła w nas z powodu proboszcza? Jak ją usunąć?

Czy wyobrażasz sobie sytuację, w której katecheza może być na powrót wyprowadzona ze szkoły? Mówi się o masowym wypisywaniu się uczniów z udziału w lekcjach religii.

Byłem dwa lata na studiach w Brukseli. Tam na katechezę chodziło rzeczywiście mało osób, ale lekcje się odbywały, i to sensownie. Religia w szkole to jest pewne osiągnięcie nie polskie, ale europejskie. Tam, gdzie młody człowiek się uczy, tam też powinien się dowiedzieć o Bogu, o sobie w perspektywie duchowej.

Smuci mnie ten spadek, choć po prawdzie nikt nie publikuje danych, ilu naprawdę uczniów się wypisuje. W mojej szkole na 660 wypisało się z religii 30. Bardziej mnie smuci w tym wszystkim samotność katechety. Proboszczowie, wydziały katechetyczne, biskupi za mało opiekują się katechetami. A oni muszą mieć poczucie, że ktoś ich pracą się interesuje. Potrzebują więzi. Mówi się, że księża czują się w swoich działaniach osamotnieni, ale oni mają jeszcze spotkania w dekanacie. Są katecheci wypaleni, zdołowani, zmiażdżeni przez klasę. Dokąd mają iść? Ja miałem i mam akurat szczęście do wspaniałych proboszczów i dyrektorów, do cudownych ludzi, których spotykam każdego dnia i którzy mnie utwierdzają w tym, jak cudowną jest rzeczą głoszenie Dobrej Nowiny. Ale trzeba zadbać o tych, którzy się chwieją w swoim powołaniu. Trzeba, żeby tym ludziom ktoś, na przykład biskup, mówił, że nie są mu obojętni. W końcu Kościół daje im misję nauczania. Moim podstawowym zadaniem jest mówienie uczniom, jak bardzo są dla mnie ważni. Podkreślam to na każdym kroku. Dlaczego się tego nie mówi katechetom?

Niektórzy powiadają, że prawdziwy katecheta to ksiądz, inni na odwrót, że bardziej wiarygodne świadectwo wiary może dać świecki. Najzdrowsza chyba jest równowaga i młodzież widzi ich w duecie. Układ wspomagający…

Najzdrowiej jest wtedy, gdy katecheta, obojętnie jaki: świecki, ksiądz, osoba zakonna, karmi tym, czym żyje. I czyni to z pasją. Jeśli się tego daru nie ma, to – jak powiada ks. Maliński – trzeba iść przybijać pieczątki na poczcie. Mamy około 33 tysiące katechetów, w tym 18 tysięcy świeckich. To jest potężna armia. Możemy narzekać na braki, ale obiektywnie, gdy porównamy stan sprzed dwudziestu lat, widzimy, że możliwości, choćby kadrowe, nauczania młodzieży są zupełnie inne. Ważne jest jednak, żeby świeccy katecheci nie czuli się zagrożeni w swojej pracy. Dziwią mnie sytuacje, gdy ksiądz walczy o dodatkowe godziny nauczania kosztem katechetki, dla której te lekcje są jedynym źródłem utrzymania rodziny. Uważam, że najlepiej byłoby, aby ksiądz miał pół etatu w szkole, a resztę czasu przeznaczył na tworzenie duszpasterstwa szkolnego, które byłoby furtką do duszpasterstwa parafialnego. W parafii.

Uczyłeś religii w salce katechetycznej i w szkole. Czy któreś z tych miejsc uważasz za sensowniejsze?

Należę do tych, którzy cieszą się z katechezy w szkole. Bo widzę moich uczniów każdego dnia, jestem w ich świecie. Gdyby katecheza była w salce parafialnej, widziałbym ich raz albo dwa razy w tygodniu. Głosić Dobrą Nowinę to znaczy wyławiać tych, którzy potrzebują pocieszenia. Zawsze mówię moim uczniom, że mój dom jest dla nich otwarty.

Zapraszasz do domu?

Tak. Pamiętam, jak kiedyś po raz pierwszy znalazłem się w domu mojej pani profesor od biologii. To cudowne uczucie, że mogłem ją widzieć i w szkole, i w kościele, i w domu… Ona mnie nauczyła, że dom nauczyciela powinien być otwarty dla ucznia. A już katecheta z pewnością nie może być połowiczny. Nieraz w domu dochodzi do wyznań najważniejszych, prawie do spowiedzi. Nie mogę tylko dać rozgrzeszenia, ale po takich rozmowach większość znajduje drogę do księdza. Pełnię często funkcję pośrednika…

To ideał, który w twoim przypadku jest możliwy, bo żona wiedziała, kogo brała… Kiedyś był taki film: „Spotkałem nawet szczęśliwych Cyganów”. Słuchając ciebie, chciałoby się podmienić ostatnie słowo w nim na: katechetę.

Żeby katecheta w Polsce był bardziej szczęśliwy, trzeba się więcej nad nim pochylić. Muszą powstać sensowniejsze programy i podręczniki. Dziś są dość słabe, jeden z autorów waszego miesięcznika nazwał je trafnie udręcznikami. Autorzy tych podręczników zakładają, że ich odbiorca jest uczestnikiem coniedzielnych mszy św. Są przeintelektualizowane i przeteologizowane. Stawiają pytania, które nigdy z ust młodzieży nie padną. Młody ksiądz, który ma obowiązki w parafii, katecheta z rodziną na głowie, nie ma czasu ich przekładać na język zrozumiały dla młodzieży. Poradzą sobie najlepsi. Cały sztab powinien pracować na tych, co są wysłani na front. Jest sprawa Dawkinsa, Kodu Leonarda, czy jakichś afer w Kościele – katecheci muszą mieć pomoc, jak to młodzieży wytłumaczyć.

Cieniem szczególnym i może najważniejszym jest samotność katechetów. Są pozostawieni sami sobie. To smutne, że prawie połowa w badaniach wskazuje, że najtrudniej współpracuje im się z księdzem proboszczem. W rozmowach komunikują, że rozumieją dobrze ks. prof. Józefa Tischnera, który swego czasu powiedział, że zna ludzi, którzy wiarę tracili w rozmowie z proboszczem.

Cieniem jest też to, że nie posiadamy profesjonalnej katechetycznej ogólnopolskiej strony internetowej gromadzącej informacje z diecezji i nie tylko. Katechetom brakuje profesjonalnych pomocy multimedialnych.

Uczysz w liceum. To młodzież w jakimś stopniu wyselekcjonowana. Czy sądzisz, że tak samo poszłoby ci na przykład w zawodówce?

Uczyłem przez cztery lata w zawodówce, uczyłem także w hufcu pracy. Bardzo mile wspominam tamtych chłopaków i dziewczyny. Może pomogło mi to, że pielgrzymowałem razem z księdzem Andrzejem Szpakiem, który zajmował się i hipisami, i ludźmi z marginesu. Wywijali mu takie numery, że miał prawo powiedzieć: „Sorry, Winnetou”, ale on to ciągnął.

Kiedyś latem poszedłem na „rowek”, gdzie zbierają się dzieciaki, które nie wiedzą, co ze sobą począć. „Chłopaki – mówię – chcemy jechać w góry?”. „A ile to będzie kosztować?” – pytają. „Nic. Załatwię wam u kapucynów”.

Dzisiaj, gdy ich spotykam, nic nie pamiętają z moich lekcji, ale ten wyjazd zapamiętali.

Zawsze wygrywasz?

Nie. Kiedyś na powitanie jedna z uczennic powiedziała: „My nie chcemy lekcji z katechetą, bo katecheta dużo wymaga, a my z księdzem nie musimy prowadzić zeszytów i u niego nie ma testów”.

Inna uczennica opowiadała, że na pierwszej lekcji dała mi pięć minut, żeby się przekonać, kim jestem. Gdybym o tym wiedział, nie miałbym pojęcia, co zrobić. Dobrze więc, że nie zawsze zdajemy sobie sprawę z testów, którym jesteśmy poddawani.

Na pewno część młodych ludzi mnie skreśliła. Ale trzeba to zaakceptować. Wiesz, ja nie czuję, żebym dokonywał rzeczy niemożliwych. Próbuję tylko przekazywać światło, które widziałem u tylu cudownych ludzi, z którymi dane mi było się spotykać, począwszy od Jana Pawła II, przez Tadeusza Żychiewicza, po ks. Jana Twardowskiego. Od ks. Guy Gilberta po kardynała Wiednia Franza Koeniga, który zaprosił mnie, choć byłem dla niego tylko anonimowym katechetą z Polski, i czekał na mnie ponad godzinę. On, który na co dzień spotykał się z prezydentami, ambasadorami i takimi szarymi ludźmi jak ja. Kościół na Zachodzie dał mi to wspaniałe poczucie, że przed Bogiem wszyscy są równi, a tytuły zostawiają w szatni. Jestem na mszy w katedrze brukselskiej, w której uczestniczą król i inni dostojnicy. Ale tam nikt nikogo nie wita, nie dziękuje, że zaszczycił swoją obecnością dom Boży. Wszyscy przed Bogiem są równi. Cieszę się, że o takim Kościele mogę mojej młodzieży opowiadać.

I opowiadać o Bogu… Przeczytałem kiedyś wypowiedź pewnego Skandynawa o tym, że u nich łatwiej jest przejść nago przez centrum miasta niż obnosić się publicznie ze swoją wiarą.

Może i tak, ale moja uczennica wstąpiła do zakonu akurat w Norwegii. Kiedy przyjeżdża do nas w odwiedziny, jest tak radosna, że trudno to opisać. Niektórzy Polacy mają za dużo kompleksów z powodu wiary. Jakby zastanawiali się, czy jeszcze wypada wierzyć. Niektórym katechetom się to udziela. Udają równiachów. Zamiast przekazywać ludziom Dobrą Nowinę, szczycą się, że nie czytają nic, co by ich wzbogacało duchowo. Niestety, katecheci, którzy nie pogłębiają się i teologicznie, i pedagogicznie, są trochę jak zwietrzała sól. Zachwycamy się aktorami, bo oni nawet kłamstwo potrafią zagrać tak, jakby to była prawda, a my często o Prawdzie mówimy tak, jakbyśmy w nią nie wierzyli.

Spotkałem nawet szczęśliwego katechetę
Janusz T. Skotarczak

nauczyciel religii w Liceum Ogólnokształcącym i Gimnazjum Dwujęzycznym w Śremie, ekspert MEN, publicysta, twórca i organizator m.in.: Śremsongu – Ogólnopolskiego Przeglądu Piosenki Religijnej, Śremsk...

Spotkałem nawet szczęśliwego katechetę
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze