Fizyk nadprzyrodzoności

Fizyk nadprzyrodzoności

Oferta specjalna -25%

Listy starego anioła do młodego

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Nie spotkałem nikogo, kto zagłębiłby się w teksty kardynała i nie przeszedł wielkiej przemiany w swoim życiu i patrzeniu na wszystko dookoła.

Istnieją miłości od pierwszego wejrzenia i sympatie od pierwszego kontaktu. Jednak istnieją też miłości i sympatie, które z trudem przebijają sobie drogę w nas samych. Kiedy się to uda, budzą w naszych sercach i umysłach niemałą konsternację i zaskoczenie. O ile narodzinom miłości od pierwszego wejrzenia towarzyszy zwykle radość, o tyle narodzinom miłości, która musiała się mozolnie przebijać przez nasze dookreślone „ja”, towarzyszy zwykle lekkie zdziwienie i zawstydzenie: „Jak ja mogłem to polubić?”.

Moje pierwsze spotkanie z Newmanem i jego tekstami zdecydowanie nie miało nic wspólnego z miłością czy nawet sympatią od pierwszego wejrzenia. Czytałem, bo musiałem. Kazano mi – albo ściślej mówiąc – solidnie zalecono lekturę kilku tekstów kardynała z przyczyn zupełnie innych niż teologiczne. Gdybym miał opisać, co czułem i myślałem, wertując po raz pierwszy teksty Newmana, mógłbym napisać dokładnie do samo, co Jan Józef Szczepański pisał kiedyś o swoim pierwszym spotkaniu z literaturą Conrada:

„Wrażenia tej pierwszej lektury nie potrafię dokładnie odtworzyć. Musiało być duże, albo jakieś dziwne – skoro wracałem do książki kilkakrotnie – zawsze w okolicznościach trudnych, odbiegających od normy i zawsze z uczuciem szczególnego oczekiwania, jakbym podejrzewał, że przeoczyłem w niej coś ważnego czy też czegoś nie zrozumiałem do końca” (W służbie Wielkiego Armatora z tomu Przed Nieznanym Trybunałem).

W pewnym sensie Newman mnie irytował – chyba najbardziej tym właśnie, że nie byłem go w stanie zbyć w swojej głowie i ciągle musiałem wracać do tego, co napisał. Kiedy teraz, już z pozycji pełnej i zdeklarowanej sympatii, duchowej i teologicznej, patrzę na pierwszą moją lekturę tekstów kardynała, rozumiem, dlaczego nie mogłem polubić go „od pierwszego wejrzenia”, i mam dziwne wrażenie, że przeszkadzało mi dokładnie to, co stanowi o specyfice i wielkości tego właśnie świętego i autora.

Dwa światy

Przede wszystkim nie mogłem przebić się przez ciągłe wrażenie – które w miarę lektury okazywało się jak najbardziej słuszne – iż Newman ma zupełnie dziwaczne podejście do tego, co nazywa światem widzialnym. Nie chcę w żadnym razie powiedzieć, że kardynał lekceważył rzeczy widzialne, aby podkreślić wagę rzeczy niewidzialnych. Również wtedy, na samym początku spotkania, nie miałem takiego odczucia. Gdyby się pojawiło, pewnie po prostu porzuciłbym lekturę nie tyle zniecierpliwiony, co znudzony kolejnym gnostykiem i teologicznym baśniopisarzem. Jednak nie odniosłem wrażenia, że Newman koncepcyjnie i teoretycznie lekceważy świat widzialny, aby mówić o świecie niewidzialnym. Chodziło o coś zupełnie innego i zupełnie nowego. W miarę wgłębiania się w teksty zacząłem żywić nieodparte przekonanie, że pisał je ktoś, kto wyraźniej widzi anioły niż drzewa i kamienie, ktoś, kto ma znacznie lepszą znajomość i umiejętność wykorzystywania praw duchowych niż moja znajomość i umiejętność wykorzystywania praw fizyki. Grzech pierworodny wydawał się dla Newmana czymś równie wszechobecnym i mierzalnym w ludzkim życiu jak grawitacja, a łaska Boża z całym mechanizmem jej przyjmowania i wykorzystywania czymś równie znanym i opisanym jak biologiczny mechanizm oddychania. To było po prostu dziwne – jakbym nagle spotkał fizyka czy biologa świata nadprzyrodzonego, kogoś, kto widzi i rozumie prawa, których wszyscy doświadczają, a mało kto potrafi je opisać, wyjaśnić i wykorzystać. Tak jak przed Newtonem wielu widziało spadające z drzew owoce, ale nikt nie wpadł na pomysł, aby ująć to zjawisko w jakąś regułę, nazwać i wyjaśnić, tak miałem wrażenie, iż doświadczam wszystkiego, o czym kardynał pisze, ale nigdy nie myślałem o tym jako o czymś tak bardzo konkretnym. Nie chcę powiedzieć, że czytanie Newmana było dla mnie w duchowości tym, czym czytanie Feynmana, Hawkinga czy Penrose’a w fizyce, ale tylko dlatego, że brzmiałoby to zbyt dobrze. Mówiono o Newmanie, że kiedy wychodził głosić kazania w St. Mary’s w Oxfordzie, zgromadzeni pod amboną słuchacze mieli wrażenie, jakby na moment opuścił świat nadprzyrodzony, który był mu domem i zupełnie naturalnym środowiskiem życia, po to jedynie, aby opowiedzieć o nim tym wszystkim, którzy znali nadprzyrodzoność ledwie ze słyszenia. Czytając teksty Newmana, coraz mocniejsze miałem przekonanie, że czytam coś na wzór popularyzatorskich, ale wcale nie uproszczonych książek z dziedziny fizyki nadprzyrodzoności.

Bóg i dusza

Drugim wrażeniem, które uderzyło mnie z ogromną siłą, było spostrzeżenie, iż Newman nie dostrzega niczego ważniejszego niż indywidualna – nieomal intymna – relacja między ludzką duszą a jej Stwórcą. Każda dusza miała w jego oczach taką samą rangę i wagę w relacji do swojego Stwórcy, jak cały stworzony wszechświat. Wszak, podobnie jak cały kosmos, została powołana do istnienia z niczego. Bóg, stwarzając każdego poszczególnego człowieka, stwarzając jego duszę, powtarzał wciąż na nowo ten niezwykły i przerażający w istocie akt przejścia z niebytu do bytu, przeprowadzania z nicości do istnienia, który legł u początków całego świata widzialnego. Dusza i świat zostały stworzone ex nihilo. Nie jest to oczywiście novum w teologii, ale Newman nie tylko przyjął tę starą, chrześcijańską zasadę. On ją wyeksponował i wyeksploatował do granic możliwości. Stała się dla niego głównym motywem badań nad ludzką duszą, i to zarówno w wymiarze duchowym, jak i psychologicznym. Zapuścił się w nią tak, jak przyrodnik zapuszcza się w nieznaną dżunglę, aby opisać każdą, najmniejszą nawet roślinkę, którą znajdzie, i każdego najmniejszego owada, który usiądzie mu na ramieniu. To stąd pochodzi niespotykane u żadnego innego autora na taką skalę doświadczenie, iż pisze on o mnie samym, jakby mnie podglądał, jakby wydobywał, ubierał w słowa i wiązał prawami to wszystko, co dzieje się we mnie, a co wydawało mi się lądem zupełnie nieznanym i niezbadanym. Jednak kiedy po raz pierwszy czytałem teksty kardynała, wydawało mi się, że babrze się w psychologii, lekceważy wszelką metafizykę i za nic ma to, co poza nim samym i co wykracza poza ludzkie przeżycia.

Poczucie humoru

Jest coś, co zawsze ciągnęło mnie do anglojęzycznych autorów chrześcijańskich, cecha, którą można przypisać im wszystkim – być może z wyjątkiem Greene’a. Przymiotem tym jest najzwyczajniejsze w świecie – choć wyjątkowo dobrej jakości – poczucie humoru. Nieważne, czy czyta się Chestertona, Bensona, Knoxa czy Lewisa, zawsze można natknąć się na coś, co szczerze nas ubawi – czasami między wierszami traktującymi o sprawach prawdziwie poważnych, a czasami w zupełnie bezinteresownym opisie śmieszności świata, który oszalał. Wiedziałem, że Newman jest arcy-Anglikiem i miałem szczerą nadzieję, że po kim jak po kim, ale po chrześcijańskim przedstawicielu tej właśnie nacji mogę się spodziewać nie tylko prawdy i przenikliwości wywodu, ale i dobrej zabawy. I tu właśnie – jak mi się wówczas wydawało – szczerze się zawiodłem. Newman okazał się śmiertelnie poważny.

Irytował mnie tym w takim stopniu, w jakim irytować potrafią nas ludzie, po których spodziewaliśmy się zupełnie czego innego, niż faktycznie nam zaofiarowali. Zupełnie nie mogłem zrozumieć, dlaczego Newman mnie nie zabawia, dlaczego mnie nie rozśmiesza i nie zamierza poprawić mi humoru. Tę nieszczęsną Newmanowską powagę – zresztą nie taką do końca pełną, jak się później okazało – zrozumiałem dopiero znacznie później. W pewnym momencie poza tekstami kardynała zacząłem czytać teksty o jego życiu i – co chyba było ważniejsze – nieprawdopodobnie rozległą korespondencję Newmana. Powoli zaczynałem odkrywać coś niezwykłego – niezwykłą zbieżność tego, co pisał, z tym, co się działo w jego życiu. Niemal każdy akapit tekstów Newmana kryje za sobą historię jakiegoś konkretnego życiowego doświadczenia autora. Za niemal każdą stroną kryje się opowieść o długim, żmudnym i czasami bardzo bolesnym doświadczeniu, które umożliwiło jej napisanie. Mówi się, że każdy, najbardziej nawet spekulatywny tekst Newmana jest przesycony biografią autora. To prawda, ale nie chodzi tu ani o męczący ekshibicjonizm, ani wszechobecne, rozdmuchane ja. Newman po prostu płacił wysoką cenę za wszystko niemal, co pisał. A to, co myślał i pisał, bez żadnej amortyzacji przekładało się na sposób życia. To, że podjął decyzję o przejściu na katolicyzm w wyniku pracy nad jednym ze swych głównych dzieł – O rozwoju doktryny chrześcijańskiej – nie jest mitem czy legendą. Tak już z nim było – stojąc przy pulpicie pisarskim, podejmował życiowe decyzje, które często pozbawiały go przyjaciół, narażały na zarzuty o przebiegłość, hipokryzję, zdradę czy koniunkturalizm. Cóż, trudno wymagać żartów w takiej sytuacji. Newman w najlepszym tego słowa znaczeniu nie miał w sobie cienia dystansu do spraw wiecznych i duchowych i z nich rzeczywiście raczej nie żartował.

Między Hamletem a Don Kichotem

Przyzwyczajenie każe nam sytuować człowieka wierzącego w jednej z dwóch opcji osobowościowych. Pierwsza z nich mieści w sobie ludzi, których wiara jest zbudowana z subtelnych dystynkcji, wątpliwości czy wręcz wahań. Wydaje się wiarą głęboką, refleksyjną i dojrzałą, ale ma ten minus, że jest często bezradna, nie potrafi rozpocząć żadnego działania, pchnąć nas do żadnego wyboru czy decyzji. Jesteśmy jak Hamlet, który wciąż zadaje najbardziej ważkie i podstawowe pytanie, które jednak zupełnie go paraliżuje i w istocie czyni nieszczęśliwym. Druga opcja osobowościowa mieści ludzi, którzy idą za wiarą do końca nienazwaną i niezdefiniowaną. Podejmują działania często ryzykowne i trudne, nie badając, w jakim stopniu grunt pod ich stopami pozwala na takie decyzje. Atakują, zanim rozpoznają cel ataku. Są odważni i ideowi jak Don Kichot, ale ich działanie ma często równie mylne kierunki i cele. Newman wydaje się kimś, kto jawnie, świadomie i dobrowolnie ignoruje zasadność takiego podziału ludzi wierzących czy nawet po prostu myślących. Z godnym podziwu uporem dowodzi zarówno tekstami, jak i biografią, że nic tak nie motywuje do działania jak subtelna idea, a jednocześnie nic nie stanowi tak mocnego bodźca do delikatnego, ostrożnego i szczegółowego opracowania intelektualnego jakiejkolwiek idei, jak działanie podjęte w jej imię. To tak, jakby kardynał atakował nasz uświęcony tradycją podział na Hamletów i Don Kichotów, Rejentów Milczków i Cześników Raptusiewiczów, analityków i wojowników. Gdyby robił to jedynie na kartach swoich pism – spokojnie moglibyśmy tak ekscentryczny pomysł zignorować. Problem polega na tym, że potwierdził to swoim życiem. Trudno wyobrazić sobie życiorys osoby równie wrażliwej, uczuciowej, estetycznie i kontemplacyjnie nastawionej do świata i rzeczywistości jak Newman, który to życiorys obfitowałby w równie wielką ilość sporów, kłótni, wojen, inicjatyw, rewolucji i dramatycznych doświadczeń.

Zakończenie

Istnieją autorzy i teolodzy, których można czytać względnie bezpiecznie, nie angażując się w treści, które przez nich do nas docierają. Jednak nie spotkałem jeszcze nigdy nikogo, kto rzeczywiście zagłębiłby się w teksty kardynała i jednocześnie nie przeszedł jakiejś wielkiej przemiany w swoim życiu i patrzeniu na wszystko dookoła. Być może to właśnie jest najlepszym dowodem na potwierdzenie tezy, że solidny Hamlet będzie doskonałym Don Kichotem, a stałe przebywanie w świecie nadnatury jedynie zwiększa nasze siły i aspiracje ku temu, aby zaangażować się w to, co mamy „pod ręką” – ale już na zupełnie innych niż dotychczas zasadach.

Fizyk nadprzyrodzoności
Janusz Pyda OP

urodzony w 1980 r. w Lublinie – dominikanin, absolwent filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim i teologii w Papieskiej Akademii Teologicznej, kaznodzieja, ceniony rekolekcjonista, duszpasterz, członek...